czwartek, 26 grudnia 2013

Świąteczna mini seria - Część 2/3: Christmas

Śnieg padał powoli. Bardzo powoli i usypiająco. Tak bardzo powoli, że wydawać by się mogło iż świat nagle stanął w miejscu, by w następnej chwili lekko uruchomić się ponownie.
Jak w zbitej, śnieżnej kuli, z której imitujące śnieg kuleczki wysypały się na ziemie i przestały poruszać. Tylko co jakiś czas silniejszy podmuch wiatru sprawia, że lekko się przesuwają, tak lekko i miękko, że niemal niezauważalnie.
Wyciągam dłoń za okno, gdzie trzymam ją przez chwilę. Śnieg sennie osiada na mojej odkrytej skórze. Po chwili topi się i pozostaje po nim niewielka plamka lodowatej wody. Mała kropla, jak po deszczu.
Przyciągam rękę spowrotem do siebie i wycieram jej wierzch o materiał spodni. Odwracam się, by w następnej chwili wbić wzrok w matkę, która przystanęła na ostatnim stopniu schodów.
- Moja przyjaciółka umarła dziś w nocy. Odwołaliśmy wigilię. - Oznajmia znudzonym tonem. Odnoszę wrażenie, że zrezygnowała z przyjęcia tylko z grzeczności i szacunku do zmarłej. Nie z sympatii.
- To oznacza, że nie mogę iść do Willa? Wiesz, że obiecałem pojechać z nim w góry. - Podchodzę do pustego stołu i odsuwam sobie krzesło. Siadam, a w następnej chwili zakładam nogę na nogę. Moja rodzicielka zdaje się chwilę wahać.
- Możesz iść. Przecież ci nie zabronię.
-Dobrze. -Kiwam lekko głową i zerkam na zegar ścienny. Jest przed szesnastą, więc najpewniej u mojego przyjaciela wciąż panuje chaos. Gdy ostatni raz do niego dzwoniłem odebrała jedna z sióstr. Mówiła, że wszyscy wciąż się pakują, po czym rzuciła jeszcze, że cieszy się, że jadę z nimi i najprościej w świecie rozłączyła się. - Pójdę za jakiś czas.
- Dobrze. -Powtarza po mnie i przechodzi przez całą długość sporej jadalni. Odnoszę wrażenie, że chce coś dopowiedzieć, jednak nie wie jak ubrać swoją następną wypowiedź w słowa.
Kładę łokieć na stole i opieram głowę na dłoni. Wpatruję się znudzonym wzrokiem w beżową ścianę. Nagle czuję dotyk. Matka wolnymi ruchami głaszcze moje włosy. Nie lubi ich.
- Powinieneś je ściąć. Już nawet nie chodzi o ich kolor. Im są dłuższe, tym bardziej dziewczęco wyglądasz. To niepokojące. Mój brat uważa, że to zły znak. Że coś z tobą nie tak. - Rzuca, a ja czuję jak zjeżdża dłonią ku ich końcowi. Białe pasma sięgają niemal moich łopatek.
-Wiesz dobrze, że ich nie zetnę. - Wzdycham, jednak mam świadomość, że kobieta nawet nie słucha moich słów.
- Myśli, że jesteś gejem, Koji. To naprawdę haniebne. Nie czujesz tego? Nie narusza to twojej dumy? - Pyta kobieta poważnie. Kolejny raz odczuwam, że nasze rozmowy są zbyt za formalne. Jak wyrwane sprzed kilku dziesięciu lat wstecz.
Nie mamy dobrych relacji.
Zostawiam te przemyślenia i skupiam się na jej słowach. Sądziłem dotąd, że matka już dawno pojęła moją orientacje, że zauważyła.
-Mamo... To tylko włosy. Jestem stu procentowym chłopakiem. - Kręcę lekko głową. Korci mnie by nazwać się mężczyzną, jednak mam dopiero osiemnaście lat, nie jestem nawet pełnoletni. Starsza wzdycha głośno i odsuwa się ode mnie na odległość kilku kroków.
- Zastanów się. Za tydzień jadę do fryzjera.. Może pojedziesz ze mną? - Wzruszam na to ramionami, znając już odpowiedź. Nie ma szans. Matka widząc, że nie mam ochoty na dalszą rozmowę z nią wychodzi. Chwilę jeszcze siedzę w miejscu i wbijam wzrok w ścianę.
Nagle głośny dźwięk dzwonka do drzwi wprawia mnie w stan przed zawałowy. Gwałtownie prostuję się, a gdy dzwonek powtarza się wstaję i idę do drzwi wejściowych.
Od razu po ich otwarciu widzę uśmiechniętą twarz Will'a.
- Cześć... Co Ty tu robisz? Nie jedziemy? - Pytam zdziwiony jego obecnością. Dwudziestojednoletni mężczyzna kręci lekko głową.
- Jedziemy, dlatego jestem tu po ciebie. Zabrałem siostry, bo jedyne były już gotowe i przyjechałem. Reszta jeszcze nie jest spakowana. Tylko rano jeden samochód wyjechał. - Bez pytania wchodzi do środka. Wyginam wargi w lekkim grymasie.
- Dużo nas tam będzie?
- Jadą trzy samochody. Ty, ja, Lisa, rodzice, siostra i brat mamy z rodzinami. Spodziewam się.. - Zastanawia się przez chwilę. Obaj zmierzamy w stronę mojego pokoju, w którym zostawiłem niewielką walizkę. Jedziemy na pięć dni, do domku jego rozwiedzionej ciotki. Sam nawet nie wiem czemu tam jadę. Zostałem zaproszony przez jego rodzinę. - Jakiś trzynastu osób. Chyba, że jeszcze kogoś przywiozą. Ale ten domek jest duży, na pewno się zmieścimy. - Uśmiecha się, krótko głaszcząc mnie po głowie.
*     *      *
Domek faktycznie okazał się duży. Nawet bardzo. Był drewniany i dwupiętrowy z zaśnieżonym tarasem. Cały teren był spory, ale mogłem się tego spodziewać. Rodzina Willa jest dość... Majętna. Uśmiecham się lekko patrząc za okno. Niedaleko miejsca, w którym parkowaliśmy stał jeszcze jeden samochód. Więc ktoś dojechał przed nami. Cała droga zajęła ponad trzy godziny, ale już czuję, że było warto. Przecieram nieco zaspane oczy i odrywam policzek od okna. Większość drogi przespałem.
Will parkuje samochód przed domem. Z tylnych siedzeń od razu podnoszą się jego siostry i gdy tylko dostają pozwolenie wypadają z samochodu prosto na śnieg. Zimne powietrze nieprzyjemnie gładzi moją twarz i odsłoniętą szyję.
-Załóż kurtkę i chodź. Trzeba wnieść walizki.  - Zarządza mężczyzna. Kiwam krótko głową i spełniam jego prośbę. Czekając jak i on wygrzebie się z samochodu rozglądam się dookoła. Drzewa tu są bardzo wysokie i jestem pewien, że mogłyby zgnieść domek, w którym przyszło nam mieszkać.
 Dodatkowo w drodze nie zauważyłem żadnych ludzi i innych budynków. Jesteśmy po prostu w środku ogromnego lasu, który, przez panującą ciemność nieco mnie przerażał. Nie fajnie byłoby się w czymś takim zgubić.
Bierzemy swoje walizki i wchodzimy do środka. Tam jest już czwórka osób. Matka Willa od razu mocno mnie przytula, chwiejąc się przy tym na boki. Rzuca coś jeszcze o tym, że jestem strasznie zimny i odsuwa się. Syna wita z mniejszym entuzjazmem. Jedynie klepie Go po ramieniu.
- Koji, To moja siostra Eva,  jej dzieci Emi i Tom.   - Wskazuje dłonią na poszczególne osoby. Pierwsza jest młoda, brunetka o bardzo ciepłym uśmiechu. Właśnie rozkłada jedzenie w lodówce, więc nie podchodzi.Wspomina tylko, że pamięta mnie jako tego, który rok temu pojawił się na ich Wigili.  Dalej jest kilku letnia dziewczynka, bardzo podobna do matki. Jedynie jej oczy miały jaśniejszy odcień błękitu. Odnoszę wrażenie , że wszyscy krewni Willa mają tęczówki tego koloru. To nieco mnie przeraża. Ostatni przedstawiony został chłopak niewiele starszy od siostry, doskonale pamiętam jak w tamtym roku pomagał nam lepić bałwana. Właściwie to my pomagaliśmy jemu. - Will kochanie, kiedy przyjeżdża twoja narzeczona? - Pyta Pani Nancy z niechęcią. Nie lubi Lisy od blisko roku. Dobrze wiem, że to moja wina.
-Zaraz powinna być. - Odpowiada chłopak. - Chodźmy zanieść walizki. Który pokój jest nasz? - Pyta jeszcze czarnowłosy.
- Wiesz... Będzie nas nieco więcej, bo córka Roba bierze ze sobą czwórkę znajomych. Razem z Kojim, Lisą i dziewczynkami bierzecie cały strych. Jest duży więc bez problemu się pomieścicie.- Decyduje kobieta.
- Dobrze. - Mówi wyraźnie zadowolony chłopak. - Nie martw się, niedawno został wyremontowany. Przedzielili Go na dwa pokoiki. Dziewczyny wezmą jeden, a My drugi. - Tłumaczy chłopak, gdy już wspinamy się na schodach. Zastanawiam się przez chwilę czy wytrzymam z Lisą w jednym pokoju. Jestem pewien, że mama Willa ma podobne wątpliwości.
*     *     *
... Dwanaście miesięcy wcześniej...
Po wejściu do jadalni zostałem przedstawiony całej grupie. Pani Nancy oznajmiła, że jestem jej drugim synem, na co wszyscy zaśmiali się cicho. Atmosfera była inna niż u mnie w domu. Tu wszyscy ze sobą rozmawiali, śmiali się... Co najważniejsze wszyscy się znali. Sam także poznałem wszystkich po kolei. Matka Will'a zadbała bym dobrze czuł się w ich towarzystwie. Było to naprawdę przyjemne uczucie, czułem się jakbym oficjalnie został włączony do rodziny. 
Po jakiejś godzinie wyszedłem zapalić papierosa. Po prostu nie potrafiłem się powstrzymać. Przed wyjściem uprzedziłem matkę chłopaka, który zniknął mi z oczu. Pani Nancy od razu zaoferowała, że pójdzie ze mną. Ona także paliła. Razem wyszliśmy na niewielki balkon.
-Wiesz, nie przepadam za Lucy. - Rzuciła nagle kobieta patrząc na wielkiego, krzywego bałwana. Jego pasiasty szalik poruszał się z każdym powiewem wiatru. -Wydaje mi się bardzo sztuczna. -Wyznała dodatkowo. Jakoś wewnętrznie poczułem, że nie o tym chce rozmawiać, że będę tego żałował.
- Pani.. Wie, prawda?- Spytałem cicho, czując jak głos lekko mi drży. 
- O tym, że się w nim kochasz? Wiem już od kilku miesięcy. Tylko ślepy by nie zauważył. - Stwierdziła nieco brutalnie. Nie wydawała się ani trochę poruszona tą rozmową. 
- On nie zauważył...
- Bo to idiota. - Zaśmiała się cicho. - Wolałabym, żebyście byli razem. Przecież tak dobrze się dogadujecie! I trzymacie razem już tyle lat... Ta dziewczyna... Pojawiła się znikąd. Jakaś przybłęda. - Prychnęła. Przegryzłem lekko wargę, nie rozumiejąc czemu podchodzi do tego z taką swobodą. Czyżby przesadziła z winem? - Pasujecie do siebie... Mam nadzieję, że kiedyś będziecie razem, Koji. - Kobieta poprawia mi troskliwie czapkę. Czuje jak moje oczy stają się lekko wilgotne. 
Mówienie o tym przychodziło jej tak łatwo... 
-Dziękuje... 
- Ale chcę o tym dowiedzieć się pierwsza! Gdy tylko ze sobą zerwą... Powinieneś mu o tym powiedzieć. Będziesz wiedział, czy jest dla was szansa. Boje się, że to cię zniszczy, Koji. - Jej ton nagle stał się całkowicie poważny, a oczy wbiły w moją twarz. -Zmieniasz się przez to uczucie. Jesteś cichszy, bledszy, częściej się zamyślasz, odpływasz w swój świat. A co będzie potem? - Rzuciła wpatrując się we mnie z uwagą. Po chwili usłyszeliśmy trzask. Coś wpadło w śnieg. Zerknąłem ze smutkiem na bałwana, którego głowa spadła i rozbiła się.
 -Niech się Pani nie martwi. Kiedyś mu powiem.- Skomentowałem krótko, posyłając jej wymuszony uśmiech.

Prawda była taka, że faktycznie czułem jak codziennie cząstka mnie umiera. 
A to wszystko przez te uczucie, które z każdym dniem zajmowało coraz większy fragment mojego serca.

*     *     *
Zostawiamy walizki na środku jednego z pokoi i schodzimy na dół. Odwieszamy krótki i idziemy do kuchni. Od zeszło rocznej rozmowy zbliżyliśmy się do siebie z Panią Nancy. To dość dziwne bo między nami jest różnica dwudziestu lat. Naprawdę czuję się jak jej syn, a ona traktuje mnie nico bardziej jak synową lub zięcia. Will nie bał się nas zostawić sobie nawzajem, bo on także to zauważył i nie raz wyśmiał.
Postanawiamy pomóc przenieść jedzenie do lodówki. Za trzy dni wigilia. Właściwie żadne danie nie jest jeszcze gotowe, jestem pewien, że jutro i pojutrze kobiety spędzą w kuchni.
Po pewnym czasie przyjeżdża następny samochód. Jest w nim ojciec Willa, który od razy klepie mnie po plecach i całuje żonę. Przyjechał wraz z jej bratem , jego żoną i dwójką dzieci - Dwunastoletnim Derekiem i dziesięcioletnim Ianem. . Brakuje jeszcze jedynej córki, która ma przyjechać wraz ze znajomymi. Jest najstarsza z rodzeństwa. Chwile po ostatnich gościach pojawia się Lisa. Od razu przy uważam, że ścięła włosy. Nie sięgały nawet ramion, wciąż były w odcieniu blondu. Jej orzechowe oczy od razu odnajdują narzeczonego.
-Dzień dobry. - Wita się ze wszystkimi po kolei. Nagle dziewczyna staje przede mną. Will poszedł odnieść jej walizkę, więc pewnie skoro zna mnie najlepiej postanowiła poczekać ze mną.
- Część Koji. - Mruczy cicho. Lekko głaska mnie po głowie, przez co czuję się jak... Pies. Nie przepadamy za sobą, więc pewnie właśnie takiego odczucia oczekuje.
- Witaj Lisa. Ładna fryzura, do twarzy ci. - Odpowiadam grzecznie. Blondynka zdaje się zdziwiona jak i zadowolona komplementem.
-Dziękuję.
*     *     *
Następną godzinę spędzamy na zwiedzaniu miejsca, w którym się znaleźliśmy. Ludzie, którzy dołączają do nas jako ostatni okazują się dość głośną, wesołą grupą. Rozmawiają ze wszystkimi, dzięki czemu każdy ich polubił.
Nawet ze mną zamieniają kilka zdań.
Miejsce, w którym się znajdujemy jest całkowicie osamotnione. Brak cywilizacji nieco mnie smuci, jednak wydaje mi się, że każdemu z nas dobrze to zrobi. Nawet nie zauważam, kiedy zaczynam liczyć siebie jako część zwartej grupy.
Wieczorem wszyscy siadamy w salonie. Niemal każdy jest już w piżamie, ale się tym nie przejmuję. Podchodzimy do siebie z luźnym nastawieniem. Każdy przyjechał by się zrelaksować.
Wszystko jest wręcz baśniowe.
Aż do pewnego momentu.
Jest blisko dwudziestej kiedy słyszę jakiś krzyk piętro niżej. Znajdowała się tam cała rodzina  i przyjaciele brata Pani Nancy -Roba. Ona i jej siostra z dziećmi zajęli sypialnie na parterze.
Nagle słyszę dźwięk tłuczonego szkła. Przestraszony zbiegam po schodach ignorując niezadowolone spojrzenie Lisy. Na piętrze była już Pani Nancy i jej Mąż.
- Co się stało? - Pytam kiedy jestem już tylko dwa schodki od piętra.
- Jak mogłaś mi to zrobić, szmato?! Myślisz, że ci uwierzę na słowa?! - Docierają do mnie ostatnie zdania kłótni. Zatrzymuję się koło matki Willa, jednak tylko na moment. Nie otrzymuję odpowiedzi na zadane pytanie.
 Dorothy, która przyjechała wraz ze znajomymi, gwałtownie odpycha od siebie jednego z nich. Był to mężczyzna, konkretniej jej chłopak. Gdy odwraca się w naszą stronę widzę jej mokre policzki i pełne łez oczy. W następnej chwili brunetka już zbiega schodami. Potem wszyscy słyszymy trzask drzwi.
Mężczyzna stoi w miejscu i rzuca obelgami na temat dziewczyny. Wydarzenie było tak nagłe i szybkie, że nie rozumiem co się stało. Czuję jedynie ogromne współczucie.
Na górnych schodach pojawiają się stopy Willa, jednak nie zwracam na nie uwagi.
Moje naiwne serce jak zawsze okazuje się być " za miękkie".
Nie zastanawiam się nawet chwili, od razu zbiegam za dziewczyną. W pośpiechu zakładam buty i zarzucam na siebie kurtkę. Biegnę w stronę lasu. Jestem pewien, że tam właśnie udała się zapłakana dwudziestolatka.
Nikt nie udaje się za mną. Pewnie wszyscy tłumaczą Willowi i Lisie co się stało.
Przedzieram się z trudem przez gęste gałęzie.
Nigdzie nie widzę Dorothy. Coraz bardziej oddalam się od świateł, bijących z okien domu. Biegnę tak przez jakieś piętnaście minut, jednak nie odnajduję dziewczyny.
Tak jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Dopiero, gdy potykam się o wystający korzeń zdaje sobie sprawę co robię.
Biegnę w głąb czarnego lasu za dziewczyną, którą znam od kilku godzin. Jest mi ona całkowicie obca, a ja jak głupi szukam jej. Jednak nie umiem zignorować niczyich łez. Wzdycham głęboko i obracam się za siebie by wrócić do budynku.
Dorothy najpewniej niedługo także się tam pojawi, pewnie chce pobyć sama. Tylko bym jej przeszkadzał.
 Wtedy panika całkowicie mnie obejmuje. Wszędzie dookoła jest tak samo ciemno i zimno. Nie widzę już domu, nawet jego świateł. Obracam się ze strachem dookoła. Nie rejestruję obecności niczego, ani nikogo, co więcej nie wiem już skąd przyszedłem.
- Dorothy?! - Krzyczę głośno, czując coraz bardziej ogarniającą mnie niepewność.
Zgubiłem się.
Oto wyrok mojej śmierci. Zgubiłem się w tym pustkowiu. Jestem jedynie w cienkiej piżamie i kurtce.
Przeszukuje jej kieszenie i nagle zdaję sobie sprawę, że ta kurtka nawet nie należy do mnie. W pośpiechu chwyciłem nakrycie kogoś innego.
 Zdecydowanie za luźne, przez co nawet po zapięciu go zimowe powietrze dostawało się do środka.
Zamarznę tu, umrę z głodu lub pożre mnie jakieś dzikie zwierze. - Tak brzmią moje pierwsze myśli.
Boje się, że w tej ogromnej buszy nikt mnie nie odnajdzie.
Sytuacja, w której się znalazłem jest tak beznadziejna, że mam ochotę wyśmiać samego siebie. Niestety przerażenie mi na to nie pozwala.
Po chwili ruszam  przed siebie.
Przecież nie mogę siedzieć w jednym miejscu i czekać na śmierć. Nie wiem ile pałętam się po tym lesie. Obstawiam pół godziny.
Wtedy do mojej głowy dociera absurdalna w tym momencie myśl.
Pani Nancy kazała mi powiedzieć Willowy co do niego czuję. Obiecałem, że kiedyś to zrobię. Co jeśli nie będę miał na to szansy? Jeśli umrę w tym ogromnym lesie i znajdą mnie po upływie tygodnia? O ile w ogóle znajdą.
Ciekawe czy matka mojego obiektu westchnień, powiedziałabym mu wtedy jak bardzo Go kochałem. Ciekawe jak Will zareagowałby na to... Uwierzyłby jej? Wyśmiałby?

Jest mi przeraźliwie zimno i nie mam już siły iść. Nogi strasznie mi się trzęsą. Nie jestem pewien czy z zimna czy ze strachu. Co jakiś czas nawołuję załamującym się głosem imię dziewczyny. Odpowiada mi cisza lub podmuchy wiatru bujające gałęźmi.
Raz po raz upadam prosto w śnieg.
W pewnej chwili nie mam już siły wstać. Czuję łzy na policzkach, które po chwili zaczynają zamarzać.
- Umrę. Boże, naprawdę umrę. - Szepczę do siebie panicznie. Opieram się o pień drzewa i kładę dłonie w śniegu.  Przecieram nimi swoje policzki, czując jak błękitne spodnie od piżamy całkowicie przemakają. Opieram głowę o drzewo. Pod kurtką mam jedynie bezrękawnik, w którym sypiam. - Po co ja za nią biegłem... - Powtarzam co chwilę. Zawieszam zrezygnowany głowę, ponieważ patrzenie w czerń całkowicie mnie przeraża.
Będziesz żył bez świadomości o moim uczuciu. A ja będę patrzył na ciebie z góry i oczekiwał dnia kiedy zrozumiesz moje uczucia. Kiedy wszystkie wspólne sytuacje ułożą się w twojej głowie niczym puzzle. 
Co wtedy pomyślisz? 
Will, Dałbyś mi szansę?
Siedzę tam przez długi czas, szczękając zębami i chlipiąc co jakiś czas. Moje bezwładne ciało, mimo kilku prób nie chce iść dalej. Podnoszę wzrok na niebo. Błyszczą na nim srebrne gwiazdy. I ogromy księżyc. Nachodzi mnie myśl, o tym, że wilkołaki mnie pogryzą. Chyba nawet rozum mnie opuścił.
Z niewiadomego dla mnie powodu nagle napływają do mojej głowy bardzo stare wspomnienia. Wspomnienia sprzed jedenastu lat. Dotyczą pierwszego spotkania z Willem. Wtedy też była zima. To chyba nasza pora roku.
*     *     *
-Jesteś kosmitą? - Usłyszałem cichy głos za sobą. Zaciekawiony, brązowo włosy chłopiec wpatrywał się we mnie uważnie. Miał wtedy niespełna dziesięć lat. Ja zaś siedem. Obróciłem się w jego stronę nieco zraniony słowami, które padły z różowych usteczek.
- Nie...
- To dlaczego masz takie dziwne oczy? Całe czarne... I mają dziwny kształt! - Zawołał dość głośno. Dalej siedziałem do niego bokiem, rysując na śniegu kręte wzory.
- Bo nie jestem stąd, ale od wczoraj tu mieszkam.
- To skąd jesteś?- Widocznie zainteresowany podszedł do mnie i usiadł na zaśnieżonej huśtawce. Ja zaś siedziałem przy drugiej. Opierałem się o nią, co jakiś czas pchając do tyłu.
- Z Japonii. 
-To jakaś planeta? -Dalej dopytywał. Już chciałem odpowiedzieć kiedy mi przerwał. - Będziesz chodził ze mną do szkoły? Bądźmy przyjaciółmi! Będę miał przyjaciela kosmitę! Wszyscy będą mi zazdrościć! - Zakrzyknął zadowolony. Pokiwałem głową nie wyprowadzając go z błędu. 
Z tego co słyszałem, już kilka dni później nauczycielka wytłumaczyła uczniom, skąd jestem. Używała przy tym ogromnej mapy świata. 
Will mimo, że nie byłem kosmitą postanowił zostać moim przyjacielem.
*     *      *
I wtedy słyszę głos. Głos mojego zbawiciela, zaś w ciemnym lesie widzę blask wydobywający się z latarki. Czemu nie widziałem go wcześniej...
- Koji?! Koji! Jesteś tu?! Koji! - Krzyk był coraz głośniejszy. Po chwili dołącza do niego następny, kobiecy. Sztuczne światło zatacza kółka niedaleko mnie. Dopiero teraz widzę jak gęste i pełne drzew jest miejsce w którym się znalazłem.
- Will?! -Sam nie poznaje mojego głosu. Jest bardzo ochrypły. Światło przestaje krążyć. Zamiera w jednym miejscu. Podnoszę się opierając całym ciałem  o gruby pień drzewa. - Will! - Powtarzam, a światło w jednej chwili pada na mnie. Muszę zmrużyć oczy.
- Boże, Koji! - Chłopak podbiega do mnie, a za nim rusza Lisa. Nawet na jej twarzy dostrzegam strach. - Jak mogłeś tak bezmyślnie za nią pobiec?! Ty idioto! Nawet jej nie znasz! Myślałem, że cię nie znajdę! Wiesz ile cię szukamy!? Wszyscy cię szukają!-  Krzyczy podbiegając do mnie.
- Przepraszam... Przepraszam, Will. Naprawdę. - Mówię o wiele ciszej.
- Szukamy cię ze trzy godziny. Rozumiesz to? W takim zimnie... Dorothy już dawno wróciła. Ona miała telefon, Koji.Czemu ty jesteś taki bezmyślny. - Dalej mówi,  jednak coraz ciszej. Odnoszę wrażenie, że popadł w jakiś trans.
 Obejmuje mnie mocno i przyciska moje zmarznięte, drżące ciało do siebie. - Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest. Trzeba cię ogrzać, jesteś taki zimny... - Kontem oka widzę jak Lisa rozmawia z kimś przez telefon.
- Wracajmy. - Mówi w końcu krótko. Patrze na nią zdołowany. Mamy wracać przez ten ziąb? - Niedaleko jest droga. Nancy już jedzie. Trzeba iść i czekać na nią przy drodze, bo zajedzie za daleko. - Wyjaśnia, ale nie słucham jej. Mój otępiały umysł nie jest w stanie.
Nigdy nie byłem tak przestraszony jak w tym momencie.
Will nakłada na moją głowę czapkę, zaś dookoła szyi zawiązuje bardzo gruby szalik. Kuca przede mną, dalej mówiąc jaki jestem bezmyślny. Obejmuje jego szyję, czując jak materiał niebezpiecznie zasłania mi oczy. Zresztą i tak nic nie widziałbym w tych ciemnicach. Starszy łapie mnie za mocno pod kolanami i już po chwili wnoszę się nad ziemią. Całkowicie mi to odpowiada.
Will przez całą drogę do ścieżki coś mówi.
 Ja czuję, że słabnę coraz bardziej, a moje powieki robią się nieznośnie ciężkie. Lisa idzie u naszego boku rozmawiając przez telefon z matką willa.
Po jakiś trzydziestu minutach jestem już w samochodzie. Okazuje się, że zaszedłem dalej niż bym się tego spodziewał.
Opieram się o ramie Willa , który jedną ręką obejmuje mnie w pasie trzymając moje ciało w pionie, zaś drugą pociera moje ramie, by rozgrzać skórę.
Wzdrygał się, gdy tylko poczuł moją zmarzniętą dłoń, która dotknęła jego szyi.
 Siedzę pod kocem, ale i tak jest mi strasznie zimno.
- Jesteś tak cholernie nieodpowiedzialny.. - Zaczyna pani Nancy .
Czuję dziwną ulgę. Odkąd wsiedliśmy do samochodu kobieta nie odezwała się ani razu.
 - Co by było jakby cię nie znaleźli? Koji...To miejsce to pustkowie! Zamarzłbyś! Jak nie w nocy to rano. Wszyscy się o ciebie martwią! Myśleliśmy, że przepadłeś! Jest prawie północ!
- Przepraszam... - Mruczę cicho przymykając oczy, moja głowa bezwładnie opada na kolana Willa, którego ręka dalej pociera moją. To naprawdę przyjemne.
- Po prostu  następnym razem pomyśl, zanim coś zrobisz. - Rzuca na koniec, po czym przekrzywia lusterko by mieć na nas lepszy widok. Uśmiecham się delikatnie i wtulam twarz w udo chłopaka.
- Masz niebieskie usta. - Mruczy nagle czarnowłosy. Podnoszę na niego wzrok, czując jak delikatnie gładzi palcem moją dolną wargę. -W ogóle kogo to kurtka? - Pyta cicho, dalej dotykając moją twarz. Patrzę uważnie na jego oczy, a kiedy ten zajęty jest poprawianiem mojej czapki zjeżdżam wzrokiem na jego usta.
-Nie wiem... Wziąłem przez pomyłkę... Ale wygląda na damską...
*     *      *
Po powrocie do drewnianej chatki wszyscy witają mnie z ulgą. Zostaje wyściskany, a nawet wycałowany przez kilka osób, które najbardziej się przejęły. Oczywiście były to kobiety.
Will na szczęście postanawia mnie uratować. Ciągnie mnie w stronę rozpalonego kominka, tłumacząc, że trzeba mnie rozgrzać. Po jakiś dwudziestu minutach wszyscy wracają do swoich pokoi. Pani Nancy uśmiecha się lekko do mnie, podając dwa koce synowi. Idzie do siebie, zaś za nią zniesmaczona Lucy. Czarnowłosy chwile kręci się w kuchni po czym wraca z kocami. Zakrywa mnie nimi i wraca do pomieszczenia. Znosi stamtąd dwa zapełnione kubki i siada koło mnie. Podje mi jeden z nich. Czerwony z reniferkiem. Uśmiecham się lekko, odnajdując w nim gorącą czekoladę, za którą mógłbym oddać życie.
-Muszę Ci coś powiedzieć. - Wyznaję niepewnie. Mężczyzna zerka na mnie kontem oka i zaczyna dmuchać na swój kubek.
-Słucham. - Drżę lekko, słysząc jego poważny ton. To chyba nie jest dobry moment.
- Nie ważne. Zapomnij. - Mruczę szybko. Chcąc się czymś zając upijam łyk napoju. - Ał! Jakie gorące! - Odsuwam od siebie kubek, czując łzy w oczy. Spowodowane po części bólem, po części smutkiem. Tym, że nie potrafię wyznać mu swoich uczuć.
- Niezdara. - Czarnowłosy śmieje się cicho, a ja wbijam w niego zszokowane spojrzenie. Parzy na mnie uważnie, całkowicie rozładowując napięcie.
 Nie jest zły?
Uśmiecham się delikatnie, wpatrując w jego błękitne oczy. Mógłbym w nim utonąć, są wspaniałe. Piękne, o jednolitym odcieniu wiosennego nieba.
rozsądek.
- Kocham Cię. - Mówię niesamowicie stanowczym głosem. Teraz to Will wydaje się zdezorientowany jak i nieco przestraszony. - Bardzo. Od dawna. -Dodaję kładąc kubek na ziemi. - Jak nikogo innego. Nie jak przyjaciela, Will. Naprawę przepraszam. Nie chciałem tego. Uwielbiam spędzać z tobą czas, patrzeć na twój uśmiech, pocieszać cię, gdy tego potrzebujesz, wywoływać te śliczne iskierki w twoich oczach... Nie chcę tracić kontaktu. Nie odtrącaj mnie...  - Szepczę nie pozwalając mu dojść do słowa. Po jego twarzy doskonale widzę, że moje wyznanie nie jest mu na rękę.
-Głupek. - Mężczyzna uśmiecha się lekko , jakby wyrwany z dziwnego otępienia. Patrzę na niego bez zrozumienia. - Coś tak myślałem, że traktujesz mnie inaczej.  - Dodaje, także odkładając na ziemi szklankę. - Ale Koji, wiesz, że mam Lise. Co mam jej powiedzieć? Że podkochuje się we mnie przyjaciel? Dlatego mam z nią zerwać? - Zapytał poważnie, nachylając się nieco nade mną. Czuję łzy w oczach. Wybrałem naprawdę beznadziejny moment. Przecież miałem poczekać, aż zerwą... - Będziesz musiał Mi pomóc. - Dodaje nagle. - Bo sam pogubię się w zeznaniach i skończy się na tym, że będę i z tobą i z nią jednocześnie. - Śmieje się swobodnie. Czuję jego ciepłą dłoń, gdy dotyka mojego policzka. - Ja ciebie też kocham, Koji. - Kończy nachylając się nade mną jeszcze bardziej. Czuję jego delikatne usta na swoich, jednak tylko na chwilę.
Odsuwam Go gwałtownie od siebie i wybuchnąłem śmiechem, którego nawet nie starałem się powstrzymywać. Gdy spojrzałem na Willa, jego mina sprawiła, że nie mogłem się już opanować. Zasłoniłem twarz dłońmi i nachyliłem nad ziemią. Nawet nie wiem kiedy cichy, paniczny śmiech przerodził się w płacz.
Byłem zmęczony całą sytuacją, w której się znalazłem.
Nie miałem już sił walczyć o swój rozsądek. 
Miłość do Willa naprawdę mnie zniszczyła.
_______________________________________________
Trochę się rozpisałam... ^ ^"
Mam nadzieję, że ma to jakiś sens... W ogóle, że ta mini seria ma jakiś sens...
Dziękuję wam bardzo za życzenia i komentarze :*

wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczna mini seria - Część 1/3: Last Christmas

Osaczony.
Taki właśnie się czułem, gdy kilkanaście par oczu uważnie przesuwało się po mojej osobie. Wszedłem trochę głębiej do jadalni, od razu przepraszając wszystkich zebranych za spóźnienie. Rodzice posłali mi karcące spojrzenia, ale całkowicie je zignorowałem. Oni nigdy nie byli zadowoleni, w każdym razie nigdy ze mnie.
 Ruszyłem w stronę stołu, cały czas kumulując na sobie wzrok większości obecnych. Sunęli nim po moich przydługich, idealnie wyprostowanych włosach, po podkreślonych czarną kredką oczach, po luźnej, białej koszuli ze złotymi detalami/ Ta wędrówka kończyła się na obcisłych, czarnych rurkach.
Sam także zerkałem na poszczególne osoby. Byli moją rodziną, a jednak połowy z nich nie znałem. Byłem tym nieco zawstydzony.
Zająłem ostatnie wolne miejsce przy stole. Na moje nie szczęście po obu moich stronach siedziały dwie ciotki, dzielące się nienawiścią. Osobiście nie przepadałem za żadną z nich, właściwie słabo je znałem.
Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego siedzą tak blisko siebie.
-Koji, twoja matka mówiła mi, że zafarbowałeś włosy, ale nie spodziewałam się tak... Drastycznej zmiany.. - Zaczęła siedząca po mojej prawej stronie blondynka. Nieświadomie powędrowałem dłonią do moich białych włosów. Przegryzłem lekko wargi, przy tym bardzo delikatnie, przeczesując kosmyki. Palce prześlizgnęły się między nimi bez problemu. Poczułem jedynie jak miękkie niteczki przyjemnie muskają moją dłoń. Poprawiłem dużą, złotą spinkę, którymi spiąłem część nich z tyłu głowy. Reszta swobodnie opadała na moje ramiona.
- Przecież wygląda jak aniołek. - Burknęła od razu nieco młodsza, rudowłosa kobieta siedząca po mojej lewej stronie. Wysłałem jej lekki uśmiech, niemo dziękując za te słowa. Właściwie nie zależało mi na tym bym wyglądał " jak aniołek", chociaż dość często to słyszałem.
-Zniszczy sobie włosy. Przecież uwielbiasz o nie dbać, a jak nie przestaniesz ich farbować wkrótce nie będziesz już miał o co dbać. - Drugie zdanie wymówione przez blondynkę zostało skierowane do mnie. Zerknąłem na nią, otwierając usta by wypowiedzieć się na ten temat, jednak ubiegła mnie druga ciotka.
- Nie strasz go. Do twarzy ci, kochanie. - Poczułem jak klepie mnie po kolanie.
- Może i do twarzy, ale... - Zaczęła druga, jednak nagle ucichła. Tak samo jak ona podnieśliśmy wzrok, napotykając zaciekawione spojrzenia. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że wśród obecnych jestem najmłodszy. Większość zebranych była w wieku moich rodziców, co bardzo mnie peszyło. Przy stole panowała dziwna cisza, jak co roku zresztą. Wiedziałem, że z każdym kieliszkiem alkoholu towarzystwo bardziej się rozluźni.
Matka wstała od stołu i stanęła przy swoim krześle, dziękując wszystkim za przyjście i wyrażając swoje nadzieje, dotyczące licznych potraw na stole.
*     *     *
Nie zjadłem dużo, od piętnastu minut męczyłem porcje sałatki, która mimo ładnego wyglądu niespecjalnie mnie interesowała. Wsłuchiwałem się w cisze, którą co jakiś czas ktoś śmiał przerywać. W końcu napiłem się wody i odsunąłem od siebie talerz.
-Jesteś na diecie? - Usłyszałem od razu pytanie starszej ciotki, która jak zawsze ciekawiła się wszystkim. Zerknąłem na nią kontem oka, jednak ona wpatrzona była w rybę na swoim talerzu.
-Nie, nie jestem, ciociu.- Burknąłem, jakby na dowód sięgając po babeczkę z czekoladą. Odchyliłem się lekko na krześle, z nudy zaczynając liczyć ile jest osób. Dwadzieścia sześć. Westchnąłem ciężko, zabierając się w końcu za ciastko.
-Koji, masz dziewczynę? - Wreszcie w tłumie gości usłyszałem pytanie, które pojawiało się na każdym spotkaniu. Niespecjalnie na nie czekałem, ale byłem świadom, że ktoś w końcu je wypowie. Spróbowałem wyszukać wśród ludzi właściciela głosu, ale nie udało mi się.
- Nie mam. - Pokręciłem głową ze zrezygnowaniem.
-Nie rozumiem, taki śliczny chłopak, a wciąż sam. - Marudziła ciotka po mojej lewej. - A masz kogoś na oku? - Spytała z nadzieją.
- ... Tak, ale.. Ona ma już kogoś. Dała tej osobie szansę, a ta ją wykorzystała. - Wzruszyłem ramionami udając, że wcale mnie to nie interesuje. Było niestety inaczej. Kompletnie nie potrafiłem pogodzić się z faktem, iż osoba , którą tak szczerze pokochałem nie wie o tym, co więcej jest w szczęśliwym związku. Chciałem jej szczęścia, jednak... Pragnąłem też szczęścia swojego. Niestety, w tym przypadku jedno wykluczało drugie. A przecież ta osoba, była ważniejsza. Jej szczęście było najważniejsze.
- To przykre... - Mruknęła wracając do kolacji. Tłum powoli zaczynał się rozluźniać, rozmawiać ze sobą, co przyjąłem z ulgą.
*     *     *
Ulica w wigilię była całkowicie pusta. Wychodząc na nią niezmiernie się zdziwiłem. Od razu wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów po czym wyciągnąłem z niej jednego z nich. Zaciągnąłem się mocno, drugą dłoń wsuwając do kieszeni ciepłej kurtki. Zarzuciłem na włosy kaptur, ponieważ zapomniałem czapki. Zresztą zniszczyłaby mi fryzurę, co ciężko byłoby mi przeboleć.
Przechodząc obok dobrze znanego mi budynku miałem straszną ochotę wejść do środka, ale czułem, że tylko bym przeszkadzał. Will pewnie chce być tylko z rodziną i... Swoją ukochaną.
Od kilku miesięcy ubolewałem nad tym, że moja długoletnia miłość, nie ma już szans na szczęśliwe zakończenie. Will zakochał się w uroczej, ale nieco wnerwiającej dziewczynie. Pewnie wkrótce zamieszkają razem, może nawet wyprowadzą się z Osaki, będą mieli dzieci. A ja zostanę sam. Mały, zagubiony w tym całkowicie niesprawiedliwym świecie.
Przyśpieszyłem, gdy przechodziłem niebezpiecznie blisko danego domu. Szedłem środkiem chodnika, ciesząc się, że nikt nie przechodzi ,ani nie przejeżdża. Przynajmniej w tych alejkach. Koło mojego mieszkanka zawsze było pełno samochodów. Podejrzewałem, że i w ten "szczególny " dzień nic się nie zmieni.
Spojrzałem w niebo i to nie był mój dobry ruch. Nie zauważyłem, że całą następną trasę stanowi gruba warstwa śliskiego lodu. W pierwszej chwili pisnąłem, a w drugiej już lądowałem na ziemi, na plecach, czując jak spinka boleśnie wbija mi się w tył głowy.
Pierwsza próba wstania z lodu nie powiodła się. Ponownie upadłem na plecy, czując w nich okropny ból. Zrezygnowany podniosłem wzrok spowrotem na niebo. Było niemal czarne, powoli sypał się z niego śnieg. Białe płatki cienką warstwą zaczęły pokrywać moją twarz. Tworzyły maskę.
-Co tu robisz? - Usłyszałem nad sobą dobrze znany, uwielbiany przeze mnie głos. Spokojny, opanowany z cichutką nutką radości w każdym słowie. Chłopak nachylił się do mnie i delikatnie objął moją dłoń swoją. Z jego pomocą stanąłem na lodzie, a już po chwili zostałem z niego wyprowadzony. Podziękowałem Will'owi. I spojrzałem za nas na trójkę dzieci lepiących na śniegu bałwana. Były od nas spory kawałek, przez co domyśliłem się że czarnowłosy musiał zauważyć mnie już wcześniej.
- Wyszedłem na spacer... Nudziłem się z nimi... - Wzruszyłem ramionami, wkładając dłonie w kieszenie płaszcza. - A Ty?
- Wyszedłem z kuzynami. - Wzruszył ramionami wyprzedzając mnie nieco. Widząc to wykrzywiłem nieco wargi i dorównałem mu kroku. Dwudziestolatek jednak szybko przyśpieszył. Droczył się ze mną, czułem to doskonale. Zaśmiałem się cicho, nie przerywając naszej zabawy.
- Nie jest trochę za późno? Przecież jest ciemno... - Mruknąłem, nawet nie zauważając, że mój chód zmienił się w trucht.
- Wiem, zaraz będziemy wracać. - Odpowiedział i przystanął nagle. Niemal automatycznie zrobiłem to samo. Znaleźliśmy się przy dzieciach, które wiekiem sięgały około dziesięciu lat. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że stoimy w ogródku rodziny Willa. - Wejdziesz do nas? Mama ostatnio skarżyła się, że coraz rzadziej przychodzisz. Wiesz, że traktuje cię jak drugiego syna. - Zaśmiał się błękitnooki. Przegryzłem dolną wargę, zerkając na niego.
- Wiesz... Są święta to chyba nie jest odpowiedni.. - Zacząłem jednak Jego głos mi przerwał.
- I będziesz się tak szwendał całą noc? Nie zaprzeczaj! Przyjaźnimy się od dziesięciu lat, znam cię na pamięć. - Zaśmiał się. Uśmiechnąłem się lekko, myśląc o tym, jak bardzo zdziwiłby się gdybym wyznał mu swoją dobrze skrywaną tajemnice.
- No dobrze. - Kiwnąłem głową. Jeszcze chwilę staliśmy w ciszy. Ja przypatrywałem się jego twarzy, podczas gdy Will wpatrywał się w powstającego bałwana.
W pewnej chwili uśmiechnął się szeroko i podbiegł do dzieciaków by pomóc im wciągnąć środkową kulę na tą wcześniej umieszczoną. Okazało się to wyjątkowo trudne, ponieważ bałwan miał mieć pięć pięter, a każda z nich była dziwnie duża.
Kiedy czarnowłosy spojrzał na mnie prosząco także podszedłem i stanąłem na przeciw niego. Miałem stąd doskonały widok na lekkie dołeczki w policzkach starszego.
 Kiedy ten podniósł kulę szybko nachyliłem się  i złapałem ją od dołu.
Myśleliśmy, że już zbliżamy się ku końcowi, jednak śnieżna kula nagle rozsypała się . Żaden z nas nie był na to przygotowany więc przez niebezpieczne przechylenie straciliśmy równowagę i spadliśmy prosto w śnieg. W efekcie obaj byliśmy mokrzy i przemarznięci. Dzieciaki, które dotąd kończyły formować głowę bałwana zaczęły się śmiać. Gdy obaj zrozumieliśmy co się stało poszliśmy w ich ślady.
-Wójku! Wójku! - Usłyszeliśmy od strony drzwi frontowych domu. W naszą stronę biegł góra pięcioletni chłopiec niosący coś w dłoniach. Po marchewce i szaliku stwierdziłem, że to akcesoria bałwana.
- O, przyniosłeś nos! Poczekaj chwilkę Kris, musimy mu najpierw głowę nałożyć. - Mruknął do chłopca. Wstał, otrzepał się powierzchownie i podbiegł do trzeciej z kolei kuli. - Tylko będzie nieco niższy. - Dodał, kiedy ja wstawałem.
Ostatnie trzy kule ustawiliśmy dokładnie na środku. Niestety były dość nierówne, więc bałwan był dziwnie wygięty w prawo. Wszyscy obecni w ogródku zaczęli stroić bałwana.W pewnej chwili mały Kris, stwierdził, że to on ustawi jego nos i czapkę. Tak więc biedny Will musiał unieść chłopca trochę nad swoją głowę.
 Kiedy skończyliśmy wszyscy byliśmy już porządnie zmarznięci.
Will w końcu zarządził powrót do domu. Dzieciaki pobiegły przodem, a my chwilę po nich, rozmawiając weszliśmy do budynku, gdzie od razu zostaliśmy zatrzymani.
- Stop! - Zawołała matka Willa. Była do niego bardzo podobna. Ona też miała farbowane, czarne włosy i pięknie niebieskie tęczówki. Mieli jeszcze dwie takie same cechy ,które strasznie mnie drażniły. Oboje byli wyżsi ode mnie i kochali się ze mną drażnić. - Nie możecie przejść dalej. - Zastrzegła, a dwie kobiety stojące przy niej zaśmiały się cicho. Mama Will'a wskazała dłonią nad drzwi. Wisiała tam duża, zielona.. Jemioła..
-Mamo.. ile osób się tu dziś całowało? - Zaśmiał się chłopak, łapiąc mnie w pasie. Nie zdążyłem nawet zareagować, a już otrzymałem pocałunek w policzek. Oby dwa przybrały lekko różowy kolor. Byłem pewien, że matka Willa to zauważyła. Dany chłopak odsunął się, pozostawiając po sobie przyjemne ciepło w miejscu całusa.Podniosłem dłoń i lekko dotknąłem tego miejsca.
- Oj, kochanie, tego nie da się zliczyć. Ale wszyscy zrobili to jak należy! A wy... Jak dzieci. - Pokręciła głową, z teatralnym rozczarowaniem  na twarzy. Od razu zawtórowały jej towarzyszki, mówiąc jacy to my niedojrzali. Chłopak, chyba nieco zdziwiony spojrzał na mnie. Wzruszyłem lekko ramionami, starając się zachować pozory obojętności. Naprawdę czułem chore wręcz podekscytowanie i nieograniczoną radość. Will miał mnie pocałować. Moja pierwsza miłość miała to zrobić.
Nie widząc mojego sprzeciwu, zaś słysząc dopingowania kobiet czarnowłosy schylił się, ułożył dłoń na mojej, która wciąż dotykała policzka. Następnie zjechał nią na mój kark i zmusił mnie bym lekko zadarł głowę do góry. Zrobiłem to i od razu poczułem jego ciepłe usta na swoich, zimnych. Mężczyzna przejechał językiem po mojej dolnej wardze, zaś kiedy uchyliłem usta przysunął się jeszcze bardziej i pogłębił delikatny pocałunek.
Wiedziałem dobrze, że robi to by udowodnić coś kobietą, jednak w tej chwili starałem się o tym nie myśleć. Przesunąłem ręce i objąłem nimi szyje wyższego. Ten zadrżał czując jak przesiąknięte stopniałym śniegiem rękawiczki spotykają się z jego skórą.
Gdy odsunął się ,spojrzał wyczekująco na matkę.
-Jesteśmy najciekawsi, nie? Chyba, że jeszcze jakaś para składała się z dwóch mężczyzn. - Dalej czuł tą chęć rywalizacji, która nieco mnie smuciła. Szkoda, że nie pocałował mnie całkowicie własnowolnie...
-Jesteście jedyni. - Zaśmiała się kobieta, puszczając do mnie oczko, gdy tylko Will tego nie widział. Poczułem się dziwnie obnażony. Ona chyba wiedziała.
- Koji! Jak ja cię dawno nie widziałam! Czemu nas już nie odwiedzasz?! - Wrzasnęła tak głośno, że słyszeli ją najpewniej także na korytarzu i w salonie. Efekt był niemal natychmiastowy. Kobieta objęła mnie mocno, słysząc jak z jadalni ktoś wybiega. Były to dwie młodsze siostry Will'a które przyłączyły się do matki i także zaczęły mnie obejmować i piszczeć na temat tego jak rzadko bywam w ich domostwie. Chyba faktycznie nieco to zaniedbałem, bo zauważyłem, że obie siostry sporo urosły.
- No, ja też cię dawno nie widziałam. - Usłyszałem za sobą, jednak nowa towarzyszka nie odważyła się mnie przytulić. Spojrzała jedynie z uśmiechem swoich czerwonych warg.
Narzeczona Willa.
Ku mojemu nie zadowoleniu także była dość wysoka. Jednak należałem do dość niskich Japończyków, zaś żaden z obecnych w pomieszczeniu nie był Azjatą.
Dziewczyna miała blond włosy, podobnej długości do mojej. Jej jednak były bardzo mocno wycieniowane. Miała orzechowe tęczówki, które zawsze mnie denerwowały. Może nieco jej zazdrościłem. Moje były całkowicie czarne tym samym i dołujące.
- Przeprasza was, nie miałem ostatnio czasu. Zamierzałem przyjść po nowym roku. - Zacząłem swoje wyjaśnienia. Chwilę jeszcze rozmawiałem z rodziną Willa, a gdy się do niego odwróciłem, zobaczyłem to, co od czterech miesięcy najbardziej mnie raniło.
Will obejmował swoją narzeczoną i szeptał coś do niej na co ta chichotała głupio.
Miłość, która emanowała od nich była okropnie przytłaczająca.
Dodawała mi świadomości, że byłem pierwszy a mimo to się spóźniłem. Ponieważ nigdy nie zyskałem tyle odwagi by wyznać Willowi co do niego czuje.
 To jak bardzo kocham Go całego.
Byłem pewien, że całkowicie zniszczyłbym naszą przyjaźń.
Nawet nie wiesz jak bardzo mnie ranisz. - Pomyślałem. Od razu odlepiłem od nich wzrok i zacząłem ściągać buty.
- Chodź, Koji, poznam Cię ze wszystkimi. Poza tym upiekłam ciasto z nowego przepisu, musisz mi powiedzieć co o tym sądzisz. Może zagrasz na pianinie? Uwielbiam cię słuchać innym na pewno też się spodoba.  - Zagadywała mnie matka chłopaka, który nagle przypomniał sobie o mojej obecności.
- Tak, ale poczekaj. Musisz się przebrać, bo się przeziębisz.- Puścił dziewczynę, która spojrzała na mnie oskarżycielsko. Matka chłopaka zaśmiała się cicho, a ja poczułem się naprawdę dziwnie. Szybko ruszyłem za Willem do jego pokoju.
Gdybym tylko mógł powiedzieć ci, jak bardzo jesteś dla mnie ważny...
Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, mogąc trzymać twoją dłoń, długo patrzeć w twoje błękitne oczy, słuchać twojego kojącego głosu i po prostu być z tobą.
 Kochać ciebie i wiedzieć, że ty także mnie kochasz.
 To naprawdę bolesne.
 Nie odwzajemniona miłość to najbardziej bolesne uczucie na świecie. Ja doświadczałem jej już od kilkunastu miesięcy. Czułem jak mnie wyniszcza, ale nie mogłem nic na to poradzić. Bo prawdziwej miłości nie można się pozbyć. Będzie już zawsze przypominała o sobie.
Kiedyś oddałem Ci moje serce. - Pomyślałem gorzko. - Teraz nie potrafię Go odebrać.
_______________________
Oto i pierwsza część świątecznego opowiadania :D
Uh, coś słabo czuć te święta, prawda?
ZERO śniegu... A tak bardzo Go kocham...
No nic!


Z okazji świąt życzę wam głównie spełnienia marzeń. Bo nieważne co by się działo one zawsze będą najważniejsze, a Wy zawsze powinniście stawiać je na pierwszym miejscu. Nie zapominajcie o tym proszę :]
Wesołych świąt!
Kocham Was, słoneczka :*
HOSHI.

czwartek, 12 grudnia 2013

Dreamer - Rozdział 12


-Dzień dobry. - Uśmiechnąłem się niepewnie widząc w drzwiach matkę Doi'ego. Kobieta niemal niewidocznie odwzajemniła mój gest i odsunęła się trochę wpuszczając mnie do środka. Szybko zdjąłem buty i aż przystanąłem słysząc rozmowy z pokoju blondyna.
 - Idź, nie przejmuj się tym. Doi wiedział przecież, że przyjdziesz. - Mruknęła widząc moje wahanie. Zerknąłem na nią kontem oka i kiwnąłem lekko głową. Szybko wszedłem po schodach i zapukałem do królestwa chłopaka. Rozmowy gwałtownie ucichły, a drzwi lekko się uchyliły.
-Haru-Chan! Miałeś być ponad godzinę temu. - Zostałem przywitany słowami niebiesko-okiego, który pociągnął mnie za rękę do środka. Od razu spoczęły na mnie dwie pary ciemnych tęczówek. Jedna z nich należała do rudowłosego mężczyzny, którego zauważyłem jakiś czas temu z Doi'm.
Siedział na obracanym krześle i przyglądał mi się. W jego oczach było coś, co dało mi do zrozumienia, że także mnie pamięta. Przyznam, że wcale nie cieszyłem się, że ponownie go widzę.
 Na łóżku zaś siedział młodszy chłopak z dziwnymi, granatowymi włosami. Mocno przyciskał do siebie Tai, która zaczęła wyrywać się, gdy tylko mnie dostrzegła. Uśmiechnąłem się lekko na to. Miło było przychodzić do domu, gdzie kilka stworzeń oczekuje mojego ponownego przyjścia.
-Wiem... Zasnąłem.. - Wyjaśniłem, podnosząc Tai, która prędko znalazła się przy mnie.
-Haru-chan. - Wskazał na mnie, a obecni kiwnęli mi głową na przywitanie. -To Nobuyoki. - Wskazał na granatowowłosego, który uśmiechnął się szeroko. - A to Ryu. - Teraz chodziło mu o  rudego, którego uśmiech był wręcz lodowaty.
-Jesteś przyjacielem Doiego? -Zapytał młodszy. Wspomniany mężczyzna pociągnął mnie za sobą na łóżko. Usiadł pomiędzy mną a moim rozmówcą, ale zdawał się tym nie przejmować.
- Chyba.. Można tak powiedzieć. - Uśmiechnąłem się niepewnie, patrząc na blondyna.
-Jasne, że tak. - Zastrzegł od razu, wciągając na swoje kolana psiaka. Ryu cały czas wbijał w nas wzrok, myśląc o czymś intensywnie. Chwile przyglądaliśmy się sobie nawzajem, ale Doi szybko spowrotem zwrócił nasz wzrok na siebie. Rozmawiał o czymś z Nobuyokim starając się włączyć nas do rozmowy. Gdy nieco bardziej się wychyliłem przyuważyłem jak posyłają sobie co jakiś czas czułe uśmiechy. Poczułem dziwny ciężar na sercu, ponieważ ten sam uśmiech wysyłał mnie co jakiś czas. Z boku wyglądał kompletnie inaczej i mógł być źle odbierany przez innych.
Zacząłem przysłuchiwać się monologowi Doiego na temat ostatniej trasy. Sam nigdy o to nie pytałem, więc bardzo ciekawiły mnie jego kolejne słowa.
*     *     *
Obudziłem się w środku nocy, czując szarpanie za ramie. Uchyliłem lekko powieki, patrząc na ciemną podłogę, należącą do pokoju Doiego. Teraz porozrzucane na niej były puste puszki po piwach. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem, ale chyba Doi i Noboyoki także tego nie przewidzieli. Blondyn spał oparty o łóżko, a Noboyoki leżąc na plecach na podłodze. Ja za to miałem najprzyjemniejsze położenie, ponieważ niemal cały wieczór siedziałem na łóżku i na nim też zasnąłem.
 Podniosłem zdezorientowany wzrok na rozzłoszczonego Ryu.
-Piszczysz. - Powiedział od razu, puszczając mnie.
- Słucham? - Wymamrotałem, wtulony w poduszkę. Miała przyjemny zapach. Świerzy, ale także przesiąknięty osobą blondyna.
- Piszczysz przez sen. Brzmisz jak bity szczeniak. - Wyjaśnił bardziej szczegółowo. Prychnąłem, od razu przypominając sobie sen. Był niemal jak rytuał.
-Przepraszam, nie chciałem cię obudzić. - Mruknąłem, zerkając na niego spod grzywki. Ten wzruszył ramionami i ku mojemu zdziwieniu wyszedł z sypialni Doi'ego. Pokręciłem się trochę w łóżku, wdychając zapach pościeli. Nie potrafiłem już zasnąć. Zerknąłem za okno. Na zewnątrz zaczynało już świtać, więc najpewniej było przed godziną ósmą. Westchnąłem cicho. Wstałem, chwyciłem bluzę Doi' ego, wiszącą na oparciu krzesła i wyszedłem z pomieszczenia. Zapinając ubranie zastanawiałem się, czy blondyn będzie się na mnie bardzo gniewał.
Ryu znalazłem w kuchni. Wpatrywał się w zawartość lodówki z nieodgadniętą miną. Usiadłem przy kuchennej wyspie, na hokerze i wpatrywałem się w jego poczynania.
- Rodzice Doi'ego jeszcze nie wrócili. - Mruknął wyjmując kartonik z schłodzonym sokiem pomarańczowym. Wyjął dwie szklanki i po zapełnieniu ich podał mi jedną. - Mógłbyś iść obudzić jego siostrę? Za godzinę ósma, a Ona ma szkołę. - Poprosił. Kiwnąłem krótko głową, mimo wewnętrznych obaw. Ta dziewczyna mnie przerażała.
- Haruhiko... Jak blisko jesteś z Doim? - Zapytał całkowicie niespodziewanie. Opanowałem zdziwienie i starając się nie wykazać żadnej reakcji dalej piłem sok.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Mówiłem wczoraj.
- Jesteś jego nowym chłopakiem? - Na to pytanie zakrztusiłem się, zacząłem kaszleć, a gdy w miarę się opanowałem spojrzałem na starszego mocno szklanymi oczyma.

Doi jest gejem?! Myślałem gwałtownie, patrząc na towarzysza z niedowierzaniem. Przecież to było niemożliwe, już dawno wiedziałby o  tym cały świat. Blondyn był przecież w niesamowicie znanym zespole. Odkaszlnąłem raz jeszcze, wpatrując się dalej w bruneta.
Chciał mnie sprawdzić?
Całkowicie wierzyłem, w to, że niebieskooki nie jest taki. Osoba tak idealna jak on nie mogła mieć tak znaczącej usterki.
-Halo?- Brunet pomachał mi przed oczyma dłonią, uśmiechając się kpiąco.
-Nie, nie jestem. - Burknąłem wstając od stołu. Ryu zdawał się zadowolony z siebie, jednak nie potrafiłem zrozumieć dlaczego.
Ruszyłem spowrotem na piętro, jednak nie do pokoju Doiego, a do pokoju zajmowanego przez jego młodszą siostrę. Wyciągnąłem dłoń by zapukać, jednak zastygłem w bezruchu. Moja dłoń trzęsła się dość zauważalnie. Zacisnąłem mocno palce i zapukałem.
Brak jakiejkolwiek reakcji.
Zapukałem ponownie, a gdy nie usłyszałem jak dziewczyna wstaje wszedłem do środka.Pomieszczenie było w odcieniu purpury. Wisiało na nim wiele plakatów i tablica korkowa. Jednak nie zwróciłem na to większej uwagi. Podszedłem do łóżka, w którym zakopana spała siostra Doiego. Chciałem obudzić ją po imieniu, jednak nagle zdałem sobie sprawę, że nie wiem nawet jak się nazywa. Pokręciłem lekko głową.
- Hej.. Wstawaj.. - Rozkazałem dość głośno. Znowu brak reakcji. - Wstawaj, wstawaj, wstawaj, wstawaj. - Mówiłem szybko. W chwili gdy wyciągnąłem do niej dłoń zdarzyło się coś czego kompletnie się nie spodziewałem.
Dziewczyna gwałtownie otworzyła swoje duże, brązowe oczy, skopała na kąt łóżka kołdrę i mocno kopnęła mnie w brzuch. Działo się to tak szybo, że nie miałem szansy zareagować.
Zgiąłem się w pół, łapiąc się od razu za bolące miejsce. Czarnowłosa nie wyglądała na słabą, wręcz przeciwnie, ale takiej siły się po niej nie spodziewałem. Byłem pewien, że zostanie nietrwały ślad.
- Co ty robisz? -Wrzasnąłem w chwili, gdy popchnęła mnie mocno. Upadłem.
Czarnowłosa szybko usiadła na moich biodrach i ... Zacisnęła dłonie na mojej szyi.  Przestałem się wyrywać patrząc na nią zagubiony.
To przekleństwo- Pomyślałem od razu czując jak z całej swojej siły zaciska dłonie. Gdy uchyliłem usta by krzyknąć, jeszcze bardziej wzmocniła swój uścisk całkowicie odbierając mi oddech. Zacząłem się nieudolnie wyrywać, ale szybko nadchodzące osłabienie przekreśliło moje szanse. Wyciągnąłem ręce przed siebie, które ponownie zaczęły się nieznośnie trząść. Zacisnąłem dłonie na nadgarstkach dziewczyny, jednak ta nie odrywała się ode mnie tak, jakby zależało od tego jej życie. Nawet jeśli przechyliła się, po chwili mocniej zaciskała uda, żebym nie mógł się wyrwać.
-Co się dzieje? - Usłyszałem czyjś krzyk, jednak leżałem tyłem do drzwi i nie widziałem jaka akcja rozgrywa się za mną. Drzwi trzasnęły, a na schodach zaczęły odbijać się szybkie kroki kolejnej osoby.
Moje oczy zaszły lekką mgłą, ale zauważyłem podbiegających mężczyzn. Doi chwycił mocno siostrę i odciągnął ją ode mnie. Ta zaczęła przeraźliwie krzyczeć i machać rękami. Moje za to opadły ciężko na podłogę.
 Nobuyoki schylił się nade mną z przerażeniem.
- Nie zamykaj oczu! - Rozkazał od razu. Chciałem Go posłuchać, ale nawet gdy zacząłem oddychać, czułem, że życiodajnego powietrza wciąż mi brakuje.
-Zostaw mnie! To jego wina! Nie rozumiesz?! Puszczaj idioto! Zabije Go, Zabije! - Wrzeszczała dziewczyna.
Ostatnie co przyuważyłem to drewniana ramka stojąca w koncie biurka.
A w niej zdjęcie.
Doi, jego siostra i chłopak zdumiewająco do niej podobny.
Ich zmarły brat.
______________________
Bardzo króciutki rozdział- Tak wiem , przepraszam. Miałam w tym tygodniu sprawdziany próbne gimnazjalne i nie miałam czasu by przysiąść na dłuższy czas.
Jeśli mam być szczera... Rozdział miał być kompletnie innyXD
Ale tak mnie natchnęło.. Planowałam to zrobić później, ale cóż :3
Pozdrawiam i pokornie proszę o komentarze :)
PS: Trzymajcie się cieplutko! :3 Nawet nie wiecie ile czasu czekałam na śnieg i jaką sprawił mi on radość! ( Pewnie po moich opowiadaniach, zauważyliście moją ogromną miłość do niego, ne X3)

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń