czwartek, 26 grudnia 2013

Świąteczna mini seria - Część 2/3: Christmas

Śnieg padał powoli. Bardzo powoli i usypiająco. Tak bardzo powoli, że wydawać by się mogło iż świat nagle stanął w miejscu, by w następnej chwili lekko uruchomić się ponownie.
Jak w zbitej, śnieżnej kuli, z której imitujące śnieg kuleczki wysypały się na ziemie i przestały poruszać. Tylko co jakiś czas silniejszy podmuch wiatru sprawia, że lekko się przesuwają, tak lekko i miękko, że niemal niezauważalnie.
Wyciągam dłoń za okno, gdzie trzymam ją przez chwilę. Śnieg sennie osiada na mojej odkrytej skórze. Po chwili topi się i pozostaje po nim niewielka plamka lodowatej wody. Mała kropla, jak po deszczu.
Przyciągam rękę spowrotem do siebie i wycieram jej wierzch o materiał spodni. Odwracam się, by w następnej chwili wbić wzrok w matkę, która przystanęła na ostatnim stopniu schodów.
- Moja przyjaciółka umarła dziś w nocy. Odwołaliśmy wigilię. - Oznajmia znudzonym tonem. Odnoszę wrażenie, że zrezygnowała z przyjęcia tylko z grzeczności i szacunku do zmarłej. Nie z sympatii.
- To oznacza, że nie mogę iść do Willa? Wiesz, że obiecałem pojechać z nim w góry. - Podchodzę do pustego stołu i odsuwam sobie krzesło. Siadam, a w następnej chwili zakładam nogę na nogę. Moja rodzicielka zdaje się chwilę wahać.
- Możesz iść. Przecież ci nie zabronię.
-Dobrze. -Kiwam lekko głową i zerkam na zegar ścienny. Jest przed szesnastą, więc najpewniej u mojego przyjaciela wciąż panuje chaos. Gdy ostatni raz do niego dzwoniłem odebrała jedna z sióstr. Mówiła, że wszyscy wciąż się pakują, po czym rzuciła jeszcze, że cieszy się, że jadę z nimi i najprościej w świecie rozłączyła się. - Pójdę za jakiś czas.
- Dobrze. -Powtarza po mnie i przechodzi przez całą długość sporej jadalni. Odnoszę wrażenie, że chce coś dopowiedzieć, jednak nie wie jak ubrać swoją następną wypowiedź w słowa.
Kładę łokieć na stole i opieram głowę na dłoni. Wpatruję się znudzonym wzrokiem w beżową ścianę. Nagle czuję dotyk. Matka wolnymi ruchami głaszcze moje włosy. Nie lubi ich.
- Powinieneś je ściąć. Już nawet nie chodzi o ich kolor. Im są dłuższe, tym bardziej dziewczęco wyglądasz. To niepokojące. Mój brat uważa, że to zły znak. Że coś z tobą nie tak. - Rzuca, a ja czuję jak zjeżdża dłonią ku ich końcowi. Białe pasma sięgają niemal moich łopatek.
-Wiesz dobrze, że ich nie zetnę. - Wzdycham, jednak mam świadomość, że kobieta nawet nie słucha moich słów.
- Myśli, że jesteś gejem, Koji. To naprawdę haniebne. Nie czujesz tego? Nie narusza to twojej dumy? - Pyta kobieta poważnie. Kolejny raz odczuwam, że nasze rozmowy są zbyt za formalne. Jak wyrwane sprzed kilku dziesięciu lat wstecz.
Nie mamy dobrych relacji.
Zostawiam te przemyślenia i skupiam się na jej słowach. Sądziłem dotąd, że matka już dawno pojęła moją orientacje, że zauważyła.
-Mamo... To tylko włosy. Jestem stu procentowym chłopakiem. - Kręcę lekko głową. Korci mnie by nazwać się mężczyzną, jednak mam dopiero osiemnaście lat, nie jestem nawet pełnoletni. Starsza wzdycha głośno i odsuwa się ode mnie na odległość kilku kroków.
- Zastanów się. Za tydzień jadę do fryzjera.. Może pojedziesz ze mną? - Wzruszam na to ramionami, znając już odpowiedź. Nie ma szans. Matka widząc, że nie mam ochoty na dalszą rozmowę z nią wychodzi. Chwilę jeszcze siedzę w miejscu i wbijam wzrok w ścianę.
Nagle głośny dźwięk dzwonka do drzwi wprawia mnie w stan przed zawałowy. Gwałtownie prostuję się, a gdy dzwonek powtarza się wstaję i idę do drzwi wejściowych.
Od razu po ich otwarciu widzę uśmiechniętą twarz Will'a.
- Cześć... Co Ty tu robisz? Nie jedziemy? - Pytam zdziwiony jego obecnością. Dwudziestojednoletni mężczyzna kręci lekko głową.
- Jedziemy, dlatego jestem tu po ciebie. Zabrałem siostry, bo jedyne były już gotowe i przyjechałem. Reszta jeszcze nie jest spakowana. Tylko rano jeden samochód wyjechał. - Bez pytania wchodzi do środka. Wyginam wargi w lekkim grymasie.
- Dużo nas tam będzie?
- Jadą trzy samochody. Ty, ja, Lisa, rodzice, siostra i brat mamy z rodzinami. Spodziewam się.. - Zastanawia się przez chwilę. Obaj zmierzamy w stronę mojego pokoju, w którym zostawiłem niewielką walizkę. Jedziemy na pięć dni, do domku jego rozwiedzionej ciotki. Sam nawet nie wiem czemu tam jadę. Zostałem zaproszony przez jego rodzinę. - Jakiś trzynastu osób. Chyba, że jeszcze kogoś przywiozą. Ale ten domek jest duży, na pewno się zmieścimy. - Uśmiecha się, krótko głaszcząc mnie po głowie.
*     *      *
Domek faktycznie okazał się duży. Nawet bardzo. Był drewniany i dwupiętrowy z zaśnieżonym tarasem. Cały teren był spory, ale mogłem się tego spodziewać. Rodzina Willa jest dość... Majętna. Uśmiecham się lekko patrząc za okno. Niedaleko miejsca, w którym parkowaliśmy stał jeszcze jeden samochód. Więc ktoś dojechał przed nami. Cała droga zajęła ponad trzy godziny, ale już czuję, że było warto. Przecieram nieco zaspane oczy i odrywam policzek od okna. Większość drogi przespałem.
Will parkuje samochód przed domem. Z tylnych siedzeń od razu podnoszą się jego siostry i gdy tylko dostają pozwolenie wypadają z samochodu prosto na śnieg. Zimne powietrze nieprzyjemnie gładzi moją twarz i odsłoniętą szyję.
-Załóż kurtkę i chodź. Trzeba wnieść walizki.  - Zarządza mężczyzna. Kiwam krótko głową i spełniam jego prośbę. Czekając jak i on wygrzebie się z samochodu rozglądam się dookoła. Drzewa tu są bardzo wysokie i jestem pewien, że mogłyby zgnieść domek, w którym przyszło nam mieszkać.
 Dodatkowo w drodze nie zauważyłem żadnych ludzi i innych budynków. Jesteśmy po prostu w środku ogromnego lasu, który, przez panującą ciemność nieco mnie przerażał. Nie fajnie byłoby się w czymś takim zgubić.
Bierzemy swoje walizki i wchodzimy do środka. Tam jest już czwórka osób. Matka Willa od razu mocno mnie przytula, chwiejąc się przy tym na boki. Rzuca coś jeszcze o tym, że jestem strasznie zimny i odsuwa się. Syna wita z mniejszym entuzjazmem. Jedynie klepie Go po ramieniu.
- Koji, To moja siostra Eva,  jej dzieci Emi i Tom.   - Wskazuje dłonią na poszczególne osoby. Pierwsza jest młoda, brunetka o bardzo ciepłym uśmiechu. Właśnie rozkłada jedzenie w lodówce, więc nie podchodzi.Wspomina tylko, że pamięta mnie jako tego, który rok temu pojawił się na ich Wigili.  Dalej jest kilku letnia dziewczynka, bardzo podobna do matki. Jedynie jej oczy miały jaśniejszy odcień błękitu. Odnoszę wrażenie , że wszyscy krewni Willa mają tęczówki tego koloru. To nieco mnie przeraża. Ostatni przedstawiony został chłopak niewiele starszy od siostry, doskonale pamiętam jak w tamtym roku pomagał nam lepić bałwana. Właściwie to my pomagaliśmy jemu. - Will kochanie, kiedy przyjeżdża twoja narzeczona? - Pyta Pani Nancy z niechęcią. Nie lubi Lisy od blisko roku. Dobrze wiem, że to moja wina.
-Zaraz powinna być. - Odpowiada chłopak. - Chodźmy zanieść walizki. Który pokój jest nasz? - Pyta jeszcze czarnowłosy.
- Wiesz... Będzie nas nieco więcej, bo córka Roba bierze ze sobą czwórkę znajomych. Razem z Kojim, Lisą i dziewczynkami bierzecie cały strych. Jest duży więc bez problemu się pomieścicie.- Decyduje kobieta.
- Dobrze. - Mówi wyraźnie zadowolony chłopak. - Nie martw się, niedawno został wyremontowany. Przedzielili Go na dwa pokoiki. Dziewczyny wezmą jeden, a My drugi. - Tłumaczy chłopak, gdy już wspinamy się na schodach. Zastanawiam się przez chwilę czy wytrzymam z Lisą w jednym pokoju. Jestem pewien, że mama Willa ma podobne wątpliwości.
*     *     *
... Dwanaście miesięcy wcześniej...
Po wejściu do jadalni zostałem przedstawiony całej grupie. Pani Nancy oznajmiła, że jestem jej drugim synem, na co wszyscy zaśmiali się cicho. Atmosfera była inna niż u mnie w domu. Tu wszyscy ze sobą rozmawiali, śmiali się... Co najważniejsze wszyscy się znali. Sam także poznałem wszystkich po kolei. Matka Will'a zadbała bym dobrze czuł się w ich towarzystwie. Było to naprawdę przyjemne uczucie, czułem się jakbym oficjalnie został włączony do rodziny. 
Po jakiejś godzinie wyszedłem zapalić papierosa. Po prostu nie potrafiłem się powstrzymać. Przed wyjściem uprzedziłem matkę chłopaka, który zniknął mi z oczu. Pani Nancy od razu zaoferowała, że pójdzie ze mną. Ona także paliła. Razem wyszliśmy na niewielki balkon.
-Wiesz, nie przepadam za Lucy. - Rzuciła nagle kobieta patrząc na wielkiego, krzywego bałwana. Jego pasiasty szalik poruszał się z każdym powiewem wiatru. -Wydaje mi się bardzo sztuczna. -Wyznała dodatkowo. Jakoś wewnętrznie poczułem, że nie o tym chce rozmawiać, że będę tego żałował.
- Pani.. Wie, prawda?- Spytałem cicho, czując jak głos lekko mi drży. 
- O tym, że się w nim kochasz? Wiem już od kilku miesięcy. Tylko ślepy by nie zauważył. - Stwierdziła nieco brutalnie. Nie wydawała się ani trochę poruszona tą rozmową. 
- On nie zauważył...
- Bo to idiota. - Zaśmiała się cicho. - Wolałabym, żebyście byli razem. Przecież tak dobrze się dogadujecie! I trzymacie razem już tyle lat... Ta dziewczyna... Pojawiła się znikąd. Jakaś przybłęda. - Prychnęła. Przegryzłem lekko wargę, nie rozumiejąc czemu podchodzi do tego z taką swobodą. Czyżby przesadziła z winem? - Pasujecie do siebie... Mam nadzieję, że kiedyś będziecie razem, Koji. - Kobieta poprawia mi troskliwie czapkę. Czuje jak moje oczy stają się lekko wilgotne. 
Mówienie o tym przychodziło jej tak łatwo... 
-Dziękuje... 
- Ale chcę o tym dowiedzieć się pierwsza! Gdy tylko ze sobą zerwą... Powinieneś mu o tym powiedzieć. Będziesz wiedział, czy jest dla was szansa. Boje się, że to cię zniszczy, Koji. - Jej ton nagle stał się całkowicie poważny, a oczy wbiły w moją twarz. -Zmieniasz się przez to uczucie. Jesteś cichszy, bledszy, częściej się zamyślasz, odpływasz w swój świat. A co będzie potem? - Rzuciła wpatrując się we mnie z uwagą. Po chwili usłyszeliśmy trzask. Coś wpadło w śnieg. Zerknąłem ze smutkiem na bałwana, którego głowa spadła i rozbiła się.
 -Niech się Pani nie martwi. Kiedyś mu powiem.- Skomentowałem krótko, posyłając jej wymuszony uśmiech.

Prawda była taka, że faktycznie czułem jak codziennie cząstka mnie umiera. 
A to wszystko przez te uczucie, które z każdym dniem zajmowało coraz większy fragment mojego serca.

*     *     *
Zostawiamy walizki na środku jednego z pokoi i schodzimy na dół. Odwieszamy krótki i idziemy do kuchni. Od zeszło rocznej rozmowy zbliżyliśmy się do siebie z Panią Nancy. To dość dziwne bo między nami jest różnica dwudziestu lat. Naprawdę czuję się jak jej syn, a ona traktuje mnie nico bardziej jak synową lub zięcia. Will nie bał się nas zostawić sobie nawzajem, bo on także to zauważył i nie raz wyśmiał.
Postanawiamy pomóc przenieść jedzenie do lodówki. Za trzy dni wigilia. Właściwie żadne danie nie jest jeszcze gotowe, jestem pewien, że jutro i pojutrze kobiety spędzą w kuchni.
Po pewnym czasie przyjeżdża następny samochód. Jest w nim ojciec Willa, który od razy klepie mnie po plecach i całuje żonę. Przyjechał wraz z jej bratem , jego żoną i dwójką dzieci - Dwunastoletnim Derekiem i dziesięcioletnim Ianem. . Brakuje jeszcze jedynej córki, która ma przyjechać wraz ze znajomymi. Jest najstarsza z rodzeństwa. Chwile po ostatnich gościach pojawia się Lisa. Od razu przy uważam, że ścięła włosy. Nie sięgały nawet ramion, wciąż były w odcieniu blondu. Jej orzechowe oczy od razu odnajdują narzeczonego.
-Dzień dobry. - Wita się ze wszystkimi po kolei. Nagle dziewczyna staje przede mną. Will poszedł odnieść jej walizkę, więc pewnie skoro zna mnie najlepiej postanowiła poczekać ze mną.
- Część Koji. - Mruczy cicho. Lekko głaska mnie po głowie, przez co czuję się jak... Pies. Nie przepadamy za sobą, więc pewnie właśnie takiego odczucia oczekuje.
- Witaj Lisa. Ładna fryzura, do twarzy ci. - Odpowiadam grzecznie. Blondynka zdaje się zdziwiona jak i zadowolona komplementem.
-Dziękuję.
*     *     *
Następną godzinę spędzamy na zwiedzaniu miejsca, w którym się znaleźliśmy. Ludzie, którzy dołączają do nas jako ostatni okazują się dość głośną, wesołą grupą. Rozmawiają ze wszystkimi, dzięki czemu każdy ich polubił.
Nawet ze mną zamieniają kilka zdań.
Miejsce, w którym się znajdujemy jest całkowicie osamotnione. Brak cywilizacji nieco mnie smuci, jednak wydaje mi się, że każdemu z nas dobrze to zrobi. Nawet nie zauważam, kiedy zaczynam liczyć siebie jako część zwartej grupy.
Wieczorem wszyscy siadamy w salonie. Niemal każdy jest już w piżamie, ale się tym nie przejmuję. Podchodzimy do siebie z luźnym nastawieniem. Każdy przyjechał by się zrelaksować.
Wszystko jest wręcz baśniowe.
Aż do pewnego momentu.
Jest blisko dwudziestej kiedy słyszę jakiś krzyk piętro niżej. Znajdowała się tam cała rodzina  i przyjaciele brata Pani Nancy -Roba. Ona i jej siostra z dziećmi zajęli sypialnie na parterze.
Nagle słyszę dźwięk tłuczonego szkła. Przestraszony zbiegam po schodach ignorując niezadowolone spojrzenie Lisy. Na piętrze była już Pani Nancy i jej Mąż.
- Co się stało? - Pytam kiedy jestem już tylko dwa schodki od piętra.
- Jak mogłaś mi to zrobić, szmato?! Myślisz, że ci uwierzę na słowa?! - Docierają do mnie ostatnie zdania kłótni. Zatrzymuję się koło matki Willa, jednak tylko na moment. Nie otrzymuję odpowiedzi na zadane pytanie.
 Dorothy, która przyjechała wraz ze znajomymi, gwałtownie odpycha od siebie jednego z nich. Był to mężczyzna, konkretniej jej chłopak. Gdy odwraca się w naszą stronę widzę jej mokre policzki i pełne łez oczy. W następnej chwili brunetka już zbiega schodami. Potem wszyscy słyszymy trzask drzwi.
Mężczyzna stoi w miejscu i rzuca obelgami na temat dziewczyny. Wydarzenie było tak nagłe i szybkie, że nie rozumiem co się stało. Czuję jedynie ogromne współczucie.
Na górnych schodach pojawiają się stopy Willa, jednak nie zwracam na nie uwagi.
Moje naiwne serce jak zawsze okazuje się być " za miękkie".
Nie zastanawiam się nawet chwili, od razu zbiegam za dziewczyną. W pośpiechu zakładam buty i zarzucam na siebie kurtkę. Biegnę w stronę lasu. Jestem pewien, że tam właśnie udała się zapłakana dwudziestolatka.
Nikt nie udaje się za mną. Pewnie wszyscy tłumaczą Willowi i Lisie co się stało.
Przedzieram się z trudem przez gęste gałęzie.
Nigdzie nie widzę Dorothy. Coraz bardziej oddalam się od świateł, bijących z okien domu. Biegnę tak przez jakieś piętnaście minut, jednak nie odnajduję dziewczyny.
Tak jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Dopiero, gdy potykam się o wystający korzeń zdaje sobie sprawę co robię.
Biegnę w głąb czarnego lasu za dziewczyną, którą znam od kilku godzin. Jest mi ona całkowicie obca, a ja jak głupi szukam jej. Jednak nie umiem zignorować niczyich łez. Wzdycham głęboko i obracam się za siebie by wrócić do budynku.
Dorothy najpewniej niedługo także się tam pojawi, pewnie chce pobyć sama. Tylko bym jej przeszkadzał.
 Wtedy panika całkowicie mnie obejmuje. Wszędzie dookoła jest tak samo ciemno i zimno. Nie widzę już domu, nawet jego świateł. Obracam się ze strachem dookoła. Nie rejestruję obecności niczego, ani nikogo, co więcej nie wiem już skąd przyszedłem.
- Dorothy?! - Krzyczę głośno, czując coraz bardziej ogarniającą mnie niepewność.
Zgubiłem się.
Oto wyrok mojej śmierci. Zgubiłem się w tym pustkowiu. Jestem jedynie w cienkiej piżamie i kurtce.
Przeszukuje jej kieszenie i nagle zdaję sobie sprawę, że ta kurtka nawet nie należy do mnie. W pośpiechu chwyciłem nakrycie kogoś innego.
 Zdecydowanie za luźne, przez co nawet po zapięciu go zimowe powietrze dostawało się do środka.
Zamarznę tu, umrę z głodu lub pożre mnie jakieś dzikie zwierze. - Tak brzmią moje pierwsze myśli.
Boje się, że w tej ogromnej buszy nikt mnie nie odnajdzie.
Sytuacja, w której się znalazłem jest tak beznadziejna, że mam ochotę wyśmiać samego siebie. Niestety przerażenie mi na to nie pozwala.
Po chwili ruszam  przed siebie.
Przecież nie mogę siedzieć w jednym miejscu i czekać na śmierć. Nie wiem ile pałętam się po tym lesie. Obstawiam pół godziny.
Wtedy do mojej głowy dociera absurdalna w tym momencie myśl.
Pani Nancy kazała mi powiedzieć Willowy co do niego czuję. Obiecałem, że kiedyś to zrobię. Co jeśli nie będę miał na to szansy? Jeśli umrę w tym ogromnym lesie i znajdą mnie po upływie tygodnia? O ile w ogóle znajdą.
Ciekawe czy matka mojego obiektu westchnień, powiedziałabym mu wtedy jak bardzo Go kochałem. Ciekawe jak Will zareagowałby na to... Uwierzyłby jej? Wyśmiałby?

Jest mi przeraźliwie zimno i nie mam już siły iść. Nogi strasznie mi się trzęsą. Nie jestem pewien czy z zimna czy ze strachu. Co jakiś czas nawołuję załamującym się głosem imię dziewczyny. Odpowiada mi cisza lub podmuchy wiatru bujające gałęźmi.
Raz po raz upadam prosto w śnieg.
W pewnej chwili nie mam już siły wstać. Czuję łzy na policzkach, które po chwili zaczynają zamarzać.
- Umrę. Boże, naprawdę umrę. - Szepczę do siebie panicznie. Opieram się o pień drzewa i kładę dłonie w śniegu.  Przecieram nimi swoje policzki, czując jak błękitne spodnie od piżamy całkowicie przemakają. Opieram głowę o drzewo. Pod kurtką mam jedynie bezrękawnik, w którym sypiam. - Po co ja za nią biegłem... - Powtarzam co chwilę. Zawieszam zrezygnowany głowę, ponieważ patrzenie w czerń całkowicie mnie przeraża.
Będziesz żył bez świadomości o moim uczuciu. A ja będę patrzył na ciebie z góry i oczekiwał dnia kiedy zrozumiesz moje uczucia. Kiedy wszystkie wspólne sytuacje ułożą się w twojej głowie niczym puzzle. 
Co wtedy pomyślisz? 
Will, Dałbyś mi szansę?
Siedzę tam przez długi czas, szczękając zębami i chlipiąc co jakiś czas. Moje bezwładne ciało, mimo kilku prób nie chce iść dalej. Podnoszę wzrok na niebo. Błyszczą na nim srebrne gwiazdy. I ogromy księżyc. Nachodzi mnie myśl, o tym, że wilkołaki mnie pogryzą. Chyba nawet rozum mnie opuścił.
Z niewiadomego dla mnie powodu nagle napływają do mojej głowy bardzo stare wspomnienia. Wspomnienia sprzed jedenastu lat. Dotyczą pierwszego spotkania z Willem. Wtedy też była zima. To chyba nasza pora roku.
*     *     *
-Jesteś kosmitą? - Usłyszałem cichy głos za sobą. Zaciekawiony, brązowo włosy chłopiec wpatrywał się we mnie uważnie. Miał wtedy niespełna dziesięć lat. Ja zaś siedem. Obróciłem się w jego stronę nieco zraniony słowami, które padły z różowych usteczek.
- Nie...
- To dlaczego masz takie dziwne oczy? Całe czarne... I mają dziwny kształt! - Zawołał dość głośno. Dalej siedziałem do niego bokiem, rysując na śniegu kręte wzory.
- Bo nie jestem stąd, ale od wczoraj tu mieszkam.
- To skąd jesteś?- Widocznie zainteresowany podszedł do mnie i usiadł na zaśnieżonej huśtawce. Ja zaś siedziałem przy drugiej. Opierałem się o nią, co jakiś czas pchając do tyłu.
- Z Japonii. 
-To jakaś planeta? -Dalej dopytywał. Już chciałem odpowiedzieć kiedy mi przerwał. - Będziesz chodził ze mną do szkoły? Bądźmy przyjaciółmi! Będę miał przyjaciela kosmitę! Wszyscy będą mi zazdrościć! - Zakrzyknął zadowolony. Pokiwałem głową nie wyprowadzając go z błędu. 
Z tego co słyszałem, już kilka dni później nauczycielka wytłumaczyła uczniom, skąd jestem. Używała przy tym ogromnej mapy świata. 
Will mimo, że nie byłem kosmitą postanowił zostać moim przyjacielem.
*     *      *
I wtedy słyszę głos. Głos mojego zbawiciela, zaś w ciemnym lesie widzę blask wydobywający się z latarki. Czemu nie widziałem go wcześniej...
- Koji?! Koji! Jesteś tu?! Koji! - Krzyk był coraz głośniejszy. Po chwili dołącza do niego następny, kobiecy. Sztuczne światło zatacza kółka niedaleko mnie. Dopiero teraz widzę jak gęste i pełne drzew jest miejsce w którym się znalazłem.
- Will?! -Sam nie poznaje mojego głosu. Jest bardzo ochrypły. Światło przestaje krążyć. Zamiera w jednym miejscu. Podnoszę się opierając całym ciałem  o gruby pień drzewa. - Will! - Powtarzam, a światło w jednej chwili pada na mnie. Muszę zmrużyć oczy.
- Boże, Koji! - Chłopak podbiega do mnie, a za nim rusza Lisa. Nawet na jej twarzy dostrzegam strach. - Jak mogłeś tak bezmyślnie za nią pobiec?! Ty idioto! Nawet jej nie znasz! Myślałem, że cię nie znajdę! Wiesz ile cię szukamy!? Wszyscy cię szukają!-  Krzyczy podbiegając do mnie.
- Przepraszam... Przepraszam, Will. Naprawdę. - Mówię o wiele ciszej.
- Szukamy cię ze trzy godziny. Rozumiesz to? W takim zimnie... Dorothy już dawno wróciła. Ona miała telefon, Koji.Czemu ty jesteś taki bezmyślny. - Dalej mówi,  jednak coraz ciszej. Odnoszę wrażenie, że popadł w jakiś trans.
 Obejmuje mnie mocno i przyciska moje zmarznięte, drżące ciało do siebie. - Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest. Trzeba cię ogrzać, jesteś taki zimny... - Kontem oka widzę jak Lisa rozmawia z kimś przez telefon.
- Wracajmy. - Mówi w końcu krótko. Patrze na nią zdołowany. Mamy wracać przez ten ziąb? - Niedaleko jest droga. Nancy już jedzie. Trzeba iść i czekać na nią przy drodze, bo zajedzie za daleko. - Wyjaśnia, ale nie słucham jej. Mój otępiały umysł nie jest w stanie.
Nigdy nie byłem tak przestraszony jak w tym momencie.
Will nakłada na moją głowę czapkę, zaś dookoła szyi zawiązuje bardzo gruby szalik. Kuca przede mną, dalej mówiąc jaki jestem bezmyślny. Obejmuje jego szyję, czując jak materiał niebezpiecznie zasłania mi oczy. Zresztą i tak nic nie widziałbym w tych ciemnicach. Starszy łapie mnie za mocno pod kolanami i już po chwili wnoszę się nad ziemią. Całkowicie mi to odpowiada.
Will przez całą drogę do ścieżki coś mówi.
 Ja czuję, że słabnę coraz bardziej, a moje powieki robią się nieznośnie ciężkie. Lisa idzie u naszego boku rozmawiając przez telefon z matką willa.
Po jakiś trzydziestu minutach jestem już w samochodzie. Okazuje się, że zaszedłem dalej niż bym się tego spodziewał.
Opieram się o ramie Willa , który jedną ręką obejmuje mnie w pasie trzymając moje ciało w pionie, zaś drugą pociera moje ramie, by rozgrzać skórę.
Wzdrygał się, gdy tylko poczuł moją zmarzniętą dłoń, która dotknęła jego szyi.
 Siedzę pod kocem, ale i tak jest mi strasznie zimno.
- Jesteś tak cholernie nieodpowiedzialny.. - Zaczyna pani Nancy .
Czuję dziwną ulgę. Odkąd wsiedliśmy do samochodu kobieta nie odezwała się ani razu.
 - Co by było jakby cię nie znaleźli? Koji...To miejsce to pustkowie! Zamarzłbyś! Jak nie w nocy to rano. Wszyscy się o ciebie martwią! Myśleliśmy, że przepadłeś! Jest prawie północ!
- Przepraszam... - Mruczę cicho przymykając oczy, moja głowa bezwładnie opada na kolana Willa, którego ręka dalej pociera moją. To naprawdę przyjemne.
- Po prostu  następnym razem pomyśl, zanim coś zrobisz. - Rzuca na koniec, po czym przekrzywia lusterko by mieć na nas lepszy widok. Uśmiecham się delikatnie i wtulam twarz w udo chłopaka.
- Masz niebieskie usta. - Mruczy nagle czarnowłosy. Podnoszę na niego wzrok, czując jak delikatnie gładzi palcem moją dolną wargę. -W ogóle kogo to kurtka? - Pyta cicho, dalej dotykając moją twarz. Patrzę uważnie na jego oczy, a kiedy ten zajęty jest poprawianiem mojej czapki zjeżdżam wzrokiem na jego usta.
-Nie wiem... Wziąłem przez pomyłkę... Ale wygląda na damską...
*     *      *
Po powrocie do drewnianej chatki wszyscy witają mnie z ulgą. Zostaje wyściskany, a nawet wycałowany przez kilka osób, które najbardziej się przejęły. Oczywiście były to kobiety.
Will na szczęście postanawia mnie uratować. Ciągnie mnie w stronę rozpalonego kominka, tłumacząc, że trzeba mnie rozgrzać. Po jakiś dwudziestu minutach wszyscy wracają do swoich pokoi. Pani Nancy uśmiecha się lekko do mnie, podając dwa koce synowi. Idzie do siebie, zaś za nią zniesmaczona Lucy. Czarnowłosy chwile kręci się w kuchni po czym wraca z kocami. Zakrywa mnie nimi i wraca do pomieszczenia. Znosi stamtąd dwa zapełnione kubki i siada koło mnie. Podje mi jeden z nich. Czerwony z reniferkiem. Uśmiecham się lekko, odnajdując w nim gorącą czekoladę, za którą mógłbym oddać życie.
-Muszę Ci coś powiedzieć. - Wyznaję niepewnie. Mężczyzna zerka na mnie kontem oka i zaczyna dmuchać na swój kubek.
-Słucham. - Drżę lekko, słysząc jego poważny ton. To chyba nie jest dobry moment.
- Nie ważne. Zapomnij. - Mruczę szybko. Chcąc się czymś zając upijam łyk napoju. - Ał! Jakie gorące! - Odsuwam od siebie kubek, czując łzy w oczy. Spowodowane po części bólem, po części smutkiem. Tym, że nie potrafię wyznać mu swoich uczuć.
- Niezdara. - Czarnowłosy śmieje się cicho, a ja wbijam w niego zszokowane spojrzenie. Parzy na mnie uważnie, całkowicie rozładowując napięcie.
 Nie jest zły?
Uśmiecham się delikatnie, wpatrując w jego błękitne oczy. Mógłbym w nim utonąć, są wspaniałe. Piękne, o jednolitym odcieniu wiosennego nieba.
rozsądek.
- Kocham Cię. - Mówię niesamowicie stanowczym głosem. Teraz to Will wydaje się zdezorientowany jak i nieco przestraszony. - Bardzo. Od dawna. -Dodaję kładąc kubek na ziemi. - Jak nikogo innego. Nie jak przyjaciela, Will. Naprawę przepraszam. Nie chciałem tego. Uwielbiam spędzać z tobą czas, patrzeć na twój uśmiech, pocieszać cię, gdy tego potrzebujesz, wywoływać te śliczne iskierki w twoich oczach... Nie chcę tracić kontaktu. Nie odtrącaj mnie...  - Szepczę nie pozwalając mu dojść do słowa. Po jego twarzy doskonale widzę, że moje wyznanie nie jest mu na rękę.
-Głupek. - Mężczyzna uśmiecha się lekko , jakby wyrwany z dziwnego otępienia. Patrzę na niego bez zrozumienia. - Coś tak myślałem, że traktujesz mnie inaczej.  - Dodaje, także odkładając na ziemi szklankę. - Ale Koji, wiesz, że mam Lise. Co mam jej powiedzieć? Że podkochuje się we mnie przyjaciel? Dlatego mam z nią zerwać? - Zapytał poważnie, nachylając się nieco nade mną. Czuję łzy w oczach. Wybrałem naprawdę beznadziejny moment. Przecież miałem poczekać, aż zerwą... - Będziesz musiał Mi pomóc. - Dodaje nagle. - Bo sam pogubię się w zeznaniach i skończy się na tym, że będę i z tobą i z nią jednocześnie. - Śmieje się swobodnie. Czuję jego ciepłą dłoń, gdy dotyka mojego policzka. - Ja ciebie też kocham, Koji. - Kończy nachylając się nade mną jeszcze bardziej. Czuję jego delikatne usta na swoich, jednak tylko na chwilę.
Odsuwam Go gwałtownie od siebie i wybuchnąłem śmiechem, którego nawet nie starałem się powstrzymywać. Gdy spojrzałem na Willa, jego mina sprawiła, że nie mogłem się już opanować. Zasłoniłem twarz dłońmi i nachyliłem nad ziemią. Nawet nie wiem kiedy cichy, paniczny śmiech przerodził się w płacz.
Byłem zmęczony całą sytuacją, w której się znalazłem.
Nie miałem już sił walczyć o swój rozsądek. 
Miłość do Willa naprawdę mnie zniszczyła.
_______________________________________________
Trochę się rozpisałam... ^ ^"
Mam nadzieję, że ma to jakiś sens... W ogóle, że ta mini seria ma jakiś sens...
Dziękuję wam bardzo za życzenia i komentarze :*

wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczna mini seria - Część 1/3: Last Christmas

Osaczony.
Taki właśnie się czułem, gdy kilkanaście par oczu uważnie przesuwało się po mojej osobie. Wszedłem trochę głębiej do jadalni, od razu przepraszając wszystkich zebranych za spóźnienie. Rodzice posłali mi karcące spojrzenia, ale całkowicie je zignorowałem. Oni nigdy nie byli zadowoleni, w każdym razie nigdy ze mnie.
 Ruszyłem w stronę stołu, cały czas kumulując na sobie wzrok większości obecnych. Sunęli nim po moich przydługich, idealnie wyprostowanych włosach, po podkreślonych czarną kredką oczach, po luźnej, białej koszuli ze złotymi detalami/ Ta wędrówka kończyła się na obcisłych, czarnych rurkach.
Sam także zerkałem na poszczególne osoby. Byli moją rodziną, a jednak połowy z nich nie znałem. Byłem tym nieco zawstydzony.
Zająłem ostatnie wolne miejsce przy stole. Na moje nie szczęście po obu moich stronach siedziały dwie ciotki, dzielące się nienawiścią. Osobiście nie przepadałem za żadną z nich, właściwie słabo je znałem.
Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego siedzą tak blisko siebie.
-Koji, twoja matka mówiła mi, że zafarbowałeś włosy, ale nie spodziewałam się tak... Drastycznej zmiany.. - Zaczęła siedząca po mojej prawej stronie blondynka. Nieświadomie powędrowałem dłonią do moich białych włosów. Przegryzłem lekko wargi, przy tym bardzo delikatnie, przeczesując kosmyki. Palce prześlizgnęły się między nimi bez problemu. Poczułem jedynie jak miękkie niteczki przyjemnie muskają moją dłoń. Poprawiłem dużą, złotą spinkę, którymi spiąłem część nich z tyłu głowy. Reszta swobodnie opadała na moje ramiona.
- Przecież wygląda jak aniołek. - Burknęła od razu nieco młodsza, rudowłosa kobieta siedząca po mojej lewej stronie. Wysłałem jej lekki uśmiech, niemo dziękując za te słowa. Właściwie nie zależało mi na tym bym wyglądał " jak aniołek", chociaż dość często to słyszałem.
-Zniszczy sobie włosy. Przecież uwielbiasz o nie dbać, a jak nie przestaniesz ich farbować wkrótce nie będziesz już miał o co dbać. - Drugie zdanie wymówione przez blondynkę zostało skierowane do mnie. Zerknąłem na nią, otwierając usta by wypowiedzieć się na ten temat, jednak ubiegła mnie druga ciotka.
- Nie strasz go. Do twarzy ci, kochanie. - Poczułem jak klepie mnie po kolanie.
- Może i do twarzy, ale... - Zaczęła druga, jednak nagle ucichła. Tak samo jak ona podnieśliśmy wzrok, napotykając zaciekawione spojrzenia. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że wśród obecnych jestem najmłodszy. Większość zebranych była w wieku moich rodziców, co bardzo mnie peszyło. Przy stole panowała dziwna cisza, jak co roku zresztą. Wiedziałem, że z każdym kieliszkiem alkoholu towarzystwo bardziej się rozluźni.
Matka wstała od stołu i stanęła przy swoim krześle, dziękując wszystkim za przyjście i wyrażając swoje nadzieje, dotyczące licznych potraw na stole.
*     *     *
Nie zjadłem dużo, od piętnastu minut męczyłem porcje sałatki, która mimo ładnego wyglądu niespecjalnie mnie interesowała. Wsłuchiwałem się w cisze, którą co jakiś czas ktoś śmiał przerywać. W końcu napiłem się wody i odsunąłem od siebie talerz.
-Jesteś na diecie? - Usłyszałem od razu pytanie starszej ciotki, która jak zawsze ciekawiła się wszystkim. Zerknąłem na nią kontem oka, jednak ona wpatrzona była w rybę na swoim talerzu.
-Nie, nie jestem, ciociu.- Burknąłem, jakby na dowód sięgając po babeczkę z czekoladą. Odchyliłem się lekko na krześle, z nudy zaczynając liczyć ile jest osób. Dwadzieścia sześć. Westchnąłem ciężko, zabierając się w końcu za ciastko.
-Koji, masz dziewczynę? - Wreszcie w tłumie gości usłyszałem pytanie, które pojawiało się na każdym spotkaniu. Niespecjalnie na nie czekałem, ale byłem świadom, że ktoś w końcu je wypowie. Spróbowałem wyszukać wśród ludzi właściciela głosu, ale nie udało mi się.
- Nie mam. - Pokręciłem głową ze zrezygnowaniem.
-Nie rozumiem, taki śliczny chłopak, a wciąż sam. - Marudziła ciotka po mojej lewej. - A masz kogoś na oku? - Spytała z nadzieją.
- ... Tak, ale.. Ona ma już kogoś. Dała tej osobie szansę, a ta ją wykorzystała. - Wzruszyłem ramionami udając, że wcale mnie to nie interesuje. Było niestety inaczej. Kompletnie nie potrafiłem pogodzić się z faktem, iż osoba , którą tak szczerze pokochałem nie wie o tym, co więcej jest w szczęśliwym związku. Chciałem jej szczęścia, jednak... Pragnąłem też szczęścia swojego. Niestety, w tym przypadku jedno wykluczało drugie. A przecież ta osoba, była ważniejsza. Jej szczęście było najważniejsze.
- To przykre... - Mruknęła wracając do kolacji. Tłum powoli zaczynał się rozluźniać, rozmawiać ze sobą, co przyjąłem z ulgą.
*     *     *
Ulica w wigilię była całkowicie pusta. Wychodząc na nią niezmiernie się zdziwiłem. Od razu wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów po czym wyciągnąłem z niej jednego z nich. Zaciągnąłem się mocno, drugą dłoń wsuwając do kieszeni ciepłej kurtki. Zarzuciłem na włosy kaptur, ponieważ zapomniałem czapki. Zresztą zniszczyłaby mi fryzurę, co ciężko byłoby mi przeboleć.
Przechodząc obok dobrze znanego mi budynku miałem straszną ochotę wejść do środka, ale czułem, że tylko bym przeszkadzał. Will pewnie chce być tylko z rodziną i... Swoją ukochaną.
Od kilku miesięcy ubolewałem nad tym, że moja długoletnia miłość, nie ma już szans na szczęśliwe zakończenie. Will zakochał się w uroczej, ale nieco wnerwiającej dziewczynie. Pewnie wkrótce zamieszkają razem, może nawet wyprowadzą się z Osaki, będą mieli dzieci. A ja zostanę sam. Mały, zagubiony w tym całkowicie niesprawiedliwym świecie.
Przyśpieszyłem, gdy przechodziłem niebezpiecznie blisko danego domu. Szedłem środkiem chodnika, ciesząc się, że nikt nie przechodzi ,ani nie przejeżdża. Przynajmniej w tych alejkach. Koło mojego mieszkanka zawsze było pełno samochodów. Podejrzewałem, że i w ten "szczególny " dzień nic się nie zmieni.
Spojrzałem w niebo i to nie był mój dobry ruch. Nie zauważyłem, że całą następną trasę stanowi gruba warstwa śliskiego lodu. W pierwszej chwili pisnąłem, a w drugiej już lądowałem na ziemi, na plecach, czując jak spinka boleśnie wbija mi się w tył głowy.
Pierwsza próba wstania z lodu nie powiodła się. Ponownie upadłem na plecy, czując w nich okropny ból. Zrezygnowany podniosłem wzrok spowrotem na niebo. Było niemal czarne, powoli sypał się z niego śnieg. Białe płatki cienką warstwą zaczęły pokrywać moją twarz. Tworzyły maskę.
-Co tu robisz? - Usłyszałem nad sobą dobrze znany, uwielbiany przeze mnie głos. Spokojny, opanowany z cichutką nutką radości w każdym słowie. Chłopak nachylił się do mnie i delikatnie objął moją dłoń swoją. Z jego pomocą stanąłem na lodzie, a już po chwili zostałem z niego wyprowadzony. Podziękowałem Will'owi. I spojrzałem za nas na trójkę dzieci lepiących na śniegu bałwana. Były od nas spory kawałek, przez co domyśliłem się że czarnowłosy musiał zauważyć mnie już wcześniej.
- Wyszedłem na spacer... Nudziłem się z nimi... - Wzruszyłem ramionami, wkładając dłonie w kieszenie płaszcza. - A Ty?
- Wyszedłem z kuzynami. - Wzruszył ramionami wyprzedzając mnie nieco. Widząc to wykrzywiłem nieco wargi i dorównałem mu kroku. Dwudziestolatek jednak szybko przyśpieszył. Droczył się ze mną, czułem to doskonale. Zaśmiałem się cicho, nie przerywając naszej zabawy.
- Nie jest trochę za późno? Przecież jest ciemno... - Mruknąłem, nawet nie zauważając, że mój chód zmienił się w trucht.
- Wiem, zaraz będziemy wracać. - Odpowiedział i przystanął nagle. Niemal automatycznie zrobiłem to samo. Znaleźliśmy się przy dzieciach, które wiekiem sięgały około dziesięciu lat. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że stoimy w ogródku rodziny Willa. - Wejdziesz do nas? Mama ostatnio skarżyła się, że coraz rzadziej przychodzisz. Wiesz, że traktuje cię jak drugiego syna. - Zaśmiał się błękitnooki. Przegryzłem dolną wargę, zerkając na niego.
- Wiesz... Są święta to chyba nie jest odpowiedni.. - Zacząłem jednak Jego głos mi przerwał.
- I będziesz się tak szwendał całą noc? Nie zaprzeczaj! Przyjaźnimy się od dziesięciu lat, znam cię na pamięć. - Zaśmiał się. Uśmiechnąłem się lekko, myśląc o tym, jak bardzo zdziwiłby się gdybym wyznał mu swoją dobrze skrywaną tajemnice.
- No dobrze. - Kiwnąłem głową. Jeszcze chwilę staliśmy w ciszy. Ja przypatrywałem się jego twarzy, podczas gdy Will wpatrywał się w powstającego bałwana.
W pewnej chwili uśmiechnął się szeroko i podbiegł do dzieciaków by pomóc im wciągnąć środkową kulę na tą wcześniej umieszczoną. Okazało się to wyjątkowo trudne, ponieważ bałwan miał mieć pięć pięter, a każda z nich była dziwnie duża.
Kiedy czarnowłosy spojrzał na mnie prosząco także podszedłem i stanąłem na przeciw niego. Miałem stąd doskonały widok na lekkie dołeczki w policzkach starszego.
 Kiedy ten podniósł kulę szybko nachyliłem się  i złapałem ją od dołu.
Myśleliśmy, że już zbliżamy się ku końcowi, jednak śnieżna kula nagle rozsypała się . Żaden z nas nie był na to przygotowany więc przez niebezpieczne przechylenie straciliśmy równowagę i spadliśmy prosto w śnieg. W efekcie obaj byliśmy mokrzy i przemarznięci. Dzieciaki, które dotąd kończyły formować głowę bałwana zaczęły się śmiać. Gdy obaj zrozumieliśmy co się stało poszliśmy w ich ślady.
-Wójku! Wójku! - Usłyszeliśmy od strony drzwi frontowych domu. W naszą stronę biegł góra pięcioletni chłopiec niosący coś w dłoniach. Po marchewce i szaliku stwierdziłem, że to akcesoria bałwana.
- O, przyniosłeś nos! Poczekaj chwilkę Kris, musimy mu najpierw głowę nałożyć. - Mruknął do chłopca. Wstał, otrzepał się powierzchownie i podbiegł do trzeciej z kolei kuli. - Tylko będzie nieco niższy. - Dodał, kiedy ja wstawałem.
Ostatnie trzy kule ustawiliśmy dokładnie na środku. Niestety były dość nierówne, więc bałwan był dziwnie wygięty w prawo. Wszyscy obecni w ogródku zaczęli stroić bałwana.W pewnej chwili mały Kris, stwierdził, że to on ustawi jego nos i czapkę. Tak więc biedny Will musiał unieść chłopca trochę nad swoją głowę.
 Kiedy skończyliśmy wszyscy byliśmy już porządnie zmarznięci.
Will w końcu zarządził powrót do domu. Dzieciaki pobiegły przodem, a my chwilę po nich, rozmawiając weszliśmy do budynku, gdzie od razu zostaliśmy zatrzymani.
- Stop! - Zawołała matka Willa. Była do niego bardzo podobna. Ona też miała farbowane, czarne włosy i pięknie niebieskie tęczówki. Mieli jeszcze dwie takie same cechy ,które strasznie mnie drażniły. Oboje byli wyżsi ode mnie i kochali się ze mną drażnić. - Nie możecie przejść dalej. - Zastrzegła, a dwie kobiety stojące przy niej zaśmiały się cicho. Mama Will'a wskazała dłonią nad drzwi. Wisiała tam duża, zielona.. Jemioła..
-Mamo.. ile osób się tu dziś całowało? - Zaśmiał się chłopak, łapiąc mnie w pasie. Nie zdążyłem nawet zareagować, a już otrzymałem pocałunek w policzek. Oby dwa przybrały lekko różowy kolor. Byłem pewien, że matka Willa to zauważyła. Dany chłopak odsunął się, pozostawiając po sobie przyjemne ciepło w miejscu całusa.Podniosłem dłoń i lekko dotknąłem tego miejsca.
- Oj, kochanie, tego nie da się zliczyć. Ale wszyscy zrobili to jak należy! A wy... Jak dzieci. - Pokręciła głową, z teatralnym rozczarowaniem  na twarzy. Od razu zawtórowały jej towarzyszki, mówiąc jacy to my niedojrzali. Chłopak, chyba nieco zdziwiony spojrzał na mnie. Wzruszyłem lekko ramionami, starając się zachować pozory obojętności. Naprawdę czułem chore wręcz podekscytowanie i nieograniczoną radość. Will miał mnie pocałować. Moja pierwsza miłość miała to zrobić.
Nie widząc mojego sprzeciwu, zaś słysząc dopingowania kobiet czarnowłosy schylił się, ułożył dłoń na mojej, która wciąż dotykała policzka. Następnie zjechał nią na mój kark i zmusił mnie bym lekko zadarł głowę do góry. Zrobiłem to i od razu poczułem jego ciepłe usta na swoich, zimnych. Mężczyzna przejechał językiem po mojej dolnej wardze, zaś kiedy uchyliłem usta przysunął się jeszcze bardziej i pogłębił delikatny pocałunek.
Wiedziałem dobrze, że robi to by udowodnić coś kobietą, jednak w tej chwili starałem się o tym nie myśleć. Przesunąłem ręce i objąłem nimi szyje wyższego. Ten zadrżał czując jak przesiąknięte stopniałym śniegiem rękawiczki spotykają się z jego skórą.
Gdy odsunął się ,spojrzał wyczekująco na matkę.
-Jesteśmy najciekawsi, nie? Chyba, że jeszcze jakaś para składała się z dwóch mężczyzn. - Dalej czuł tą chęć rywalizacji, która nieco mnie smuciła. Szkoda, że nie pocałował mnie całkowicie własnowolnie...
-Jesteście jedyni. - Zaśmiała się kobieta, puszczając do mnie oczko, gdy tylko Will tego nie widział. Poczułem się dziwnie obnażony. Ona chyba wiedziała.
- Koji! Jak ja cię dawno nie widziałam! Czemu nas już nie odwiedzasz?! - Wrzasnęła tak głośno, że słyszeli ją najpewniej także na korytarzu i w salonie. Efekt był niemal natychmiastowy. Kobieta objęła mnie mocno, słysząc jak z jadalni ktoś wybiega. Były to dwie młodsze siostry Will'a które przyłączyły się do matki i także zaczęły mnie obejmować i piszczeć na temat tego jak rzadko bywam w ich domostwie. Chyba faktycznie nieco to zaniedbałem, bo zauważyłem, że obie siostry sporo urosły.
- No, ja też cię dawno nie widziałam. - Usłyszałem za sobą, jednak nowa towarzyszka nie odważyła się mnie przytulić. Spojrzała jedynie z uśmiechem swoich czerwonych warg.
Narzeczona Willa.
Ku mojemu nie zadowoleniu także była dość wysoka. Jednak należałem do dość niskich Japończyków, zaś żaden z obecnych w pomieszczeniu nie był Azjatą.
Dziewczyna miała blond włosy, podobnej długości do mojej. Jej jednak były bardzo mocno wycieniowane. Miała orzechowe tęczówki, które zawsze mnie denerwowały. Może nieco jej zazdrościłem. Moje były całkowicie czarne tym samym i dołujące.
- Przeprasza was, nie miałem ostatnio czasu. Zamierzałem przyjść po nowym roku. - Zacząłem swoje wyjaśnienia. Chwilę jeszcze rozmawiałem z rodziną Willa, a gdy się do niego odwróciłem, zobaczyłem to, co od czterech miesięcy najbardziej mnie raniło.
Will obejmował swoją narzeczoną i szeptał coś do niej na co ta chichotała głupio.
Miłość, która emanowała od nich była okropnie przytłaczająca.
Dodawała mi świadomości, że byłem pierwszy a mimo to się spóźniłem. Ponieważ nigdy nie zyskałem tyle odwagi by wyznać Willowi co do niego czuje.
 To jak bardzo kocham Go całego.
Byłem pewien, że całkowicie zniszczyłbym naszą przyjaźń.
Nawet nie wiesz jak bardzo mnie ranisz. - Pomyślałem. Od razu odlepiłem od nich wzrok i zacząłem ściągać buty.
- Chodź, Koji, poznam Cię ze wszystkimi. Poza tym upiekłam ciasto z nowego przepisu, musisz mi powiedzieć co o tym sądzisz. Może zagrasz na pianinie? Uwielbiam cię słuchać innym na pewno też się spodoba.  - Zagadywała mnie matka chłopaka, który nagle przypomniał sobie o mojej obecności.
- Tak, ale poczekaj. Musisz się przebrać, bo się przeziębisz.- Puścił dziewczynę, która spojrzała na mnie oskarżycielsko. Matka chłopaka zaśmiała się cicho, a ja poczułem się naprawdę dziwnie. Szybko ruszyłem za Willem do jego pokoju.
Gdybym tylko mógł powiedzieć ci, jak bardzo jesteś dla mnie ważny...
Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, mogąc trzymać twoją dłoń, długo patrzeć w twoje błękitne oczy, słuchać twojego kojącego głosu i po prostu być z tobą.
 Kochać ciebie i wiedzieć, że ty także mnie kochasz.
 To naprawdę bolesne.
 Nie odwzajemniona miłość to najbardziej bolesne uczucie na świecie. Ja doświadczałem jej już od kilkunastu miesięcy. Czułem jak mnie wyniszcza, ale nie mogłem nic na to poradzić. Bo prawdziwej miłości nie można się pozbyć. Będzie już zawsze przypominała o sobie.
Kiedyś oddałem Ci moje serce. - Pomyślałem gorzko. - Teraz nie potrafię Go odebrać.
_______________________
Oto i pierwsza część świątecznego opowiadania :D
Uh, coś słabo czuć te święta, prawda?
ZERO śniegu... A tak bardzo Go kocham...
No nic!


Z okazji świąt życzę wam głównie spełnienia marzeń. Bo nieważne co by się działo one zawsze będą najważniejsze, a Wy zawsze powinniście stawiać je na pierwszym miejscu. Nie zapominajcie o tym proszę :]
Wesołych świąt!
Kocham Was, słoneczka :*
HOSHI.

czwartek, 12 grudnia 2013

Dreamer - Rozdział 12


-Dzień dobry. - Uśmiechnąłem się niepewnie widząc w drzwiach matkę Doi'ego. Kobieta niemal niewidocznie odwzajemniła mój gest i odsunęła się trochę wpuszczając mnie do środka. Szybko zdjąłem buty i aż przystanąłem słysząc rozmowy z pokoju blondyna.
 - Idź, nie przejmuj się tym. Doi wiedział przecież, że przyjdziesz. - Mruknęła widząc moje wahanie. Zerknąłem na nią kontem oka i kiwnąłem lekko głową. Szybko wszedłem po schodach i zapukałem do królestwa chłopaka. Rozmowy gwałtownie ucichły, a drzwi lekko się uchyliły.
-Haru-Chan! Miałeś być ponad godzinę temu. - Zostałem przywitany słowami niebiesko-okiego, który pociągnął mnie za rękę do środka. Od razu spoczęły na mnie dwie pary ciemnych tęczówek. Jedna z nich należała do rudowłosego mężczyzny, którego zauważyłem jakiś czas temu z Doi'm.
Siedział na obracanym krześle i przyglądał mi się. W jego oczach było coś, co dało mi do zrozumienia, że także mnie pamięta. Przyznam, że wcale nie cieszyłem się, że ponownie go widzę.
 Na łóżku zaś siedział młodszy chłopak z dziwnymi, granatowymi włosami. Mocno przyciskał do siebie Tai, która zaczęła wyrywać się, gdy tylko mnie dostrzegła. Uśmiechnąłem się lekko na to. Miło było przychodzić do domu, gdzie kilka stworzeń oczekuje mojego ponownego przyjścia.
-Wiem... Zasnąłem.. - Wyjaśniłem, podnosząc Tai, która prędko znalazła się przy mnie.
-Haru-chan. - Wskazał na mnie, a obecni kiwnęli mi głową na przywitanie. -To Nobuyoki. - Wskazał na granatowowłosego, który uśmiechnął się szeroko. - A to Ryu. - Teraz chodziło mu o  rudego, którego uśmiech był wręcz lodowaty.
-Jesteś przyjacielem Doiego? -Zapytał młodszy. Wspomniany mężczyzna pociągnął mnie za sobą na łóżko. Usiadł pomiędzy mną a moim rozmówcą, ale zdawał się tym nie przejmować.
- Chyba.. Można tak powiedzieć. - Uśmiechnąłem się niepewnie, patrząc na blondyna.
-Jasne, że tak. - Zastrzegł od razu, wciągając na swoje kolana psiaka. Ryu cały czas wbijał w nas wzrok, myśląc o czymś intensywnie. Chwile przyglądaliśmy się sobie nawzajem, ale Doi szybko spowrotem zwrócił nasz wzrok na siebie. Rozmawiał o czymś z Nobuyokim starając się włączyć nas do rozmowy. Gdy nieco bardziej się wychyliłem przyuważyłem jak posyłają sobie co jakiś czas czułe uśmiechy. Poczułem dziwny ciężar na sercu, ponieważ ten sam uśmiech wysyłał mnie co jakiś czas. Z boku wyglądał kompletnie inaczej i mógł być źle odbierany przez innych.
Zacząłem przysłuchiwać się monologowi Doiego na temat ostatniej trasy. Sam nigdy o to nie pytałem, więc bardzo ciekawiły mnie jego kolejne słowa.
*     *     *
Obudziłem się w środku nocy, czując szarpanie za ramie. Uchyliłem lekko powieki, patrząc na ciemną podłogę, należącą do pokoju Doiego. Teraz porozrzucane na niej były puste puszki po piwach. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem, ale chyba Doi i Noboyoki także tego nie przewidzieli. Blondyn spał oparty o łóżko, a Noboyoki leżąc na plecach na podłodze. Ja za to miałem najprzyjemniejsze położenie, ponieważ niemal cały wieczór siedziałem na łóżku i na nim też zasnąłem.
 Podniosłem zdezorientowany wzrok na rozzłoszczonego Ryu.
-Piszczysz. - Powiedział od razu, puszczając mnie.
- Słucham? - Wymamrotałem, wtulony w poduszkę. Miała przyjemny zapach. Świerzy, ale także przesiąknięty osobą blondyna.
- Piszczysz przez sen. Brzmisz jak bity szczeniak. - Wyjaśnił bardziej szczegółowo. Prychnąłem, od razu przypominając sobie sen. Był niemal jak rytuał.
-Przepraszam, nie chciałem cię obudzić. - Mruknąłem, zerkając na niego spod grzywki. Ten wzruszył ramionami i ku mojemu zdziwieniu wyszedł z sypialni Doi'ego. Pokręciłem się trochę w łóżku, wdychając zapach pościeli. Nie potrafiłem już zasnąć. Zerknąłem za okno. Na zewnątrz zaczynało już świtać, więc najpewniej było przed godziną ósmą. Westchnąłem cicho. Wstałem, chwyciłem bluzę Doi' ego, wiszącą na oparciu krzesła i wyszedłem z pomieszczenia. Zapinając ubranie zastanawiałem się, czy blondyn będzie się na mnie bardzo gniewał.
Ryu znalazłem w kuchni. Wpatrywał się w zawartość lodówki z nieodgadniętą miną. Usiadłem przy kuchennej wyspie, na hokerze i wpatrywałem się w jego poczynania.
- Rodzice Doi'ego jeszcze nie wrócili. - Mruknął wyjmując kartonik z schłodzonym sokiem pomarańczowym. Wyjął dwie szklanki i po zapełnieniu ich podał mi jedną. - Mógłbyś iść obudzić jego siostrę? Za godzinę ósma, a Ona ma szkołę. - Poprosił. Kiwnąłem krótko głową, mimo wewnętrznych obaw. Ta dziewczyna mnie przerażała.
- Haruhiko... Jak blisko jesteś z Doim? - Zapytał całkowicie niespodziewanie. Opanowałem zdziwienie i starając się nie wykazać żadnej reakcji dalej piłem sok.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Mówiłem wczoraj.
- Jesteś jego nowym chłopakiem? - Na to pytanie zakrztusiłem się, zacząłem kaszleć, a gdy w miarę się opanowałem spojrzałem na starszego mocno szklanymi oczyma.

Doi jest gejem?! Myślałem gwałtownie, patrząc na towarzysza z niedowierzaniem. Przecież to było niemożliwe, już dawno wiedziałby o  tym cały świat. Blondyn był przecież w niesamowicie znanym zespole. Odkaszlnąłem raz jeszcze, wpatrując się dalej w bruneta.
Chciał mnie sprawdzić?
Całkowicie wierzyłem, w to, że niebieskooki nie jest taki. Osoba tak idealna jak on nie mogła mieć tak znaczącej usterki.
-Halo?- Brunet pomachał mi przed oczyma dłonią, uśmiechając się kpiąco.
-Nie, nie jestem. - Burknąłem wstając od stołu. Ryu zdawał się zadowolony z siebie, jednak nie potrafiłem zrozumieć dlaczego.
Ruszyłem spowrotem na piętro, jednak nie do pokoju Doiego, a do pokoju zajmowanego przez jego młodszą siostrę. Wyciągnąłem dłoń by zapukać, jednak zastygłem w bezruchu. Moja dłoń trzęsła się dość zauważalnie. Zacisnąłem mocno palce i zapukałem.
Brak jakiejkolwiek reakcji.
Zapukałem ponownie, a gdy nie usłyszałem jak dziewczyna wstaje wszedłem do środka.Pomieszczenie było w odcieniu purpury. Wisiało na nim wiele plakatów i tablica korkowa. Jednak nie zwróciłem na to większej uwagi. Podszedłem do łóżka, w którym zakopana spała siostra Doiego. Chciałem obudzić ją po imieniu, jednak nagle zdałem sobie sprawę, że nie wiem nawet jak się nazywa. Pokręciłem lekko głową.
- Hej.. Wstawaj.. - Rozkazałem dość głośno. Znowu brak reakcji. - Wstawaj, wstawaj, wstawaj, wstawaj. - Mówiłem szybko. W chwili gdy wyciągnąłem do niej dłoń zdarzyło się coś czego kompletnie się nie spodziewałem.
Dziewczyna gwałtownie otworzyła swoje duże, brązowe oczy, skopała na kąt łóżka kołdrę i mocno kopnęła mnie w brzuch. Działo się to tak szybo, że nie miałem szansy zareagować.
Zgiąłem się w pół, łapiąc się od razu za bolące miejsce. Czarnowłosa nie wyglądała na słabą, wręcz przeciwnie, ale takiej siły się po niej nie spodziewałem. Byłem pewien, że zostanie nietrwały ślad.
- Co ty robisz? -Wrzasnąłem w chwili, gdy popchnęła mnie mocno. Upadłem.
Czarnowłosa szybko usiadła na moich biodrach i ... Zacisnęła dłonie na mojej szyi.  Przestałem się wyrywać patrząc na nią zagubiony.
To przekleństwo- Pomyślałem od razu czując jak z całej swojej siły zaciska dłonie. Gdy uchyliłem usta by krzyknąć, jeszcze bardziej wzmocniła swój uścisk całkowicie odbierając mi oddech. Zacząłem się nieudolnie wyrywać, ale szybko nadchodzące osłabienie przekreśliło moje szanse. Wyciągnąłem ręce przed siebie, które ponownie zaczęły się nieznośnie trząść. Zacisnąłem dłonie na nadgarstkach dziewczyny, jednak ta nie odrywała się ode mnie tak, jakby zależało od tego jej życie. Nawet jeśli przechyliła się, po chwili mocniej zaciskała uda, żebym nie mógł się wyrwać.
-Co się dzieje? - Usłyszałem czyjś krzyk, jednak leżałem tyłem do drzwi i nie widziałem jaka akcja rozgrywa się za mną. Drzwi trzasnęły, a na schodach zaczęły odbijać się szybkie kroki kolejnej osoby.
Moje oczy zaszły lekką mgłą, ale zauważyłem podbiegających mężczyzn. Doi chwycił mocno siostrę i odciągnął ją ode mnie. Ta zaczęła przeraźliwie krzyczeć i machać rękami. Moje za to opadły ciężko na podłogę.
 Nobuyoki schylił się nade mną z przerażeniem.
- Nie zamykaj oczu! - Rozkazał od razu. Chciałem Go posłuchać, ale nawet gdy zacząłem oddychać, czułem, że życiodajnego powietrza wciąż mi brakuje.
-Zostaw mnie! To jego wina! Nie rozumiesz?! Puszczaj idioto! Zabije Go, Zabije! - Wrzeszczała dziewczyna.
Ostatnie co przyuważyłem to drewniana ramka stojąca w koncie biurka.
A w niej zdjęcie.
Doi, jego siostra i chłopak zdumiewająco do niej podobny.
Ich zmarły brat.
______________________
Bardzo króciutki rozdział- Tak wiem , przepraszam. Miałam w tym tygodniu sprawdziany próbne gimnazjalne i nie miałam czasu by przysiąść na dłuższy czas.
Jeśli mam być szczera... Rozdział miał być kompletnie innyXD
Ale tak mnie natchnęło.. Planowałam to zrobić później, ale cóż :3
Pozdrawiam i pokornie proszę o komentarze :)
PS: Trzymajcie się cieplutko! :3 Nawet nie wiecie ile czasu czekałam na śnieg i jaką sprawił mi on radość! ( Pewnie po moich opowiadaniach, zauważyliście moją ogromną miłość do niego, ne X3)

czwartek, 28 listopada 2013

Dreamer - Rozdział 11



Od razu pragnę podkreślić, że opisane tu święto jest przedstawione w sposób w jaki odbywają to Japończycy ;]
Chciałabym was troszkę zbliżyć do ich kultury :3
________________________________________
           Na zewnątrz znów padał śnieg, ale podobało mi się to. Przecież uwielbiałem to zjawisko. Kilka białych gwiazdek wleciało do pokoju przez lekko uchylone okno, które właśnie próbował zamknąć Doi, co niestety nie najlepiej mu wychodziło. Gdy w końcu mu się udało odwrócił się do mnie i spojrzał na robione przeze mnie kadomatsu * z nierozszyfrowaną miną.
-Czemu ziemia jest tej samej wielkości co niebo? - Zaśmiał się cicho siadając na przeciw mnie, na podłodze. Spojrzałem na bambusy ze zdziwieniem.
- Ja tu nie widzę ani ziemi ani nieba. -Stwierdziłem nico zawstydzony, czego nie okazywałem po sobie. Pierwszy raz robiłem noworoczne ozdoby. Moi rodzice nigdy się do tego nie palili, tak samo jak ja czy Yui.
O moim dzisiejszym zadaniu dowiedziałem się rano, gdy blondyn napisał do mnie, że muszę mu pomóc bo jego rodzina wyjechała do jakiejś ciotki. Poprosili Go o zrobienie kodomatsu, a oni mają zająć się shime-nawa**.  Jako, że ten dom ma dwa wejścia musieliśmy zrobić po dwie dekoracje.
-Nigdy tego nie robiłeś, nie? - Ponownie usłyszałem jego dźwięczny śmiech. Mężczyzna przysunął się trochę do mnie i spojrzał na leżące na ziemi niewielkie pnie bambusa i gałązki sosny. - Każdy z nich musi mieć inną wysokość. Jeden ma symbolizować niebo, drugi ziemie, a trzeci ludzkość. - Mówił biorąc po kolei różnej wielkości bambusy.  Dekoracje, które przyszło mi dziś tworzyć były sporo niższe niż kiedyś. W dawniejszych czasach pnie te potrafiły sięgać półtora metra, a teraz około pół metra.
- Sosna to nieśmiertelność. - Dodał mężczyzna na koniec.
Kiwnąłem głową, dając mu znak, że rozumiem. Wyszukałem wśród tych patyków trzy różnej wielkości i kilka gałązek sosny.
- Pomożesz zawiązać? - Poprosiłem, kiedy drugi raz z rzędu błękitna wstążka była za mało zaciśnięta, przez co wiązanka po prostu się rozpadała. Starszy z nas nic nie mówiąc podszedł i uklęknął przy mnie zawiązując tasiemkę. Ja w tym samym czasie przyglądałem mu się z bliska. Oceniałem w myślach jego jasnego koloru oczy, jego niedługie, ale gęste rzęsy i pełne, jasne wargi. Przeniosłem wzrok na jego włosy, zastanawiając się czy naprawdę są tak miękkie jak się wydają. - Mogę dotknąć twoich włosów? - Spytałem bezmyślnie, gdy mężczyzna zaczął się odsuwać. Jego twarz wyrażała zdziwienie, jednak z ust nie znikł uśmiech. Kiwnął głową dając mi pozwolenie, które od razu wykorzystałem. Odsunąłem dekoracje i wsunąłem palce w jego przydługie włosy. Faktycznie były miękkie, tak samo jak się tego spodziewałem. W skupieniu głaskałem jego blond kłaczki, ignorując cichy śmiech mojego towarzysza, byłem jednak pewien, że nie jestem pierwszą osobą z taką prośbą. Przecież to naturalne- Ta ciekawość.
-I jak? - Zapytał widząc jak się odsuwam. Usiadłem obok niego, skupiając oczy na wiązance.
- Miękkie. - Mruknąłem cicho. Nie musiałem zastanawiać się nad odpowiedzią. Doi, najpewniej usatysfakcjonowany sięgnął do swoich roślinek i tak jak ja zaczął wpinać w nie dodatki.
*    *    *
-Spotkamy się w świątyni? - Usłyszałem gdzieś za swoimi plecami, gdy zajmowałem się niesfornymi sznurowadłami trampek. Przegryzłem delikatnie wargę spoglądając za siebie.
-Co z twoją rodziną?
- Daj spokój.. Będzie tyle ludzi, że nie zauważą, że zniknąłem. - Kiwnąłem głową i podniosłem się ostatni raz zerkając na buty. Przeniosłem wzrok na Doi'ego, który dziwnie się we mnie wpatrywał. Trochę speszony zacząłem zapinać kurtkę.
- Prawie nigdy się nie uśmiechasz. - Stwierdził, opierając się o ścianę, niedaleko mojego położenia.
- Znasz mnie od kilku miesięcy. Nigdy Ci to nie przeszkadzało.
-Nie zauważyłem. - Skwitował. Podszedł do mnie i stanął na przeciw. Wciąż się uśmiechał, co sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej niepewnie niż chwilę temu. Wyciągnął obydwie dłonie do mojej twarzy, przez co wręcz odruchowo się cofnąłem. Niebiesko-oki uszczypnął mnie lekko w policzki i zarzucił mi kaptur na głowę, mamrocząc przy tym coś o pogodzie, po czym odszedł. - Napiszę do ciebie rano, umówimy się na którąś godzinę. A i nie zapomnij, że od jutra sklepy są zamknięte. - Dodał, siłując się z zamkiem drzwi. Westchnąłem zrezygnowany, ale tak naprawdę byłem mu wdzięczny za przypomnienie. Zapomniałbym.
Pożegnaliśmy się niezbyt wylewnie. Zostałem przyciągnięty do uścisku i już po chwili wyszedłem za bramy odgradzające domek. Idąc przez ulice wszędzie widziałem sprzątających lub robiących zakupy Japończyków. Będąc bliżej mojej kamienicy także wszedłem do sklepu by zrobić zapasy na najbliższe kilka dni, podczas których sklepy będą zamknięte.
 *     *     *
       Wreszcie nastał ostatni dzień roku. Z Doi'm umówiliśmy się na dwudziestą drugą, by razem iść do świątyni. Idąc tłumnie trudno było mi dostrzec blondyna, który na co dzień bardzo się odznaczał. Jakimś cudem to on przyuważył mnie. Był sam, więc domyśliłem się, że udało mu się odciąć od rodzinki. Przywitaliśmy się szybko i wraz z innymi ludźmi ruszyliśmy w stronę świątyni.
-Nie lubię jak jest tu tyle ludzi.. - Poskarżyłem się, gdy jakiś mężczyzna popchnął mnie lekko do przodu, samemu najpewniej się śpiesząc.
-Ja też nie. Chociaż ostatniego sylwestra w Japonii spędziłem... jakieś cztery lata temu. Ostatnim razem byłem w Londynie. - Pochwalił się. Widząc jak co chwilę potykam się o kamienną drużkę objął mnie lekko w pasie. Podziękowałem cicho, mimo to cały czas patrząc nieufnie na ścieżkę, która chwilę później zmieniła się w cienkie stopnie schodów.
-Nigdy nie byłem poza Japonią. - Wyznałem ustawiając się w jednej z trzech kolejek. Doi pojawił się w sznurze ludzi po mojej lewej stronie, byśmy mogli modlić się mniej więcej w tej samej chwili.
-Żałuj, Haru-Chan. - Uśmiechnął się po chwili cichnąc. Kiwnąłem jeszcze głową i skupiłem się na kolejce. Po dość długim czekaniu w ciszy wreszcie nadeszła moja kolej.
Przemyłem usta i dłonie w specjalnym strumyczku, wyjąłem z kieszeni sto jenów i wrzuciłem je do koszyczka. Pociągnąłem za gruby, nieprzyjemnie szorstki sznur, od razu słysząc dźwięk zawieszonego nade mną dzwonka. Klasnąłem dwa razy w dłonie, by mieć pewność, że moja modlitwa zostanie wysłuchana. Ludzie za mną czekali w całkowitej ciszy, aż skończę. Nikt się nie przepychał, nikt nie rozmawiał dzięki czemu łatwiej było mi się skupić. Gdy prosiłem Bóstwo o pomyślność na następny rok usłyszałem obok drugi dzwonek. Kontem oka zerknąłem na skupionego na swoim zajęciu Doi'ego i uśmiechnąłem się lekko, czego nie można było przyuważyć przez dość długie włosy, które skutecznie zasłoniły moją pochyloną głowę. Po skończeniu ostatni raz spojrzałem na blondyna i odszedłem kawałek od tłumu.
Jakieś dwie, trzy minuty później mój obiekt obserwacji dołączył do mnie.
- Idziemy po omikuji***? - Zapytałem skręcając w stronę drewnianej butki. Mój towarzysz radośnie przytaknął patrząc na papierowe wróżby. Wyciągnąłem jedną z karteczek, odwracając się do mężczyzny plecami. Ten na to zaśmiał się cicho i także sięgnął do pojemnika. - Wielkie szczęście. - Przeczytałem tryumfalnie, odwracając się w jego stronę.
- Nieszczęście. - Prychnął z nieco zmartwioną miną. Chwycił mnie mocno za rękę i szybko podreptał do czerwonego stojaka na którym wisiało już sporo sprawnie związanych wróżb. - Muszę się tego szybko pozbyć. - Ocenił.
 Gdy otrzymuje się złą wróżbę tak właśnie się robi i mimo, że ten pośpiech i strach uważałem za chory, to w tej chwili nieco bawiło mnie zachowanie Doi' ego, który w chwili moich rozmyśleń dość niezdarnie wiązał wróżbę.
- Musisz zrobić kółko i przez środek przełożyć tą tasiemkę. - Podpowiedziałem, jednak widząc jak się męczy zlitowałem się i podszedłem bliżej. Odsunąłem delikatnie jego dłonie i samemu zawiązałem jego nieszczęście. - I już. - Zadecydowałem, odwracając się w jego stronę. Doi uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do mnie rękę by pomóc mi zejść z podestu. To było o wiele łatwiejsze niż okrążenie tych wszystkich stojaków i zejście schodkami więc skorzystałem z jego pomocy.
W tej samej chwili w okolicy rozległ się pierwszy z stu ośmiu uderzeń dzwonu. Tak zwane Joya-no kane. Każde z uderzeń symbolizuje jeden grzech przypisany człowiekowi. Grzechy zamyka sto siódme uderzenie. Dokładnie o północy usłyszeliśmy ostatnie uderzenie świadczące o rozpoczęciu nowego roku.
W ciągu tego rytuału zdążyliśmy się dość daleko oddalić. Ostatnią naszą przewidzianą na dziś atrakcją było tradycyjne oglądanie wschodu słońca. ( hatsu-hindoe) Jako, że do tego wydarzenia zostało jeszcze sporo czasu to zawędrowaliśmy do domu Doi' ego. Od razu przywitało nas szczekanie Toi, która wybiegła z kuchni. Nie za bardzo zwróciłem na nią uwagę zajęty rozmową z mężczyzną. Właściwie to blondyn mówił, a ja słuchałem, co bardzo mi odpowiadało.
Przeszliśmy do salonu, gdzie panował nieskazitelny porządek. Kiedy dobrałem się do czekoladowego ciasta, które zostało po wczorajszych pożegnaniach roku coś zwróciło moją uwagę. Papierowe monety. Małe, złote z japońskimi znakami Kanji. Uśmiechnąłem się do siebie nieco zdziwiony. Monety te paliło się dla ducha, by miał on odpowiednie warunki po śmierci.
- Doi? Dla kogo... - Zacząłem, gdy blondyn pojawił się w pomieszczeniu niosąc jakieś ciastka.
- Dla mojego brata.- Przerwał mi, domyślając się reszty pytania. Usiadł na przeciw.
- Yhym.. A.. Czemu właściwie.. nie żyje? - Zapytałem niepewnie. Dobrze wiedziałem, że to nieuprzejme, jednak ciekawość niemal zżerała mnie od środka. Zmrużyłem zmęczone już oczy, wpatrując się w Doi' ego.
- Został zamordowany. Mieliśmy włamanie, kilka lat temu. Był sam ... Udusili Go. - Dodał. Wydawał się przyzwyczajony do tego pytania. Mówił takim samym tonem jak wcześniej jednak uśmiech zniknął z jego twarzy. Zdawał się teraz nieco starszy, poważniejszy.
Zadrżałem słysząc ostatnie stwierdzenie. Od razu przypomniały mi się uciążliwe sny. Sytuacje, które przeżywałem niemal co noc.
Co noc czułem ten nieznośny uścisk na szyi.
Co noc byłem całkowicie bezbronny.
Co noc umierałem.
-Przykro mi. - Mruknąłem cicho, patrząc smutno w ciastko trzymane przeze mnie.
- Niepotrzebnie. A co z twoimi rodzicami? Mówiłeś tylko, że nie żyją. - Oparł głowę o dłoń, zaś łokieć o stół i wpatrywał się we mnie.
-Yhym. - Przegryzłem wargę, nagle żałując, że zacząłem ten temat.
- Nie mów jeśli nie chcesz. - Zaznaczył szybko Doi, widząc zmianę na mojej twarzy. Nawet maska obojętności nie potrafiła jej zamaskować.
- W porządku. Ojciec miał wypadek samochodowy, a Matka popełniła samobójstwo kilka dni później. Zmarli prawie rok temu.
- Niedawno... - Wtrącił blondyn, przyglądając mi się uważnie. W tej chwili poczułem z nim dziwną więź. Był pierwszą osobą, której potrafiłem wyznać prawdę o mojej rodzinie.
- Właściwie nie byli moimi rodzicami. Adoptowali mnie. Nie wiem, kim jest moja biologiczna rodzina. - Wyznałem cicho, zerkając na niego niepewnie. Dobrze widziałem zdziwienie malujące się na jego twarz.
-Nie chciałbyś ich odszukać? - Wyciągnął do mnie dłoń, tak samo jak kilka dni temu. Tym razem poczułem jego dotyk na moim ramieniu. Dłoń powoli zjeżdżała na przedramię, nadgarstek aż w końcu delikatnie zacisnęła się na mojej.
-Nie... Skoro mnie oddali, to znaczy, że mnie... Nie chcieli... - Szepnąłem właściwie bardziej do siebie niż do niego. Nie lubiłem o tym myśleć, to było dla mnie przykre. Wiedza, że zostałem po prostu porzucony przez kogoś, kto powinien się mną zaopiekować. Przecież rodzice powinni uczestniczyć w całym moim życiu, ale zrezygnowali z tego. Nawet nie przejmowali się moim dalszym losem. Byłem im całkowicie obojętny.
*      *        *
Wschód słońca oglądaliśmy w ogrodzie za domem Doi' ego. Był dość duży, lekko uproszony śniegiem. Toi biegała po nim, merdając swoim pędzelkowatym ogonem.  Stałem pod daszkiem nieco zmarznięty, mieląc w dłoniach skrawek kurtki. Doi stał obok mnie patrząc z zaciekawieniem w niebo.
- No to rozpoczyna się nowy rok. Trzeba zapomnieć o poprzednim. - Mruknął jakby do siebie. Kiwnąłem powoli głową, wciąż myśląc o rodzicach. O tym kim mogliby być, ile mieliby teraz lat, o tym czy mam rodzeństwo. Największą zagadkę stanowiło jednak to czemu mnie oddali? - Nie myśl już o tym. - Poprosił Doi, odwracając się gwałtownie w moją stronę. Przeniosłem wzrok z pomarańczowego nieba na jego niebieskie oczy.
- Staram się. - Zaśmiałem się cicho. Blondyn westchnął i objął mnie w pasie przyciągając do siebie. Położył swoją brodę na moim ramieniu.
- Ich strata. - Dodał na koniec, chwilę staliśmy w bezruchu, ogrzewając siebie nawzajem. - Szczęśliwego nowego roku, Haru-Chan. Życzę Ci zdrowia, szczęścia.. hm.. Żebyś przestał myśleć o rodzicach i zaczął chociażby o mnie... O i żebyś częściej się uśmiechał. Tak, tego najbardziej. - Wyrecytował szeptem. Zaśmiałem się cicho, przytulając Go mocniej nieco rozczulony. Poczułem zimny powiew wiatru na odsłoniętej skórze. Doi także się zaśmiał, w następnej chwili przykładając swoje przyjemnie ciepłe wargi do mojej szyi, na co zadrżałem.
-Doi?
- To na szczęście. - Skwitował odsuwając się lekko i patrząc na mnie tym czułym wzrokiem.
________________________________________
Przywaliłam nie?
Bardzo dużo japońskich nazw prawda?
No to tłumaczymy...
kadomatsu- To takie japońskie dekoracje noworoczne. Japończycy obchodzą sylwestra tak jak my święta. :) Kodomasu to właśnie trzy cienkie pnie bambusa i gałązki sosny ,wszystko związane i udekorowane według uznania. Stawiane są przed wejściem do domu.
 shime-nawa - Też rodzaj japońskiej ozdoby. Tylko to taki.. pleciony sznur z słomy ryżowej. Ma chronić miejsce w którym się znajduje. Zazwyczaj wiesza się go nad drzwiami.
omikuji- Przepowiednie  zapisane na paskach papieru. Od stopnia wielkiego szczęścia po stopień wielkiego nieszczęścia. Niektóre przedstawiają tylko te stopnie, a inne także to co się stanie. Zależnie od świątyni. W razie złej wróżby wiesza się je na specjalnym stojaku lub drzewku, bowiem jeśli przepowiednia zostanie w świątyni to możliwe, że się nie spełni.

Całusyyyy :*

sobota, 16 listopada 2013

Dreamer - Rozdział 10


(...)Czułem palce przesuwające się powoli po mojej szyi. Próbowałem wstać i uciec jednak czułem jak mój oprawca przenosi lewą rękę na moje ramie, ściskając je tak mocno, że nie miałem szansy wyrwać się. Zimne palce prawej dłoni przeniosły się na mój policzek. Nieznajomy wciąż siedział za moimi plecami, przez co nie mogłem odwrócić się, by zobaczyć jego twarz. Byłem pewien, że był mężczyzną. Dłoń spowrotem zjechała na moją szyję i mocno się na niej zacisnęła. Towarzysząca snom gra na skrzypcach gwałtownie się zakończyła, przerwała. Moje oczy zamknęły się... 

Gdy dalsza część snu zakończyła się, niemal automatycznie otworzyłem oczy oddychając szybko. W okół mnie było całkowicie cicho, ale dość jasno. Najpewniej był już ranek. Przetarłem twarz i w tej samej chwili zastygłem w kompletnym bezruchu. Moje policzki były nieco wilgotne, co dotychczas się nie zdarzało. Podniosłem skopaną pościel i dość agresywnie przetarłem moje policzki. Starając się zapomnieć o chwili słabości podniosłem się z łóżka i poszedłem do łazienki przebrać się i odświeżyć. Szybko zrobiłem co zrobić miałem i zawędrowałem do kuchni. Potem wraz z jogurtem truskawkowym i łyżeczką ruszyłem do salonu, na kanapę. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu, było blisko godziny czternastej, więc miałem jeszcze trochę czasu przed spotkaniem z Doi'm.
Starałem się o tym nie myśleć, jednak cieszyłem się, na spotkanie z nim. Wcale nie zamierzałem go wykorzystać, okraść czy po prostu zranić. Stał się dla mnie naprawdę ważny, a ja powoli przyswajałem do siebie ten fakt. Wydawał mi się osobą, która ciągle się uśmiecha, która nie ma problemów. Ale on tak naprawdę po prostu się nimi nie przejmował. Wydawało mi się, że patrzy jedynie w przyszłość, przeszłość zostawiając za sobą.
Był jedyny w swoim rodzaju, nie czułem się przy nim gorszy, mniej wartościowy dla świata. Z Doim czułem się po prostu dobrze i mimo początkowej niechęci teraz chciałem być kolejną osobą, której posyłał swój prawdziwy uśmiech, a nie ten specjalnie wyćwiczony na scenę.
*     *     *
W prawdzie do parku spóźniłem się jakieś dziesięć minut, jednak czekający na mnie blondyn nie wydawał się zły, może jedynie nieco zniecierpliwiony. Od razu w oczy rzucił mi się kaptur zarzucony na głowę. Pewnie nie chciał by ktokolwiek go poznał. Na szczęście było na tyle zimno, że ten fakt nie wydawał się nikomu dziwny.
Ku mojemu ogólnemu zdziwieniu, na przywitanie zostałem delikatnie przytulony.
-W końcu znów cię widzę. - Zaśmiał się cicho Doi, po czym odsunął się na odległość ramienia, co nieco mnie zasmuciło. Gdy zdałem sobie sprawę z tego uczucia, od razu odsunąłem się jeszcze trochę i przeniosłem wzrok na małego towarzysza piosenkarza. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, ale bałem się, że blondyn zwróci na niego uwagę, przecież starałem się nie pokazywać uczuć. Doi faktycznie zauważył zmianę na mojej twarzy, jednak skwitował ją jedynie podobnym gestem. Gdy ukucnąłem obok psiaka on zrobił to samo.
-Twój? -Zapytałem od razu, patrząc na niewielkiego pieska, który od razu zaczął mnie obwąchiwać.
-Tak, od niedawna. Nazywa się Toi. - Wyciągnął dłoń i poprawił czerwone ubranko psiaka.
-Ile ma?
- Osiem miesięcy. - Odpowiedział i wstał. Od razu zaczął ciągnąć mnie do góry za kaptur, jednak nie potrafiłem się powstrzymać przed pogłaskaniem Toi i zmolestwaniem jej uszu.
-A jaka rasa?
-Cavalier King Charles Spaniel. - Wyrecytował, na co aż podniosłem głowę, by na niego spojrzeć.
-Jak Ty... To zapamiętałeś? - Patrzałem na niego zdziwionymi oczami. Z całej nazwy potrafiłem powtórzyć jedynie 'Spaniel'. W końcu oderwałem się niechętnie od psa i wstałem.
- Tak jakoś. Chodźmy, bo wszyscy zmarzniemy, stojąc tak w miejscu. - Zadecydował, a mnie nie pozostało nic oprócz posłuchania Go.
Chodziliśmy po uśpionym parku jakieś czterdzieści pięć minut. Rozmawialiśmy głównie o naszym podejściu do świąt. Przy okazji ponownie złożyliśmy sobie spóźnione życzenia. Nawet nie zauważyłem kiedy udało mi się uprosić Doiego o smycz Toi, dzięki czemu to ja ją prowadziłem. Była naprawdę ładna i zadbana. Chociaż blondyn wyznał mi, że jego rodzina bardzo jej nie lubi. Doszedłem więc do wniosku, że to Doi musiał o nią dbać. Właśnie on po jakimś czasie zadecydował, że pójdziemy się do niego ogrzać. Sprzeciwiałem się aż do momentu, w którym zauważyłem, że niewielki piesek drga z zimna. Nie miałbym sumienia pozwalając jej dalej się męczyć.
Byłem trochę zaciekawiony, gdzie może mieszkać Doi, ten od razu ostrzegł, że od pół roku mieszka z rodzicami, by mieć bliżej do innych członków zespołu.
Miejscem jego zamieszkania okazał się niewielki, jednorodzinny domek. Na zewnątrz był kremowy z ciemno brązowym dachem.
Wchodząc do środka byłem trochę przestraszony, ale nie pokazywałem tego po sobie. Tai od razu zaszczekała, okazując tym samym swoje przybycie. W chwili ,gdy odwieszaliśmy kurtki z pomieszczenia obok wyszła zdezoriętowana kobieta, której oczy od razu spoczęły na mojej osobie. Miała ona ciemne włosy, sięgające nieco poza ramiona. Były podobnej długości do moich. Jej twarz wyglądała młodo, chodź najpewniej jej właścicielka była matką Doi'ego.
-Szybko wróciłeś, myślałam, że coś się stało. - Powiedziała od razu, odrywając odemnie na chwilę wzrok. Wyglądała na osobę poważną, rzadko się uśmiechającą, dlatego zdziwiłem się, gdy kąciki jej warg uniosły się do góry.
- Wszystko w porządku, po prostu jest bardzo zimno. To Haru. - W tej chwili wskazał na mnie, przez co znowu poczułem na sobie nieprzyjemny wzrok. - To moja mama. - Tym razem jego słowa skierowane były do mnie. Przywitałem się grzecznie z kobietą, po czym postanowiliśmy zrobić sobie herbatę.
Gdy matka Doiego zniknęła z zasięgu naszego wzroku, a Ja zamierzałem ruszyć za chłopakiem poczułem na sobie kolejny wzrok. Spojrzałem za siebie, na schody. Na jednym z dolnych stopni stała młoda dziewczyna. Mogła mieć z 14 lat. Miała duże brązowe oczy które.. Były przeraźliwie smutne, niemal puste. Patrzyła na mnie, jakbym jej zabrał najcenniejszą rzecz na świecie. Jakbym odebrał jej to co najbardziej kochała, ale wiedziałem, że to nie o to chodzi.
-Chodz Haru. - Usłyszałem prośbę z kuchni, jednak czułem się jak marionetka. Dziewczyna wydawała się hipnotyzować swoim smutkiem. Nagle opuściła głowę, nie zrywając kontaktu wzrokowego. - Zrobiłem herbatę. - Tym razem Doi wyszedł z kuchni, gwałtownie oderwałem wzrok od młodszej i spojrzałem na chłopaka, który najpewniej był jej bratem.
-Już, idę. - Uśmiechnąłem się, a moje myśli ponownie wróciły do piosenkarza, który złapał mnie za rękę by pociągnąć do kuchni.
Wciąż czułem na sobie parę smutnych oczu.
__________________________________________________

Psiak Doi'ego :3
Przy okazji...
Wiem, że wcześnie... Ale jedzie ktoś na koncert Miyaviego? ;3

czwartek, 31 października 2013

One- Shot: Shadow

Witajcie, myszki ;3
Oto i zapowiedziany one-shot.
Sama nie wiem do jakiej kategorii można go zaliczyć..
Nieco oddala się od tematu hallowen, ale mam nadzieję, że.. To małe, krótkie coś przypadnie wam do gustu :3
PS: Pojawiło się pytanie o datę premiery drugiej serii " Arive or Dead"
Cóż.. sama nie jestem pewna. Dreamer najpewniej skończy się 13 lutego.
Więc nowe opowiadanie ruszy 1 marca. Będzie to albo moje 7 rozdziałowe opowiadanko, albo przez wielu wyczekiwana druga seria A.O.D
Pożyjemy zobaczymy :3
A teraz zapraszam:


one-Shot
Shadow.
______________________________________
Wzrok wszystkich zgromadzonych spoczął na mnie od razu, gdy wszedłem do nieco zagraconego salonu. Trwające rozmowy nagle ucichły, a siedząca na kanapie blondynka przerwała pisanie sms'a tym samym stwarzając krępującą ciszę.
Spojrzałem na chłopaka obejmującego mnie w tali. Junichi był wysokim, wyższym odemnie o jakieś pół głowy 23-latkiem. Jego włosy były dość unikalne, ale w swojej unikalności były czymś całkowicie przeciętnym. Ich grzywka miała intensywny, czerwony kolor, zaś reszta włosów była czarna. Miał typowe, japońskie oczy. Lekko skośne o głębokiej, ciemnej barwię.
-Przedstawiam wam Hyesung'a - Głos kolorowo-włosego był tak bardzo przesiąknięty teatralnością, że nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Jun od dwóch lat grywał w musicalach. To co od początku było tylko chwilową odskocznią, szybko stało się jego pasją, którą przedstawiał przy każdej nadażającej się okazji. Najwyraźniej i on zauważył tą dziwną powagę ze strony innych. - Jest moim chłopakiem. - Dodał, jednak wiedziałem, że niepotrzebnie. Jun był bardzo rozmowną osobą, nie potrafił niczego zatrzymać sobie. Wiedziałem, że nasz niemal roczny związek zdążył obgadać nie tylko ze swoimi przyjaciółmi, ale i sąsiadami, rodzicami jak i panem ze spożywczaka.
W prawdzie to było moje pierwsze spotkanie z jego znajomymi, jednak doskonale potrafiłem rozróżnić kto jest kim, a wszystko przez plotkowanie Jun'a.
Czułem na sobie wzrok każdego i wiedziałem, że wszyscy zdążyli mnie już ocenić. Miałem tylko nadzieje, że nie uważają mnie za małego, głupiego Koreańczyka, który postanowił znaleźć sobie chłopaka ze świetlaną przyszłością. Bo na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że energiczny, ambitny i co najważniejsze utalentowany chłopak daleko zajdzie.
-Cześć Hyo, mogę tak do ciebie mówić? - Pierwsza odezwała się urocza brunetka, o okrągłej buźce .Kiwnąłem głową, uśmiechając się. Atmosfera szybko wróciła do normy. Ktoś wniósł do zacnego pokoiku piwo, ktoś inny starał się czegoś o mnie dowiedzieć, a jeszcze inni wrócili do swoich rozmów. Szybko dowiedziałem się, że owszem, wszyscy znali mnie z opowieści Ciemnookiego, który skwitował przyciągnięciem mnie do siebie i cichym śmiechem.
Byliśmy ze sobą dziesięć miesięcy. Na ogół świetnie się dogadywaliśmy, dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie. Planowaliśmy wyznać moim rodzicom fakt o naszym związku, chcieliśmy razem zamieszkać, nawet zaplanowaliśmy już wspólne wakacje, do których co prawda brakowało ośmiu miesięcy.
Nie widzieliśmy przeszkód, jednak w końcu nić naszego szczęścia została brutalnie przecięta.
*    *    *
Gałęzie drzew powoli pustoszały, niektóre z nich wciąż były przybarwione pomarańczowymi i czerwonymi liśćmi. Siedziałem przed oknem patrząc jak wiatr podnosi z ziemi te brązowe i porywa je do tańca, jednocześnie uprzykrzając dzień mieszkańcom Tokio. Przyłożyłem opuszki palców do szyby, zostawiając na niej ślady.
-Hyo! Sam będziesz to wycierał! - Usłyszałem krzyk z przedpokoju. Odwróciłem się do matki, uśmiechając się przyjaźnie.
-Dobrze. - Oceniłem krótko, wracając do obserwowania przyrody, którą kochałem niemal tak mocno jak Jun'a. Przeciągnąłem się i gdy chciałem odchodzić od przeźroczystego szkła z telefonu leżącego na parapecie zaczęła płynąć muzyka sygnalizująca nowe połączenie. Uśmiechnąłem się widząc na telefonie dobrze sobie znane imię. Bez wahania wcisnąłem klawisz przyzwolenia.
-No, cześć. - Rzuciłem entuzjastycznie. Mój głos niemal przesiąknięty był radością.
- Rozmawiam z Hyesung'iem? - Padło pytanie po drugiej stronie. Barwa głosu wskazywała na to, że mam do czynienia z jakimś starszym mężczyzną.
-Tak. - Odpowiedziałem, zaciekawiony kim była osoba dzwoniący z numeru Jun'a.
-Jestem Ojcem Junichi'ego. - Przedstawił się niepewnie. Moja zdziwiona mina zatrzymała nawet matkę, idącą wytrzeć okno. - Moja żona nalegała, żebym do ciebie zadzwonił... Chodzi o to, że... - Głos mojego rozmówcy zadrżał, sprawiając, że przyłożyłem rękę do serca. - Jun miał dziś wypadek. - Wydusił z siebie. - Był poważnie ranny. Walczył, Hyosung... Jednak mu się nie udało... Umarł w drodze do szpitala. - Zakończył, najpewniej nie wiedząc co mógłby więcej powiedzieć.
A dla mnie... Czas po prostu się zatrzymał.
Czułem łzy, które nie czekając ani chwili zaczęły strumieniami lać się po moich policzkach. Słyszałem przestraszony głos matki, która gwałtownie zamknęła mnie w swoim uścisku. Głos o podobnych emocjach nawoływał mnie przez telefon, który po chwili wysunął się z mojej dłoni i rozbił o drewnianą podłogę.Objąłem mocno moją towarzyszkę, teraz słysząc już tylko swój własny szloch.
Byłem pewien, że to koniec.
*     *     *
Pogrzeb Jun'a był pełen ludzi i pełen łez. Nikt nie potrafił zrozumieć, czemu pierwsi odchodzą zawsze najbardziej wartościowi ludzie. Trzymałem w dłoniach białą różę, nie potrafiąc spojrzeć na księdza.
W końcu trumna z ciałem Mojego chłopaka została zakopana w ziemi.
 Pewnie wkrótce pamięć o Jun'ie także zostanie pogrzebana, tyle że w zapomnieniu. Ludzie przestaną myśleć o tym młodym chłopaku, który najlepiej ze znanych mi osób potrafił żyć.
Wiedziałem, że Ja nigdy o nim nie zapomnę.
O mojej prawdziwej miłości, która teraz najpewniej czuwała przy mnie.
Gdy wróciłem do domu, ponownie utonąłem w objęciach matki. Odkąd sam powiedziałem jej o Moim chłopaku i o jego śmierci stała się bardziej wyrozumiała. Dobrze wiedziała, że cierpię. Jedynie ojciec wciąż myślał, że tak bardzo przeżywam śmierć jednego z moich przyjaciół.
*    *    *
Od śmierci mojego chłopaka minęły dwa tygodnie, które spędziłem w łóżku. Nigdzie nie wychodziłem i z nikim się nie kontaktowałem.
Patrzyłem na śliczne znicze, wyglądające jakby były stworzone z lodu. Obracałem jednego z nich w dłoni, patrząc na swoje blade odbicie. Dziś było Halloween, jednak chciałem je przesiedzieć w swojej norce. Czekałem na następny dzień. Dzień pamięci o osobach zmarłych.
Pamiętałem.
-Hyo? - Usłyszałem przytłumiony głos, jednak w szkle nikogo nie zobaczyłem. -Hyo.. - Tym razem był głośniejszy i rozbrzmiewał z mniejszej odległości. Poczułem jak moje serce przyśpiesza swój rytm niemal do kresu swoich możliwości, wydałem z siebie cichy pisk, gdy zdałem sobie sprawę z tego do kogo należy owy głos. Z przestrachem odwróciłem się patrząc w stronę drzwi.
-Jun! - Krzyknąłem wstając szybko z łóżka. Kolorowo-włosy był.. jakby to ująć... Przeźroczysty.
Zdawał się być jedynie cieniem człowieka, którym był przez całe swoje życie.  Przez jego ciało przenikało krzesło, jak i biurko, gdy zbliżał się w moją stronę. Chciałem krzyknąć by nie podchodził, jednak nie potrafiłem. Czekałem aż stanie przede mną, bym mógł zobaczyć jego zmartwioną twarz. -Boże, Jun.. Co oni ci zrobili? - Zapytałem ze łzami w oczach. Chciałem go dotknąć, jednak gdy zbliżyłem dłoń do jego twarzy ta po prostu przez nią przepłynęła.
-Przyszedłem się z tobą pożegnać. - Powiedział smutno, cały czas stojąc obok i wpatrując się ze smutkiem w moje oczy. Przegryzłem wargę jednak, gdy to nic nie dało schowałem twarz w dłoniach i  spróbowałem powstrzymać nieznośne łzy. - Nie płacz, Hyo. - Prosił i chyba spróbował dotknąć mojego ramienia, bo nagle poczułem zimno w danym miejscu.
-Jak oni mogli mi cię zabrać? Co ja mam teraz bez ciebie zrobić?  - Chlipałem, powoli wpadając w panikę. Odsłoniłem oczy, wiedząc, że właśnie tego oczekuje.
- Poradzisz Sobie, kotku. - Uśmiechnął się, jednym ze swoich wygięć warg przeznaczonym na scenę. - Nie mam wiele czasu. Już za niedługo trafię do innego świata. Rozpocznę nowe życie. - Wyznał. Ponownie poczułem tą nagłą potrzebę dotknięcia go i widziałem, że on chce tego samego.  - Chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo Cię kochałem i chciałbym, żebyś był szczęśliwy. Mam nadzieję, że znajdziesz sobie kogoś, a nasze plany... Spełnisz je z kimś innym. Przepraszam, że tak szybko musiałem cię opuścić. - Dodał. Zauważyłem, że jego postać coraz bardziej niknie, zatacza się w mroku.
-Kocham Cię, Junichi. - Wyznałem drżącym głosem. - Będę cię pamiętał. - Szepnąłem widząc już jedynie marny kontur jego sylwetki. Wiedziałem, że chciałby odpowiedzieć tak samo, ale w swoim następnym życiu nie będzie nawet wiedział o moim istnieniu.
-Już zawsze. - Dodałem, gdy jego postać całkowicie rozeszła się w mroku.  Znów zacząłem zalewać się łzami. Cieszyłem się, że przyszedł do mnie. Choćby na te kilka sekund.
Upadłem na kolana, ponownie tego dnia zasłaniając swoją twarz.
Byłem szczęśliwy, że mogliśmy się poznać i spędzić ze sobą tyle czasu. Dziękowałem temu, co kieruje tym światem, za to że pozwolił nam się kochać, być dla siebie nawzajem wsparciem.

"Aniele śmierci proszę powiedz mi,
czemu w stosunku do nas jesteś obojętny,
najlepsze są dla ciebie młode ofiary,
nigdy nic Ci nie zrobiły a traktujesz je jak psy"

*     *      *
-Hyo... Hyo.. - Czyjeś krzyki docierały do mnie jak przez mgłę. Podniosłem ciężkie powieki. Moja głowa znajdywała się na czyiś kolanach, a gdy obróciłem się na plecy i wytarłem mokrą twarz zobaczyłem przestraszoną minę Jun'a.
Mojego Jun'a.
Wspomnienia ze snu od razu powróciły.  Podniosłem się, mocno obejmując chłopaka za szyje. Z całych sił wtuliłem się w niego, z ulgą odnotowując, że jego dłonie znalazły się na moich plecach.
- Nie zostawiaj mnie. - Poprosiłem cicho, tak by tylko Jun to usłyszał. Oprócz nas nie spały jeszcze dwie dziewczyny, po których od razu było widać skutki wczorajszego alkoholu.
-Nie zostawię. - Powiedział bardzo niepewnie, po czym pocałował mnie w czubek głowy. Nie zamierzałem go szybko puścić, dlatego przeniosłem się na jego kolana by być w lepszej i co najważniejsze wygodniejszej pozycji. - Ale więcej nie piszesz.. - Dodał jakby do siebie. Zaśmiałem się cicho, czując jak ostatnie łzy popłynęły po moich policzkach.
-Kocham Cię. - Mruknąłem do jego ucha. Tym razem to on się zaśmiał.
Czułem, że teraz wszystko będzie w porządku.
Naprawdę kochałem Jun'a i zamierzałem spędzić z nim całe życie.

niedziela, 27 października 2013

Dreamer - Rozdział 9


            Następny tydzień spędziłem właściwie mechanicznie, nie działo się nic ciekawego, nic co mogłoby poruszyć moją historię. Tylko sny. Tylko one były czymś oryginalnym. Codziennie, oddając się w ramiona Morfeusza widziałem tą samą scenerie. Ciemny korytarz i siebie, czułem nieustanne podduszanie, które mogłem porównać do braku powietrza pod wodą.
 Któregoś z minionych dni zdałem sobie sprawę, że zaczynam bać się zasypiać wiedząc, że znów ujrzę i poczuję to samo.
W końcu nadszedł dzień, któremu brakowało tylko 48 godzin do Święta Gabbatte. ( Japońskie Święta Bożego Narodzenia dop.Aut.) Oczywiście Japończycy już od połowy listopada szykowali się do niego, przecież wszyscy niesamowicie je lubili, w końcu to jedyne dni, kiedy można pozwolić sobie na nieco mniej pracy, na więcej czasu dla rodziny. W Japonii, tak naprawdę jest niesamowicie mało chrześcijan, bardzo znikomy procent ludzi faktycznie uważa ten dzień jako święto religijne. Święta są traktowane jak.. Takie drugie walentynki. Pełno wyznań miłosnych, czas spędzony z rodziną, ale też z ukochaną osobą.
       Przeciągnąłem się stojąc na przystanku autobusowym, wracałem właśnie od lekarza, który prosił bym po ściągnięciu gipsu przyszedł na kontrole. Po co? Nie wiem.
Kiedy nadjechał mój autobus, pożegnałem wzrokiem stojącą niedaleko mnie figurkę Renifera i wsiadłem. O dziwno nie było wielu ludzi, większość z nich porusza się raczej pociągami, więc autobusy pomału wychodziły z użytku. Przegryzłem wargę i usiadłem na końcowych miejscach w pojeździe. Nie rzucałem się dzięki temu w oczy.
Spojrzałem za okno w tłumie szukając blond włosych osób. Właściwie tylko dlatego, że Doi pojawiał się najczęściej niewiadomo skąd. Gdy zdałem sobie sprawę o kim myślę mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem i odwróciłem wzrok od szyby na jakiegoś ciemnowłosego mężczyznę. Niestety ten nie był tak interesujący, ani przystojny jak Doi. Znów w mojej głowie pojawiła się jego uśmiechnięta twarz, jednak pozwoliłem temu obrazowi pozostać. Przymknąłem oczy, opierając się o oparcie krzesła. Właściwie, z niebieskookim nie widywaliśmy się często, jednak doskonale potrafiłem odtworzyć w pamięci jego twarz.
Trwałem wraz z tym obrazem, póki autobus nie zatrzymał się na mojej stacji. Ta znajdywała się tylko kilkaset metrów od mojego mieszkania. Tak jak miałem w zwyczaju spojrzałem krytycznie na budynek i wszedłem do środka. Chyba powinienem się w końcu stąd wyprowadzić.. Wiele razy o tym myślałem, jednak to nie takie łatwe, jak mogłoby się zdawać. Nie skończyłem 20 lat, przez co trudniej byłoby mi znaleźć jakąkolwiek prace, mieszkanie jest drogie, nawet, gdy chce się je tylko wynająć.. Mógłbym porozmawiać o tym z Yui, ale nie chciałem jej tym męczyć.
Gdy dotarłem do swojego piętra, aż przystanąłem w całkowitym szoku.
Drzwi mojego mieszkania były lekko uchylone, zaś w środku można było usłyszeć tupot czyiś butów. Pierwsze co przyszło mi do głowy to Siostra, jednak ona zawsze ostrzegała mnie przed swoim przyjściem. Drugie to włamywacz, który musiałby być głupim, by okradać tak biedną i starą kamienice.
W końcu przegryzłem lekko wargę, wyładowując na niej swoje zdenerwowanie i pchnąłem bardziej drzwi domu. Kroki w środku ustały. Wszedłem do mieszkanka, patrząc ze zdziwieniem, na mojego "włamywacza".
Była nim średniego wzrostu kobieta o ciemnych oczach i włosach koloru jasnego brązu. Na twarzy miała tone tak zwanej: tapety, przez co wydawało się, że nosi maskę.
Wypuściłem głośno dotychczas wstrzymywane powietrze, garbiąc się przy tym.
-Przestraszyłaś mnie, Ciociu. - Mruknąłem, patrząc na jednego z dwóch ostatnich żyjących, znajomych mi członków rodziny. To właśnie ta 30- letnia kobieta pozwalała mi tu mieszkać, gdy ona wraz z przyjaciółkami postanowiła zwiedzić cały świat, za jak najmniejszą kwotę pieniędzy. Nie spodziewałem jej się tu, ponieważ odkąd wyjechała do Niemiec nie widziałem jej więcej. Było to dwa tygodnie po śmierci rodziców.
-O, cześć, Kochany. - Przywitała się i podeszła do mnie, odciskając swoją ciemno czerwoną szminkę na moim policzku. - Muszę tu zostać dziś na noc, bo Michi urodziła trzy dni temu i przyjechałyśmy zobaczyć małą. - Uśmiechnęła się rozczulona, najpewniej przypominając sobie spotkanie z ową niewinną istotką.
- W porządku, przecież to twój dom. - Mruknąłem, dość nieudolnie odwzajemniając jej gest. - Zrobię Ci herbaty, zaniesiesz walizki do salonu, żeby nie stały w przejściu? - Zapytałem, szybko ściągając buty i kurtkę. Przyklepałem włosy i ruszyłem do otwartej na przedpokój, kuchni.
-Dobrze, dziękuje Haru. - Odpowiedziała uprzejmie i posłusznie przeniosła dwie spore walizki. Nie rozumiałem jak mogła taszczyć je po świecie. - Była tu wcześniej Yui. Zostawiła Ci pieniądze i kazała powiedzieć, że wyjeżdża wieczorem i wróci za tydzień. - Wyznała, wchodząc do kuchni. Odstawiła swoją torebkę na niewielki stolik i usiadła na jednym z krzeseł.
-O, to dobrze.
- Będziesz sam na święta? - Zapytała zainteresowana, opierając złączone dłonie o blat. Wpatrywała się we mnie, kiedy kładłem przed nią kubek. Oparłem się o lodówkę i wziąłem w dłonie drugie ogrzane naczynie.
-Nie, raczej nie. - Uśmiechnąłem się tym razem szerzej, starając się by moja twarz nie dała jej do zrozumienia, że to najzwyklejsze kłamstwo.
*      *     *
Wszedłem do nieco zaparowanej łazienki, w której 10 minut temu urzędowała ciocia. Spojrzałem w lustro, ocierając z niego parę. Moja twarz znów ukazywała tylko obojętność. W ostatnich czasach tak dużo się działo, że powoli zapominałem jak powinienem wyglądać na co dzień. Spojrzałem w swoje ciemne oczy, które najpewniej odziedziczyłem po którymś z członków rodziny.. Szkoda, że nie mogłem ich poznać. Chwile patrzyłem na chłopaka w lustrze, który także nie chciał opuścić spojrzenia. W końcu zrobiliśmy to obaj naraz. Dziwne?
Westchnąłem i odkręciłem Wodę, która powoli zaczęła napełniać wannę. Po wejściu do niej postanowiłem coś sprawdzić. Dość niepewnie nabrałem powierza i zanurzyłem się całkowicie pod taflą wody. Nie odważyłem się otworzyć oczu. Chwile po prostu trwałem pod nią, aż w końcu nadeszło to na co czekałem. Dokładnie to samo uczucie, które prześladuje mnie po nocach.
Szybko wynurzyłem się oddychając głęboko, nie potrafiłem zrozumieć tych dziwnych snów.
*    *     *
Tak jak ciocia powiedziała, tak zrobiła. Już następnego popołudnia ponownie opuściła moje miasto. Wcześniejszego wieczoru sporo rozmawialiśmy, odkąd pamiętam to było ulubione zajęcie mojej cioci. Ten dzień spędziłem w domu, sprzątając przed Gabbatte, wyrzucając niepotrzebne rzeczy i w końcu oglądając telewizje.
Westchnąłem patrząc na powtórkę koncertu Doi'ego sprzed dwóch tygodni.
Czyli faktycznie nie było Go wtedy w Japonii.
*   *   *
W końcu nadeszło wielkie Święto, nieziemsko wyczekiwane przez normalne rodziny. Boże narodzenie. Od rana u sąsiadów słyszałem dziwne kolędy, zaś u innych czułem zapach pieczonych ciast, na których samą myśl stawałem się głodny.
Spałem dość długo, bo do 11. Chwilę po otworzeniu oczu zauważyłem migający ekranik telefonu. Westchnąłem i odczytałem wiadomość od Yui. Życzyła mi wesołych świąt i obiecała, że następne spędzimy razem. Oczywiście odpisałem jej tym samym i spytałem o przebieg spotkania z rodzicami jej narzeczonego. Zaakceptowali ją, co przyjąłem z dziwną ulgą. Po jakimś czasie otrzymałem też wiadomość od cioci. A popołudniu, podczas zmywania naczyń ponownie usłyszałem dźwięk przychodzącej wiadomości. Zmarszczyłem brwi patrząc na ekranik.
1 Nowa wiadomość
Doi
14:23
Poczułem jak bicie mojego serca gwałtownie przyśpiesza. Mokrymi od wody i płynu dłońmi sięgnąłem po telefon patrząc na niego z głupim uśmiechem, który za nic nie chciał zniknąć z mojej twarzy. Kilka dni temu, byłem całkowicie obojętny na próby kontaktu blondyna, jednak teraz poczułem ulgę.

"Wesołych Świąt, Haru-Chan :)"

Te właśnie słowa pojawiły się na wyświetlaczu, po kliknięciu sławnego przycisku " Otwórz".
Odciągnąłem z oczu grzywkę i odpisałem podobnie, z tym drobnym detalem, że zmieniłem imię na jego i oczywiście usunąłem buźkę, która mi tam nie pasowała. Nie otrzymałem odpowiedzi, ponieważ Doi postanowił zadzwonić.
-Cześć, Haru. - Od razu po odebraniu usłyszałem entuzjastyczne powitanie. Usiadłem na kanapie, wciąż czując na twarzy nieznośne wygięcie warg.
-No, cześć. - Odpowiedziałem po chwili, nieco mniej radośnie, mimo iż wewnętrznie miałem ochotę skakać ze szczęścia. Zadzwonił, Pamiętał. Skarciłem się w myślach za wcześniejsze ignorowanie jego połączeń.
-Jak mijają święta? Właściwie ich początek.. Ale jednak coś.
- W porządku. - Skłamałem całkowicie gładko, jednak po drugiej stornie usłyszałem milczenie. - Doi?
-Na pewno w porządku? Czemu oglądasz telewizje? Może pójdź gdzieś z siostrą.. Przecież w gabbatte nie powinno się oglądać za dużo telewizji. - Mruknął niezadowolony.
-Siostra wyjechała. - Wyznałem, zanim zdążyłem pomyśleć. Nie chciałem by ludziom było mnie żal, jednak rozmawiając z Doim.. Nie potrafiłem czegokolwiek ukrywać.
-Gdzie?
-Ym.. Z narzeczonym. Do Yokohamy.
-...Jesteś sam? - Usłyszałem w telefonie jak chłopak wstaje i zamyka za sobą drzwi, jednak nie wiedziałem gdzie idzie.
-Tak jakby. - Westchnąłem. Na początku rozmowy nawet do głowy mi nie przyszło, że tak się ona potoczy. Ponownie pojawiła się cisza, dzięki której słyszałem dźwięk bosych stup uderzających o schody.
-Może się spotkamy?
-Kiedy? - Zapytałem zaintrygowany. Dawno się nie widzieliśmy, dodatkowo on wciąż nie spytał, czemu nie chciałem z nim rozmawiać. Wiedziałem, że to nieuniknione.
-Jutro, o 16 przy parku Azuma.  - Nie słyszałem już, jego chodu, a po raz kolejny dźwięk zamykanych drzwi. W głowie mignęło mi pytanie, jak dużo on tam ich ma. Podniosłem się z kanapy.
-Dobrze. A jak u ciebie?
-Zagrałem już ostatni koncert, jestem wolny Haru-chan. - Wyznał najpewniej bardzo zadowolony. Wziąłem z kuchni sok i wróciłem na swoje  miejsce.
-Głupi jesteś. - Zaśmiałem się, jedną ręką starając się odkręcić napój.
-Czeeemu?- Zamruczał imitując kota, co niezbyt dobrze mu wyszło.
- Po co rezygnować z czegoś idealnego...
-Mówiłem, zacznę wszystko, tak, jako powinienem. Poukładam swoje myśli, poczekam aż ludzie stracą zainteresowanie moją osobą.. Będzie lepiej. - Wyjaśnił. Pokręciłem głową, wiedząc, że i tak nie może tego zauważyć.
Podczas tej rozmowy, pomyślałem, że moje wcześniejsze myśli potwierdziły się. Tęskniłem za nim. Doi w ciągu tego czasu stał mi się bliski. Stał się kolejną osobą, którą bałem się stracić. A strach zawsze będzie najgorszą słabością, powinienem go wyeliminować co równało się z tym, że powinienem zakończyć tę znajomość.
Nie potrafiłbym...

sobota, 19 października 2013

Dreamer - Rozdział 8

     
         I ponownie wróciłem do swojego spokojnego rytmu. Nie myślałem o Doi'm, tak jakby wcale nie istniał. Udawałem, że go nie ma. Leżąc wieczorem w łóżku lub na kanapie wcale nie zastanawiałem się co robi. Nie czekałem na smsy ani rozmowy telefoniczne. Pogodziłem się z tym, że ma nowego przyjaciela, ale...
Po co się oszukiwać? Wiedziałem, że powinienem być szczery przynajmniej przed sobą samym, jednak nawet w tej sytuacji moja duma, nie mogła tego znieść. Więc brnąłem w te kłamstwo.
                Ulica przed moim blokiem została całkowicie zasypana przez śnieg, co rzadko zdarza się w Japonii. Przed ciemnym, brudnym wejściem do klatki powstało nowe graffiti, które było.. Bardzo kolorowe, sprawiające wrażenie, że autor na siłę stara się przekazać szczęście i optymizm całkowicie przeciętnym mieszkańcom.
To wszystko utwierdzało mnie w fakcie, że czas płynie dalej, czego osobiście nie potrafię zauważyć, ani docenić.
                Tego dnia miałem wrażenie, że wszystko toczy się jeszcze wolniej niż zawsze. Siedziałem w sypialni, wraz z Yui i przeglądaliśmy rzeczy, które po sobie zostawiła. Trochę ich było, nie wszystko udało nam się wcześniej posortować. Teraz właśnie to robiliśmy, dzieląc przedmioty na trzy kupki. Na te do wyrzucenia, te które Yui zabiera do swojego mieszkania i  te które są moje.
W tle grało nam radio, w jakiś sposób umilając czas. Yui siedziała na przeciw mnie, wysypując z kartonów znalezionych pod łóżkiem różne niewielkie drobiazgi. Jakieś lusterko, figurki, kosmetyki, stos papierków i starych, zapisanych kartek. Cały czas mówiła o swoim życiu u boku ukochanego, do którego powoli się przekonywałem.
Ponownie odnosiłem wrażenie, że jest szczęśliwa i to mi wystarczało. Nie widziałem w jej zachowaniu niczego dziwnego, żadnych oznak na to, by było jej źle, by była smutna.
Wpatrywałem się w nią przez chwile, po czym zacząłem przeglądać rzeczy, które zajęły większość podłogi.
-Poczekaj z resztą. - mruknąłem widząc jak spod łóżka wyciąga kolejne pudło. Dziewczyna kiwnęła głową i zaczęła przeglądać osamotnione kartki, by następnie większość z nich wrzucić do foliowego worka, chwilowo grającego rolę śmietnika.
Ja za to od razu zacząłem przeglądać wysypane zdjęcia. Na większości z nich była moja siostra z przyjaciółmi. Sięgając po ostatnie z nich zauważyłem jakąś różnice. Fotografia przedstawiała nas na przyjęciu rodzinnym. Duża ilość gości wpatrzona była w obiektyw, przez co poczułem nagłą suchość w gardle.
- Kim są ci ludzie? - Zapytałem wzrokiem wynajdując siebie w wieku jakiś 3-4 lat, jak i Yui pokazującą mi palcem obiektyw aparatu. Najpewniej w normalnej sytuacji zacząłbym się śmiać ze swojej całkowicie zdezorientowanej miny na zdjęciu, jednak moje życie od jakiegoś czasu nie było normalne.
-Wujkowie, dziadkowie, ciotki... O a tu są rodzice. - Wskazała na dwójkę młodych ludzi, których udało się uwiecznić na zdjęciu. W prawdzie nie byli w jego centrum, a w rogu. Ojciec siedział na dziwnym, nieciekawie wyglądającym krześle, zaś matka na jego kolanach. Obaj mieli twarze skierowane na fotografa.
-O...Czemu nigdy nie pokazałaś mi tego zdjęcia? - Zapytałem z wyczuwalnym wyrzutem w głosie. Odłożyłem pliczek fotografii na bok i zacząłem zbierać różnobarwne breloczki, których Moja siostra posiadała nadzwyczajną ilość.
-Nie było okazji, zresztą nawet nie potrafię ci wymienić imion tych ludzi. - Machnęła lekceważąco ręką.
Sprzątać skończyliśmy po jakiś dwóch godzinach. Zdecydowałem się odprowadzić Yui na jej zajęcia malarskie. Chodzi na nie od dwóch lat i to tak naprawdę jedna z niewielu rzeczy, które nie zmieniły się po śmierci rodziców. Często namawiała mnie, bym z nią na nie poszedł. Faktycznie, byłem nie raz i nawet mi się podobało, ale potem nie było czasu ani nastroju na bawienie się farbami.
 Sposoby na jakie przeżywaliśmy odejście bliskich dość znacznie się różniły.
Przechodząc koło budynku, w którym odbywały się zajęcie, dziewczyna szybko zaproponowała mi bym ponownie poszedł z nią. Odmówiłem, wiedząc, że to nie jest dobry czas, by w pełni wrócić do normalnego życia. Minęło dopiero kilka miesięcy, nie zdążyłem całkowicie pogodzić się z brakiem rodziców.
-Haru. - Zatrzymała mnie brunetka, gdy chciałem się z nią pożegnać.
-Tak? -przystanąłem przed drzwiami budynku i zerknąłem na dziewczynę nieco zaciekawiony. Wcisnąłem ręce w kieszenie, czując jak silny podmuch wiatru obrzucił moją twarz śnieżnymi gwiazdkami.
- Niedługo święta. - Stwierdziła, szukając czegoś w torebce.
-Racja. - przyznałem, uśmiechając się lekko. Nie byłem zbyt religijny, jednak lubiłem wigilię.
-Rodzice Jun'a zaprosili nas na święta.. - Zaczęła, a mój wzrok zmienił się na zdziwiony.
-To Ty znasz jego rodziców?
-Poznam. - Wyznała zadowolona, podnosząc na mnie wzrok. Uwielbiałem ten błysk w jej oczach. - Pojedziesz z nami, prawda, Haru? - Zapytała, a po jej minie wiedziałem, że to pytanie zostało zadane całkowicie poważnie.
-Wolę zostać, ale bawcie się dobrze. - Uśmiechnąłem się nieco sztucznie. Tym razem to ona wydawała się zdziwiona, naprawdę spodziewała się po mnie innej odpowiedzi?
-Ale.. Przecież nie zostawimy cię samego! - Zbuntowała się głośno, a ja pomyślałem, że w pewien sposób dziewczyna zrobiła to wyprowadzając się.
Nie mogłem ufać jej tak bardzo jak wcześniej.
-Chcę zostać Sam.  - Wyznałem nieco nieszczerze, choć jakby się głębiej zastanowić trochę prawdy w tym było. Chciałem wszystko przemyśleć i zadecydować co zrobić ze swoim życiem.
W tej chwili obiecałem sobie, że od nowego roku postaram się być lepszym człowiekiem, żyć normalniej.
-Ale..
-Sam. - Podkreśliłem. - Muszę lecieć. Bawcie się dobrze.- Powtórzyłem i odwróciłem się na pięcie by odejść. Ostatnie co usłyszałem to ciche i przesiąknięte smutkiem "Żegnaj" z ust mojej siostry. Przegryzłem wargę wiedząc, że ten wyjazd dobrze wpłynie na moją siostrę. Wierzyłem, że uda jej się stworzyć szczęśliwą, kochającą się rodzinę, ale aby to się stało musiała ograniczyć kontakty z złym człowiekiem, jakim się stałem.
Przyłożyłem do policzków dłonie odwrócone wewnętrznymi stronami i zacząłem mocno pocierać policzki. Kopnąłem nogą w śnieg przez co rozsypał się dookoła mnie, jakby uciekając przed kontaktem z moją osobą.
Westchnąłem zerkając za siebie. Yui zniknęła już za drzwiami pracowni.

Czemu życie musi być tak cholernie trudne?
 *   *    *
          Nie mogłem oddychać, wydawało mi się, że ktoś za mną stoi i mocno zaciska swoje dłonie na mojej szyi, jednak gdy się odwróciłem nikogo nie dostrzegłem. Przykre uczucie także zniknęło. Moje oczy widziały jedynie bezgraniczną czerń, w oddali słyszałem czyjeś kroki i spokojną grę na skrzypcach, która z chwili na chwilę stawała się szybsza, dramatyczniejsza. Jedną z dłoni objąłem skrawek materiału, który miałem na sobie. Była to dziwna, przyległa do ciała koszulka. Z każdym ruchem czułem jak przesuwa się po moim ciele. Przesunąłem się na bok drugą dłonią szukając ściany, znalazłem ją jednak od razu odskoczyłem, upadając przy tym na ziemie. Ściana była niewyobrażalnie gorąca. Wręcz płonęła. Ziemia za to zdawała się być taflą lodu, która przy spotkaniu z moją skórą wywołała nieprzyjemne dreszcze. Westchnąłem, gdy uczucie podduszania wróciło ze zdwojoną siłą. Teraz byłem pewien, że ktoś za mną stoi. Chciałem coś powiedzieć, jednak mój głos nie mógł opuścić gardła. 
Spróbowałem stanąć na nogi, ale te zdawały się być jak z waty co spowodowało, że ponownie upadłem. Wydawało mi się, że korytarz w którym się znalazłem zaczyna jaśnieć i tak faktycznie było. Na suficie pojawiły się malutkie pochodnie, które zapalały się bardzo powoli. Widziałem tylko je, nic więcej, były jeszcze za słabe bym mógł przyuważyć twarz mojego oprawcy, zresztą i tak nie mogłem się odwrócić. Byłem na przegranej pozycji. Gdy myślałem, że zaraz się uduszę wszystko się skończyło...

        Usiadłem gwałtownie na łóżku, jednak po chwili ponownie padłem na materac. Starałem się zaczerpnąć jak najwięcej powietrza, które zdawało się być czystsze niż zawsze. Zacząłem gwałtownie kaszleć, powtarzając sobie w myślach, że to był tylko sen. Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
 Zasnąłem wczoraj na kanapie, a telewizor był włączony przez całą noc. W tej chwili na jego ekranie pojawiła się uśmiechnięta pogodynka, zapowiadająca jeszcze więcej śniegu. Świetnie. Przeciągnąłem się gwałtownie i wstałem, zrzucając z siebie bluzę którą przed snem się okryłem. Ponownie się przeciągnąłem i z ciekawości dotknąłem swojego czoła. Zdawało się być cieplejsze niż zawsze, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że całkowicie zdrowy człowiek nie może mieć tak niezrozumiałych snów.
Ruszyłem do kuchni , a gdy tam dotarłem zdecydowałem się coś zjeść. Problem polegał na tym, że kompletnie nie umiem gotować, tak samo jak moja siostra. Przystanąłem na tym, że wyjąłem kromkę chleba i pomidora, by to połączyć. Niestety skończyło się na tym, że pokrojony pomidor był grubszy niż nieszczęsna kromka. Widać było, że to męska kanapka.
Westchnąłem i postanowiłem użyć trochę soli, co skończyło się na tym, że.. Jedzenie stało się za słone.
W chwili, gdy chciałem odłożyłem nóż, sygnał przychodzącego połączenia tak mnie zaskoczył, że niebezpieczny przyrząd wylądował na ziemi wraz z kanapką.
Warknąłem i wyszedłem z kuchni do salonu. Podniosłem telefon ze stołu i spojrzałem na wyświetlacz od razu żałując, że to zrobiłem.
połączenie 
Doi

Prychnąłem, kładąc telefon na  kanapę i przykrywając go poduszką. Blond włosy książę dzwonił jeszcze raz, jednak chciałem by wiedział, że jestem zły. Bo taka była prawda, choć nie pojmowałem dlaczego pozwoliłem temu uczuciu kontrolować sytuacje.


O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń