środa, 18 czerwca 2014

Dreamer - Rozdział 26

Po powrocie do domu pierwsze co zrobiłem to wyjąłem schowany dotąd, duży kalendarz ścienny. Był ładny, biało błękitny z różnymi zdjęciami na każdej ze stron. Trzymając go w swoich lekko trzęsących się dłoniach wyszedłem z salonu i po uczynieniu kilku kroków znalazłem się w ciemnej sypialni. Po włączeniu światła okazał mi się pedantycznie czysty pokój i uchylone okno. Trzymany przedmiot rzuciłem na zasłane łóżko i podszedłem do dość starego biurka. W jednej z szuflad znalazłem czerwony flamaster i cienkopis o czarnym tuszu. Usiadłem na łóżku i przysunąłem do siebie kalendarz. Odnalazłem miesiąc luty.
Dzisiejsza data to 10 luty. Szybko przekreśliłem ten dzień iksem po czym przerzuciłem kartkę i spojrzałem na marzec.
Krateczkę z cyferką 27 zamazałem krwiście czerwonym pisakiem. Tego dnia Imada Doi miał pożegnać Japonię, by trzy dni później zacząć kręcenie swojego programu.
Tuż obok zamalowanej kratki napisałem " Doi odchodzi".
*    *    *
Cały ten czas, który nam pozostał był naprawdę zwariowany. Każdą wolną od pracy chwilę spędzaliśmy razem. Doi zabierał mnie w przeróżne miejsca i nie pozwalał myśleć o zbliżającym się rozstaniu. Nie wiedział jednak, że po powrocie do domu siadałem na łóżku i z niepokojem wpatrywałem się w zawieszony na ścianie kalendarz. Z każdą dobą kratek było coraz mniej.
Czas uciekał.
Zyskałem naprawdę wiele wspólnych wspomnień z Doi'm, których nie zamieniłbym na nic innego.
Zdarzało mi się czasem wracać do domu w stanie niemal stuprocentowego zmęczenia. Jego powodem nie były dni spędzone z moim chłopakiem, a świadomość tego, że jest ich coraz mniej. Kładłem się wtedy pod pościelą i kuliłem do pozycji embrionalnej po czym pozwalałem łzą na znaczenie mojej twarzy. Przecież nikt tego nie widział, a ja o dziwo czułem się lepiej.

Pytałem wtedy sam siebie o to dlaczego to wszystko spotyka właśnie mnie. Dlaczego nie mogę po prostu być szczęśliwy u boku ukochanego? Może właśnie dlatego, że był on osobnikiem płci męskiej? Może los nie akceptował związków osób tej samej płci?
Nie rozumiałem tego.

*    *   *
Do dziś pamiętam ostatni dzień, oznaczony jako wspólny czas.
Wstałem z samego rana, stanąłem przy łóżku i podniosłem z podłogi flamaster. Przybliżyłem się do ściany i przekreśliłem datę " 26 marzec". Następnie odsunąłem się od kalendarza i wpatrywałem w swoje dzieło.
Wszystkie wcześniejsze cyfry były przekreślone, zaś następna zamalowana tak bardzo, że nie było widać kształtu kryjącego się pod naniesioną czerwienią.
Upuściłem pisak na ziemie i ściągnąłem ze ściany kalendarz. Zbliżyłem do niego twarz, jakby nie mogąc uwierzyć w widniejący na nim chaos znamień, po czym najzwyczajniej w świecie moje oczy zaszły łzami.
Nie chciałem tego rozstania.
W furii, ale i pełnej świadomości wyrwałem kartkę z ogromnym zdjęciem samotnego drzewa i zacząłem drzeć ją na coraz to mniejsze kawałeczki. Tym razem mimo iż mgła zaszła mi oczy nie pozwoliłem by słone krople opuściły swoje dotychczasowe miejsce. Nie płakałem, nie dziś.
Gdy cała, sporych rozmiarów kartka została zniszczona, a ziemie przyozdobił swego rodzaju dywan z kolorowych skrawków papieru usiadłem na łóżku. Zasłoniłem twarz obiema dłońmi i odetchnąłem głęboko.
To nie koniec! Nie pozwolę na to, by jutro skończyło się wszystko to, nad czym tak długo pracowaliśmy.
Utrzymamy kontakt, będziemy dobrymi przyjaciółmi. Przecież świetnie się dogadywaliśmy.
Podobno rozstanie nie zawsze oznacza koniec, miałem nadzieję, że tym razem stanie się ono nowym początkiem.
Z Doi'm spotkałem się kilka godzin później. Mieliśmy niewiele czasu, ponieważ blondyn z samego rana miał samolot, a nie był jeszcze spakowany. Tuż obok jego nogi dreptała Toi.
Uśmiechnąłem się na ten widok. Jej wyjazd do Londynu nie był możliwy.
Jakiś tydzień wcześniej, nieco niepewnie wyrzuciłem z siebie zdanie, mówiące by została ona ze mną. Blondyn był zdziwiony, ale widziałem na jego twarzy ulgę. Na pewno martwił się tym, że matka odda ją od razu po jego wyjeździe. Ja również odczuwałem ten niepokój. Pokochałem tego niewinnego zwierzaka.

 Przywitaliśmy się jak zwykle -Długim uściskiem, który był naszą tradycją od ponad miesiąca. Miałem wrażenie, że im bliżej byliśmy rozstania, tym bardziej on stawał się czasochłonny. Stojąc na środku ulicy wcale nie przejmowaliśmy się spojrzeniami ludzi, które nie zawsze przekazywały pozytywne emocje. Po prostu cieszyliśmy się z tego, że wciąż jesteśmy ze sobą. Możemy cieszyć się swoim widokiem i dotykiem.
Postanowiliśmy przejść się po mieście. Byliśmy w naprawdę wielu miejscach, które przywoływały najróżniejsze wspomnienia.

Przechodziliśmy nawet przy sklepie, który niegdyś był naszą pierwszą stacją.
Pamiętam ten dzień. Irytacje spowodowaną brakiem samodzielności i ciepły, niepewny głos Doi'ego, który pojawił się jakby znikąd. Moją rezygnacje, która zjawiła się, gdy uświadomiłem sobie kim jest dana osoba.

Imada Doi. Idol większości Azjatek, znany niemal przez wszystkich. Oszałamiający swoim uśmiechem, pewny siebie piosenkarz, który po bliższym poznaniu okazał się naprawdę miłą, ciepłą osobą.
Nie wiem jednak, który moment sprawił, że zaakceptowałem tą gwiazdę. Przecież od zawsze ich nienawidziłem. Uważałem, że ludzie show biznesu są fałszywi, nieczuli na krzywdy innych, skupieni jedynie na sobie.
Nawet teraz odnoszę wrażenie, że Doi jest ich przeciwieństwem, że jest taką... Dobrą owieczką, której talent doprowadził ją na szczyt.
To chyba jego szczerość mnie przekonała. Jego wspaniały uśmiech, którym raczył mnie przy każdej nadarzającej się okazji.
Zawędrowaliśmy także do parku, który ostatnio stał się naszą oazą. Polubiliśmy to miejsce. Było bardzo ciche i puste.
Rozstaliśmy się dopiero wieczorem, obiecując sobie następne spotkanie, które miało być tym ostatnim. Pożegnanie.

Po zatrzaśnięciu za sobą drzwi mieszkania oparłem się o nie i głęboko odetchnąłem. Nie mogłem o tym myśleć, nie dziś.
A jednak. Myślałem cały czas.
Kiedy pół godziny później siedziałem na kanapie, w cichym salonie, ze świadomością, że Doi właśnie pakuje się do wyjazdu przyszedł mi do głowy pomysł. Okropny, naiwny.
Blondyn z pewnością zostałby w Japonii, gdyby coś mi się stało. Wystarczyło by wyjść do łazienki, wziąć tabletki przeciwbólowe, które zostały po moim ostatnim wypadku i popić je wódką. Albo przynieść nóż z kuchni i przejechać nim po nadgarstku. Zrzucić się ze stromych schodów, z balkonu, z okna.
Miałem wiele możliwości, ale w tej samej chwili pojawiła się kolejna myśl.
Jedno słowo.
"Zostań."
Zostałby. Jestem tego pewien, jak niczego innego. Jeśli powiem, żeby został tu ze mną... Zostałby. Dla mnie.
Spojrzałem na Toi, która siedziała tuż przy drzwiach. Nie wyła, nie szczekała. Tak jakby czuła, że od dziś tu właśnie jest jej nowy dom. Jakby ta mała psina wiedziała, że jej właściciel musi na pewien czas wyjechać. Nie zdawała się zdenerwowana, może nieco zdezorientowana.
Przywołałem ją do siebie, na co zamerdała ogonem i podbiegła do kanapy.
Śmieszne. Obaj kochaliśmy tego samego gościa, a mimo to uwielbialiśmy siebie nawzajem.

*      *      *

Dzień wyjazdu Doi'ego był pochmurny. Nie jechałem z nim na lotnisko. Z tamtego miejsca mieli nagrać fragment do serialu, by pokazać jak daleką drogę przebyli by upodobać się widzom.
Spotkaliśmy się na rozstaju dwóch dróg. Było to nieprzyjemne uczucie. Zawsze właśnie tu żegnaliśmy się, gdy Doi odprowadzał mnie do domu. Tym razem było podobnie.
Mieliśmy się rozstać.
Jednak , możliwe było że to nasze ostatnie spotkanie.
Razem przeszliśmy do pobliskiego parku, gdzie wypuściłem pełną entuzjazmu Toi. Biegała w ogół nas, ciesząc się, że widzi mojego chłopaka. Mężczyznę, który za kilka minut miał przestać być Mój. Uświadamiając to sobie poczułem łzy w oczach, dlatego od razu odwróciłem głowę w bok.
- Chyba... Powinniśmy się pożegnać. - Mruknąłem po krótkiej wymianie zdań. To było tak bardzo sztywne i nienaturalne, że nie wierzyłem w prawdziwość tej sytuacji. To nie mogła być prawda. Doi nie mógł mnie zostawić.
-Na pewno to w porządku... Żebym wyjechał? -Zapytał blondyn kładąc dłoń na moim podbródku i odwracając moją twarz w swoją stronę.
- Tak. Rozmawialiśmy o tym. Tak będzie najlepiej. - Odparłem, zbierając w sobie całą siłę.
- Jesteś tego bardziej pewny ode mnie. - Zaśmiał się, głaszcząc kciukiem mój policzek. Nie słysząc odpowiedzi po raz drugi zamknął mnie w ciasnym uścisku. Usłyszałem jak niedaleko nas podjeżdża samochód. Matka Doi'ego miała odwieźć go na lotnisko.
- Wiem, że jest to coś... Co musisz zrobić. - Mruknąłem cicho. Blondyn odsunął się nieco i musnął moje wargi swoimi. Po chwili zamknął je w mocnym pocałunku, który zawierał w sobie tyle delikatności i czułości co żaden inny.
Gdy się od siebie oderwaliśmy przez chwilę jeszcze trwaliśmy w ciszy, ciesząc się ostatnimi chwilami swojej obecności.
-Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował mnie przy sobie, nie wahaj się poprosić. - Doi w końcu zebrał się na odwagę, by zakłócić ciszę. - Wystarczy, że powiesz, żebym przyjechał... Zrobię to. Nawet jeśli dzięki temu wyrzucą mnie z pracy. Nie martw się. Bądź czasem samolubny i myśl o tym, czego potrzebujesz. - Pouczył mnie, ponownie obejmując swoimi ramionami. Poczułem w oczach łzy. Wiedziałem, że tego nie zrobię. Nie Ja jestem najważniejszy, a jego życie i cele. - Nie powiem " Żegnaj", bo wiem, że jeszcze się spotkamy. Mogę ci to nawet obiecać, Haruhiko. Nie wiem czy nastąpi to za kilka miesięcy czy może za kilka lat, ale wiem, że nie jest to koniec naszej historii. - Mówił Doi tuż przy moim uchu, owijając je ciepłym oddechem. Wtulałem twarz w jego szyje nie myśląc nawet o tym by mu przerwać. Chciałem słuchać jego spokojnego głosu. - Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale kocham cię. - Oznajmił, na co zaśmiałem się cicho.
- Ja ciebie też kocham. - Powiedziałem krótko, nie wiedząc co jeszcze mógłbym dodać.
- Doi, chodź już. Spóźnimy się! - Usłyszeliśmy głos pani Imady, który przebił się przez nasze ciche szepty.
- Do zobaczenia, Haru- Chan.  - Mruknął, jednak mimo to się nie odsunął. Ostatni raz złożył na moich ustach delikatny niczym jedwab pocałunek.
- Do zobaczenia, Doi. - Powiedziałem, gdy odsunąłem wargi od niego.

Blondyn nachylił się do czekającej przy nas Toi i pogłaskał ją po głowie, mówiąc by mnie pilnowała. W innej sytuacji z pewnością jego słowa by mnie rozbawiły, jednak nie teraz.
Niebieskooki raz jeszcze przytulił mnie mocno po czym uśmiechnął się lekko.

To był pierwszy raz, kiedy widziałem na jego ustach tak bardzo wymuszony, pełen niepewności uśmiech.

Chwilę później Doi odjechał.
Gdy tylko zniknął z zasięgu mojego wzroku pozwoliłem by długo utrzymywane łzy spłynęły po moich policzkach.

" Kochać to także umieć się roz­stać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zap­rzecze­niem egoiz­mu, za­bor­czości, jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie, jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia, cza­sem wbrew włas­ne­mu."

Doi odszedł i pozostawił po sobie miłość, która na zawsze zajęła część mojego serca.
____________________________________________
To nie koniec! Jeszcze Epilog!
Powyższy pochylony tekst to cytaty Vincent'a Van Gogh'a :)
Soł... Proszę o komentarz, chciałabym usłyszeć wasze emocje po przeczytaniu tego fragmentu :3 Jestem bardzo ciekawa. Do usłyszenia wkrótce, moje słoneczka.
Teraz Hoshi idzie spać, bo na 6:00 do pracy leci.

środa, 11 czerwca 2014

Dreamer- Rozdział 25

               Kolejnego ranka wstałem wyjątkowo późno, właściwie cieszyłem się z tego powodu. Gdybym wstał wcześniej najpewniej zanudziłbym się na śmierć. Tak więc ranek przywitałem blisko godziny jedenastej. Po lekkim śniadaniu ponownie sięgnąłem po przedmiot pozostawiony przez blondyna. Większość piosenek zgranych na mp4 były w języku angielskim, co wyjątkowo mnie dziwiło. Sądziłem, że blondyn mógł umieć posługiwać się tym językiem, co było dla mnie kolejnym znakiem na to, że wyjazd do Londynu jest dla niego wielką szansą.
Mimo to ciężko przyjmowałem świadomość, że więcej go nie zobaczę.
Bo to, że wyjedzie było dla mnie pewne. Nie pozwoliłbym mu zrezygnować z takiej przyszłości, tylko dlatego, że musiałby mnie zostawić.
Obaj znajdziemy nowe miłości. - To właśnie sobie powtarzałem. Bo przecież wiele par rozstaje się przez dzielące je kilometry.

 Może spotkamy się za jakieś dziesięć lat. Obaj będziemy mieć rodziny i będziemy z nimi szczęśliwi. Być może  usiądziemy na ławce w parku i powspominamy czas, który spędziliśmy razem.
Czułem, że nie raz wrócę myślami do okresu, podczas którego byliśmy ze sobą. Jestem wdzięczny za to, ile nowych barw wniósł do mojego życia.
Myślę, że będę go pamiętał, jako osobę, która pomogła mi ponownie zaufać ludziom.
Innym i samemu sobie.

Westchnąłem głęboko czując łzy w oczach. Szybko je przetarłem po czym ułożyłem głowę na poduszce i spróbowałem bardziej skupić się na słowach piosenki, płynącej z słuchawek.
Chwilę później w pokoju pojawiła się kolejna osoba. Spojrzałem na blondyna uśmiechając się lekko. Wciąż wydawał się zmęczony, co mnie zdziwiło. Przecież wrócił do domu dość wcześnie. W każdym razie tak mi się zdawało. Zsunąłem z głowy słuchawki i wyłączyłem płynącą z nich muzykę.
- Jak się czujesz? - Zapytał po krótkim powitaniu. Wzruszyłem ramionami, widząc jak przysuwa krzesło do łóżka, po czym siada na nim. - A boli cię coś?
-Nie, nie boli. Właściwie dobrze się czuje. Chciałbym już stąd wyjść, wrócić do domu. - Mruknąłem, patrząc na niego nieco smutno.
-Wiesz, że to dla twojego dobra. - Odparł głaszcząc mnie po głowie, na co kiwnąłem nią i sięgnąłem po telefon, leżący kawałek dalej. Przysunąłem się bliżej krawędzi łóżka, by bardziej czuć obecność Doi'ego po czym otworzyłem niedawno otrzymaną wiadomość od Yui.
- Masao przyjdzie tu później. - Powiadomiłem mężczyznę, kierując na niego wzrok, ponieważ byłem ciekaw jego reakcji. Starszy posłał mi swój idealnie wyćwiczony uśmiech, który mimo wszystko emanował szczerością.
-Fajnie, dawno jej nie widziałem.
- Ja też, ale Yui spotkała ją rano. Pewnie gdyby nie to w ogóle bym jej nie powiedział, że tu jestem. - Zaśmiałem się cicho, po czym odłożyłem telefon. - Spałeś dobrze? - Rzuciłem mimochodem, chcąc poznać zajęcie, które pochłonęło go na tyle by nie odpoczywać.
- A, właściwie tak. Chociaż krótko, ale to nie ważne. - Odpowiedział wymijająco, po czym zjechał dłonią z mojego ramienia na dłoń i zaczął gładzić ją palcami.
Kiwnąłem głową, siląc się na delikatne wygięcie warg.

*    *    *
      Ze szpitala wyszedłem po kilku dniach. Byłem tym naprawdę zachwycony. Mimo poobijanego ciała czułem się jak nowo narodzony. Dzień wcześniej zadzwoniłem do szefa. O dziwo zgodził się na przesunięcie okresu próbnego w kawiarni.
Zostały mi trzy dni do rozpoczęcia pracy.
Doi odwiedzał mnie w szpitalu codziennie. Bardzo dbał o to bym się nie nudził i by niczego mi nie brakowało. To było naprawdę urzekające.
Mimo wszystko za każdym razem, gdy go widziałem nachodziła mnie myśl, że wkrótce nadejdzie te ostatnie spotkanie. Bo blondyn z dnia na dzień mógł powiadomić mnie o swoim wyjeździe. Miał niewiele czasu do namysłu, ale podejrzewam, że tak samo jak ja znał odpowiedź na propozycje managera.
         Po wyjściu ze szpitala zacząłem żyć całkiem normalnie. Musiałem od czasu do czasu sięgać po leki przeciw bólowe, jednak jak powiadomił mnie lekarz, to było do przewidzenia. Moje ciało nieco ucierpiało, chociaż zadziwiające było dla mnie to, że podczas felernego spotkania najmniej ucierpiała moja twarz.
Miałem naprawdę wielkie szczęście.
W przeciwnym razie nie mógłbym tak szybko rozpocząć pracy.
         Z Yui spotkałem się dobę przed długo wyczekiwanym dniem. Było dość ciepło, przyjemnie. Wychodząc z budynku czułem na sobie promienie wiosennego słońca, które coraz śmielej obejmowało ludzi. Czuć było zbliżające się lato.
Umówiliśmy się w lodziarni niedaleko mojego mieszkania. Oboje ją uwielbialiśmy, często odwiedzaliśmy ją będąc dziećmi. Teraz właściwie wciąż nimi byliśmy, nawet Yui, mimo że niedawno stała się pełnoletnia. Do osiągnięcia tego wieku przeze mnie brakowało jeszcze kilku miesięcy.
Nie lubiłem urodzin, uważałem je za dzień jak każdy inny. Bo co fajnego jest w świętowaniu kolejnej daty zbliżającej nas do śmierci?
Nic.
W każdym razie ja tak sądziłem.
          Gdy doszedłem do kawiarni Yui już na mnie czekała. Siedziała w rogu pomieszczenia i przeglądała menu. Przywitaliśmy się po czym usiadłem naprzeciw niej.
- Ja już wybrałam, twoja kolej. - Podsunęła w moją stronę ogromną książkę, w której na każdej stronie przedstawione było zdjęcie deseru i jego opis. Wybrałem pucharek z lodami o smakach egzotycznych owoców po czym złożyliśmy zamówienie.
Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego celu spotkania, po prostu chcieliśmy spędzić ze sobą kilka chwil. Przecież z rodziny mieliśmy już tylko siebie i ciotkę, która niezbyt przejmowała się tym co się z nami stanie.
Nie miałem jej tego za złe, przecież miała swoje życie.
-Czujesz się już lepiej? - Zapytała mnie siostra, gdy czekaliśmy na  zamówienia. Uśmiechnąłem się lekko czując dziwne ciepło na sercu. To było naprawdę miłe, świadomość, że tyle osób się o mnie martwi.
-Tak, już w porządku. - Odparłem, kierując na nią swój wzrok. Nie byliśmy zbyt podobni do siebie z wyglądu, więc nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś podejrzewał nas o związek.
-  To dobrze...  W ogóle, co tak naprawdę się stało? Kto cię tak urządził? - Dopytywała, poprawiając włosy.
- Nie wiem, nie znam ich... - Mruknąłem spoglądając w stronę kas.
- Ale za co?
-Wiesz... Bo wiedzieli, że jestem gejem i im się to nie spodobało. Tylko niemów Doi'emu, dobrze? Zrobiłby z tego aferę. - Poprosiłem, na co kiwnęła lekko głową. Przypomniało mi się, jak zaledwie dzień wcześniej blondyn próbował wyciągnąć ode mnie więcej informacji dotyczących bandytów.
-Jasne. Chociaż myślę, że skoro... Jest twoim chłopakiem, to powinien wiedzieć...
-To już nieistotne... Nie ważne.
*    *    *
         Gdy w końcu nadszedł następny dzień byłem bardzo podekscytowany. W kawiarni miałem być na siódmą czterdzieści i o dziwo tak też się stało. Całkowicie bezproblemowo. W środku było kilka osób, które wycierały stoliki i przynosiły różne przedmioty z zaplecza, wszedłem tylnym wejściem, a przy drzwiach od razu natknąłem się na swojego nowego szefa.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, najwyraźniej wcześniej wyczekując mojego przyjścia. Zostałem szybko przedstawiony całemu zespołowi i wysłany do szatni, gdzie czekał na mnie typowy strój kelnera. Byłem na to przygotowany, ponieważ widziałem wcześniej współpracowników w takich samych strojach.
Co do współpracowników...
Bałem się, że nie zapamiętam ich imion.
Koki i Sachi będący baristami, Seki stojąca za kasą, Jiro i Kobo zajmujący stanowiska pozostałych kelnerów.
Póki co w kawiarni nie widziałem nikogo więcej.
Po zapoznaniu się ze swoimi obowiązkami oddany zostałem pod skrzydła Kobo. Był on brunetem, wiekiem niesięgającym trzydziestu lat. Był dość wysoki, ale o smukłej sylwetce. Jego skośne, ciemne oczy błyszczały radośnie za każdym razem, gdy tylko ktoś się do niego zwracał. Zdawał się być naprawdę radosną, pomocną osobą.
Mniej pozytywne wrażenie sprawiał drugi z kelnerów. Miał ciemne włosy i pewny siebie wzrok, którym mierzył mnie bardzo przeszywająco.
Mimo to wszystko szło gładko.
        Gdy otworzyliśmy kawiarnie do środka niemal od razu weszły trzy nastolatki. Stałe klientki, o czym natychmiast powiadomił mnie brunet. Po chwili udał się do nich i przyjął zamówienie.
Ten dzień spędziłem głównie na obserwacji, jednak przyjąłem też kilka zamówień. Z zdziwieniem obserwowałem baristów, którzy swoją sztuką zrobili na mnie ogromne wrażenie.
*    *    *
         Na wieczór umówiony byłem z Doi'm.
Idąc w stronę jego osiedla patrzyłem w ciemniejące niebo.
Kochałem to robić. Jednak świadomość, tego jak bardzo jest nieosiągalne była niepokojąca. Niebo było czymś, czego my - ludzie nigdy nie zrozumiemy. Pozostaje nam jedynie podziwianie jego piękna i pozwalanie na zabranie swoich myśli w stronę marzeń.
        Dość szybko znalazłem się pod domem chłopaka i zastukałem do środka. Po chwili drzwi uchylił blondyn.
 Tym razem nasze powitanie wyglądało inaczej. Starszy objął mnie delikatnie i dość długo trzymał w swoich ramionach. Dopiero kiedy odsunąłem się od niego  i ujrzałem jego smutny wzrok zrozumiałem co wpłynęło na jego zachowanie.
-Chodź do środka. - Poprosił, a gdy tylko to zrobiłem zamknął za mną drzwi. - Musimy porozmawiać. - Oznajmił zabierając mnie do salonu. Westchnąłem, pocierając twarz obiema dłońmi. Przecież byłem na to przygotowany.
-Dobra, co jest? - Zapytałem, słysząc jak mówi coś na zupełnie inny temat. Słysząc te słowa odwrócił się w moją stronę. Całym sobą pokazywałem mu, że chcę mieć to już za sobą.
-Wiesz, że mi na tobie zależy, prawda? Kocham cię, ale... - Zaczął. jednak wyraźnie się zawahał. Wbił we mnie swój pewien wątpliwości wzrok.
Widziałem, że walczy sam ze sobą. Chyba dotarło do niego, że może się jeszcze wycofać, obrócić całą powagę sytuacji w żart.
-Ale musisz odejść. - Dokończyłem za niego.
- Przepraszam, Haruhiko.

________________________
Oto i przed ostatni rozdział ;3
Ostatni pojawi się na początku przyszłego tygodnia. Soł...
Proszę o komentarze I O GŁOSY W ANKIECIE! ( Po prawej stronie).

Kocham was misiaczki :*

wtorek, 3 czerwca 2014

Dreamer - Rozdział 24

Będąc nieprzytomnym widziałem ciemność. Czerń, która zalała mój umysł zdawała się dziwnie bliska i znajoma. Tak jakbym został zamknięty w ciemnym pokoju. Znałbym to pomieszczenie, ale jednocześnie nie poruszałbym się w nim tak pewnie jak na co dzień,  przy włączonym świetle.
Dana czerń zdawała się dziwnie przytulna i o dziwo wcale nie dodawała uczucia samotności. Po prostu w tym miejscu byłem sam ze sobą i swoimi myślami. Właściwie to bez myśli. Czułem się tak, jakby ktoś wyłączył moją możliwość tworzenia rozmyśleń.
Niepokojące było też to, że nie czułem swojego ciała. Tak jakby została tylko dusza.
To uczucie było naprawdę ciekawe. Niecodzienne, ale na swój sposób całkiem przyjemne.
W pewnej chwili, niczym dalekie echo zaczęły docierać do mnie strzępki słów. Na początku nie znaczyły one nic, wkrótce jednak zaczęły tworzyć spójne całości.
- Nie powinien już się obudzić? - To było pierwsze,  w pełni usłyszane przeze mnie zdanie. Niestety nie do końca zrozumiałe.
Bodźce docierały do mnie naprawdę powoli. Równie powoli odzyskiwałem zdolność do racjonalnego myślenia.
Czułem na skórze szorstką pościel, zaś w powietrzu unosił się charakterystyczny, świeży zapach pojawiający się po burzy. Kolejnym co poczułem było delikatne ciągnięcie za włosy. Jakby ktoś je przeczesywał.
Zdobyłem się na lekkie uchylenie jednej z powiek. Czułem się naprawdę skołowany, a mój umysł wciąż był uśpiony po wielogodzinnym śnie.
Skupiłem wzrok na blond mężczyźnie, w którym po chwili rozpoznałem Doi'ego. Siedział przy moim łóżku i leniwie bawił się moim rozrzuconymi na poduszce włosami. Jego twarz była zwrócona w stronę sufitu, zaś on sam słuchał słów stojącej niedaleko kobiety.
Mój puls gwałtownie podskoczył, gdy zorientowałem się gdzie jestem.
Białe ściany, biały sufit. Obróciłem lekko głowę, by zobaczyć resztę przestrzeni, jednak wraz z tym ruchem usłyszałem radosne słowa blondyna.
- No nareszcie się wybudziłeś, nawet nie zdajesz sobie sprawy jak nas przestraszyłeś! - Wyznał szczęśliwy. Spojrzałem w jego stronę, po czym dostrzegłem na jego twarzy uśmiech pełen ulgi. Niespełna wybudzony nic nie odpowiedziałem, kontynuując zapoznawanie się z pomieszczeniem, w którym się znalazłem. Przy łóżku w którym leżałem stała niewielka biała szafka, na której znajdował się szklany wazon, zaś w nim kilka czerwonych tulipanów. Na jej klamce powieszona była zielona siatka, z której wystawały kupione przeze mnie gazety.
Spojrzałem za okno, jednak widziałem tam jedynie jasne niebo i zarys kilku budynków. Musieliśmy być naprawdę wysoko.
- Doi, gdzie my jesteśmy? - Zapytałem zachrypniętym głosem, którego nigdy nie nazwał bym własnym. Odkaszlnąłem, patrząc jak Yui uśmiecha się do mnie uspokajająco po czym wychodzi, zostawiając za sobą nie domknięte drzwi.
- W szpitalu.
- Dziwnie tu. - Mruknąłem, czując jak ból powoli zaczyna do mnie docierać. Cały tors i brzuch dokuczały mi przy każdym ruchu. Jednej z rąk w ogóle nie czułem co w tej sytuacji wydawało się aż nadto niepokojące. Słyszałem, że blondyn coś jeszcze mówi, dotykając niepewnie mojego policzka. Stęknąłem, jednak nie poczułem jego dotyku na skórze. Na policzku znajdował się jakiś opatrunek.
Nie myślałem nad tym długo, ponieważ w tej samej chwili do sali wszedł lekarz.
- Mógłbym was prosić, żebyście na chwilę wyszli? Chciałbym zbadać Pana Nakao. - Mruknął znudzonym głosem. Doi od razu wstał, raz jeszcze posłał mi spokojny uśmiech po czym pociągnął stojącą u progu drzwi Yui i zamknął je za nimi.
*    *   *
Wraz z wizytą lekarza dowiedziałem się, że spałem przez dwa dni, mam obite ciało - Co zdążyłem sam zauważyć - I połamane żebra, przez co każdy ruch sprawiał mi niemały ból. Oczywiste było, że najbardziej ucierpiał mój tułów. Ręka również była pełna siniaków i zadrapań, jednak niemal wcale mi nie przeszkadzała.
Widząc wyraz nie zadowolenia na mojej twarzy mężczyzna poprosił pielęgniarkę o podanie mi leków przeciwbólowych po czym przekazał jeszcze kilka informacji i wypytał o powód mojego pobicia.
Z samego początku chciał zgłosić sprawę na policję, jednak dzięki moim błaganiom i tłumaczeniom zgodził się ją zignorować.
Po Jego wyjściu w pokoju pojawili się ponownie Doi i Yui. Dopiero teraz dostrzegłem ich podkrążone oczy i nieco rozczochrane fryzury, czułem się za to winny.
-Wyspałeś się ? - Zapytał blondyn, zajmując miejsce na krześle przy moim posłaniu. Brunetka usiadła w nogach łóżka i uśmiechnęła się do mnie pociesznie.
- A wiesz, że nie bardzo? - Zaśmiałem się cicho, ponieważ mimo przespania ponad czterdziestu ośmiu godzin czułem jakbym nie spał w ogóle.
- Kto ci to zrobił, Haru- Chan? - Dopytywał zaniepokojonym głosem. Odkaszlnąłem wzruszając ramionami. Nie chciałem mu mówić, że spowodowane to było moją powiększającą się, złą sławą. Przecież od początku wiedziałem, że nie wszyscy będą akceptowali moją inność.
- Jacyś pijacy. Co tak cicho siedzisz? - Zapytałem siostry, która wpatrywała się w ekran telefonu, najpewniej oczekując jakiejś wiadomości. Mój chłopak wciąż patrzył na mnie z niepokojem, jednak udawałem, że tego nie widzę.
- A Tak jakoś. - Mruknęła, po czym skierowała na nas swój wzrok. - Wiesz... Zaczęliśmy planować ślub. - Wyznała, zaś na jej policzkach pojawił się delikatny, dziewczęcy rumieniec.
- Wchodzisz za mąż, Yui? - Zapytał zdziwiony mężczyzna, zerkając na nią z zaskoczeniem, ale i domieszką ekscytacji. Czasem opowiadałem mu o swojej siostrze. Nie często, ale jednak. Widać, że informacje o jej narzeczonym przypadkiem pominąłem.
-Tak, za kilka miesięcy. - Odpowiedziała, skupiając się na niebieskookim. Od razu widać było jak dumna jest z tego faktu.
- Super. - Stwierdziłem nieco mniej radośnie.
- Tak, pomyśleliśmy, że najwyższy na to czas. Przecież jesteśmy zaręczeni od ponad pół roku. - Dodała. - Ale nie mogę się zdecydować, gdzie urządzić wesele... A przecież ono musi być. - Oznajmiła, zaciskając dłoń na kołdrze. Kiwnąłem głową, po czym przykryłem się mocniej nakryciem. Ułożyłem się wygodniej, skupiając się na słowach kobiety.
-Oczywiście. - Roześmiał się Doi, sięgając dłonią do mojej ręki.
-Ale dzieci jeszcze nie planujecie, nie? - Zapytałem by się upewnić. Odkąd spędziłem czas z Masao przekonałem się nieco do tych małych istotek. Chociaż sam nie planowałem zostać tatusiem.
- Nie, jeszcze nie. Za młoda jestem, Haru- Chan. - Oznajmiła, patrząc na mnie z pobłażliwym uśmiechem. - Tak w ogóle, dobrze się czujesz? Nawet nie zapytaliśmy...
- Jakby coś go bolało, to już by się skarżył. - Stwierdził Doi, z miną znawcy. Zaśmiałem się, chwytając jego dłoń w swoją.
Jeszcze jakiś czas posiedzieliśmy w trójkę, po czym moja siostra oznajmiła, że się zbiera. Miała dziś spotkanie w klubie malarskim. Po krótkim wyjaśnieniu blondynowi na czym to polega ucałowała mnie w odsłonięty policzek, życzyła szybkiego powrotu do zdrowia i obiecała następne odwiedziny. Kilka sekund później drzwi się za nią zamknęły.
Spojrzałem na odprężonego mężczyznę, po czym posunąłem się delikatnie robiąc mu tym samym miejsce w łóżku.
Z początku Doi nieco się sprzeciwiał, jednak po moich namówieniach zdjął bluzę i usiadł przy mnie. Zdecydowanie mi to pasowało. Odkryłem, że na prawdę lubię czuć jego ciepłą skórę przy sobie.
Sięgnąłem po siatkę z gazetami i oparłem głowę o ramie niebieskookiego.
 -Pokażę Ci coś. - Oznajmiłem pamiętając swoje wcześniejsze postanowienie. Musiałem udowodnić mu, że to ja miałem racje. Odszukałem w magazynie odpowiednią stronę i pokazałem ją Doi'emu. Ten przysunął się jeszcze bliżej, jednocześnie uważając by za bardzo nie napierać na moje poobijane ciało.
- Zdjęcia. - Stwierdził, patrząc na spięte kartki. - Coś z nimi nie tak?
- Nie wierzyłeś mi, że ta babka robi nam zdjęcia. - Przypomniałem odwracając twarz bardziej w jego stronę. Zamiast usłyszeć odpowiedzi poczułem delikatny całus na czole.
- Musisz się przyzwyczaić do tego, że je ci robią. W końcu jesteś moim chłopakiem.
-Ale ty skromny jesteś. - Mruknąłem z uśmiechem, wracając wzrokiem do gazety. Właściwie nie pisało w niej nic, czego już bym nie słyszał. Domysły na mój temat, oskarżenia o wykorzystywanie Doi'ego, ale było również dodane, że może faktycznie jesteśmy ze sobą szczęśliwi.
- Wiem. - Odparł, opierając głowę o poduszkę. - Ile musisz tu zostać?
-Co najmniej cztery dni. Chcą mieć pewność, że nic mi nie jest. - Wyjaśniłem, skupiając się na tekście.
- Wiesz, może... - Zaczął blondyn jednak nie skończył, ponieważ rozdzwonił się jego telefon. Odsunąłem się od mężczyzny, pozwalając mu wstać i podejść do okna, ponieważ to właśnie na jego parapecie leżał przyrząd.
- Tak, słucham? ... Jeszcze nie wiem... Do końca miesiąca... Dobrze, Dowiedzenia. - Szybko zakończył rozmowę. Spojrzałem na niego podejrzliwie oczekując wyjaśnienia, krótka wymiana zdań wydała mi się naprawdę dziwna.
 Blondyn z powrotem usiadł przy mnie, po czym pozwolił bym raz jeszcze oparł się o jego ramie. Starałem się nie wykonywać zbyt wielu ruchów, ponieważ mimo leków przeciwbólowych ciało wciąż mnie nieco bolało.
- Kto to? - Udałem obojętność chociaż tak naprawdę byłem tego niezmiernie ciekawy.
- Menager.
- A po co? - Dopytałem jeszcze bardziej zaintrygowany. Wiedziałem, że Doi póki co wciąż musi utrzymywać z nim kontakt. Niebieskie oczy spojrzały na mnie z powątpiewaniem, po czym usłyszałem ciche westchnięcie.
- Ostatnio... Dostałem propozycję uczestnictwa w programie rozrywkowym. - Wyznał, na co złożyłem magazyn i odsunąłem go od siebie. Znacznie ciekawsze było słuchanie spokojnego, teraz również niepewnego głosu blondyna.
- Fajnie. -Uśmiechnąłem się do niego, jednak on nie odwzajemnił gestu. - Nie fajnie?
- Muszę odmówić... - Wyjaśnił swoją niezadowoloną minę. Pamiętałem, że kilka miesięcy temu starszy wyjawił mi, że chciałby wziąć w takim przedsięwzięciu udział, dlatego też nie rozumiałem dlaczego nie chce zaakceptować tej szansy.
- Dlaczego? - Zapytałem patrząc na niego nierozumnym wzrokiem.
-Byłby kręcony w Londynie. Musiałbym się tam wyprowadzić. - Oznajmił. Między nami zapadła chwila ciszy. Próbowałem zrozumieć słowa blondyna, które nagle zdawały się brzmieć całkowicie bezsensu. - Musiałbym Cię zostawić. Na początku myślałem, że mógłbyś pojechać ze mną...
- Wiesz, że nie zostawię Yui ani Kochiko. - Stwierdziłem szybko. - Poza tym mam tu rodziców i dziadków.
- Właśnie w tym problem. W tym, że wiem to aż za dobrze. Dlatego..
- Doi. - Przerwałem mu skupiając na sobie jego wzrok. - Jeśli chcesz... Możesz pojechać. Nie chcę cię ograniczać, trzymać w złotej klatce. - Burknąłem patrząc mu w oczy. Wiedziałem, że to nie o to chodziło w związku. Mimo, że to była moja pierwsza miłość... To rozumiałem jej znaczenie. Chciałem uszczęśliwiać Imade, nawet jeśli znaczyłoby to związek na odległość.
- Haru.. Możliwe, że jeśli wyjadę już stamtąd nie wrócę. - Powiedział ciszej. Spuściłem głowę, patrząc szeroko otwartymi oczyma w nieskazitelnie białą pościel.
- C-Co? Nigdy? - Jęknąłem nie mogąc w to uwierzyć. To znaczyło by nie związek na odległość, a jego całkowity koniec.
- Możliwe, że nigdy. - Powtórzył. - Kontrakt jest pięcioletni. Jeśli miałbym tu przyjechać, to najwcześniej za pięć lat. Dlatego zrezygnuję. - Stwierdził, ostatnie zdanie wypowiadając nadzwyczaj pewnym swego głosem. Szkoda tylko, że mi tej pewności brakowało.
- Zastanów się jeszcze nad tym... Drugiej takiej szansy możesz nie dostać. - Poprosiłem, unosząc głowę.
-Tak... - Westchnął, skupiając wzrok na magazynie. - Co tam jeszcze ciekawego pisze? - Zapytał, próbując się uśmiechnąć. Tym razem ten gest nie wyszedł zbyt szczery.
- Hm... - Zamyśliłem się otwierając gazetę na przypadkowej stronie. Potrzebowałem oderwać się od wcześniejszej myśli. -  Date Ochiyo dostała nową rolę.
*    *    *
-Doi...Nie śpij. - Zaśmiałem się, gdy poczułem jak ciało blondyna staje się coraz bardziej rozluźnione. Ten od razu rozchylił przymknięte powieki i skierował na mnie rozkojarzone spojrzenie. Byłem pewny, że nie spał zbyt wiele, gdy byłem nieprzytomny.
Wiem, że zabrzmi to samolubnie. Jednak to było całkiem przyjemne. Świadomość, że ktoś tak bardzo się o ciebie martwi, że przestaje przejmować się własnymi potrzebami.
-Nie śpię! - Oznajmił donośnie, przecierając zamglone oczy.
- Śpisz. Idź już do domu. I tak za pół godziny kończą się odwiedziny. - Popchnąłem Go w ramie, by wstał, co też niechętnie zrobił. Poprawił uchyloną kołdrę po czym wbił we mnie swój wzrok.
- A Ty co będziesz robił? - Zapytał, uśmiechając się do mnie. Po chwili podszedł do uchylonego niedawno okna i zamknął je całkowicie.
-Znajdę sobie zajęcie. Nie martw się. - Wtuliłem głowę w poduszkę.
- Poczekaj... - Mruknął podchodząc do przewieszonej przez krzesło kurtki. Zaczął przeszukiwać jej kieszenie po czym z uśmiechem wrócił do łóżka i wyciągnął do mnie otwartą dłoń. Na niej leżało czarno-białe urządzenie, dookoła którego zawinięte były słuchawki. - Proszę, żebyś się nie nudził.
- Mp4? - Spróbowałem się upewnić. Blondyn nachylił się nade mną i przejechał palcem po płaskich klawiszach.
- Tak. Możesz posłuchać muzyki. Tutaj włączasz. - Pokazał mi boczny guzik. - A tutaj przełączasz. Reszty się domyślisz. - Oznajmił odsuwając się. W mojej dłoni zostawił odtwarzacz.
- Na pewno mogę pożyczyć?
- Tak, jasne. - Upewnił mnie, przeczesując palcami pasma włosów. Ostatni raz nachylił się i złożył na moich ustach  bardzo delikatny pocałunek, uważając by nie naruszyć rozciętej wargi.
- Dobranoc, Haru. - Pożegnał się jeszcze.  - Napiszę ci sms'a jak będę w domu. - Dodał, wiedząc  o co zamierzam prosić. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Dobranoc, Doi.
*    *    *
Gdy blondyn wyszedł od razu usiadłem wygodniej i uruchomiłem urządzenie. Idąc za jego wskazówkami włączyłem jedną z ponad trzystu set piosenek.


Hej.
Wszystkie łzy spływają tak samo,
Wszyscy tak czujemy deszcz.
Nie umiemy się zmienić

Gdziekolwiek idziemy
Poszukujemy słońca,
Nie mamy miejsca, aby się zestarzeć
Zawsze jesteśmy w biegu
Mówią że zgnijemy w piekle
Choć nie sądzę by tak się stało
Wystarczająco nas napiętnowali
Odebrali nam prawo do miłości.
Jesteśmy wyjęci spod prawa miłości.
_________________________________________________________________________________
Powyższa piosenka jest jedną z moich ulubionych :) Adam Lambert - Outlawes Of Love. Mam nadzieję, że zrozumiecie co chcę nią przekazać i dostrzeżecie, że faktycznie nakrywa się z sytuacją z opowiadania <3

Rozdział jest. Wedle obietnicy :D
Wgl. Dziś zauważyłam, że cztery ( właściwie już pięć) dni temu minął rok odkąd zaczęłam pisać Marzyciela... Szybko zleciało, co nie ?:D
To...
Ostatnio było 15... To teraz

Dodacie 20 komentarz, a następnego dnia ( Po dwudziestym komentarzu) będzie rozdział :3
Miłej nocy skarbeńki. :3

niedziela, 1 czerwca 2014

Dreamer - Rozdział 23


            Następny ranek przywitał mnie niepokojąco szybko. Obudziłem się przed godziną dziewiątą, co jeszcze niedawno było dla mnie zadaniem niemal niewykonalnym. Przeciągnąłem się i po chwili zastygłem z rękami wyciągniętymi w dwie przeciwne strony. Przegryzłem wargę od razu przypominając sobie ostatnie wydarzenia. Czułem się całkowicie wyczerpany psychicznie. Te wszystkie sytuacje to za dużo, jak na przeciętny umysł dziewiętnastolatka. Ale... To chyba koniec.
         Zazwyczaj siadałem na łóżku i planowałem co powinienem zrobić w najbliższym czasie. Tym razem ogarnęło mnie dziwne, aczkolwiek przyjemne uczucie odprężenia. Wreszcie mogłem wrócić do miarowego biegu życia. Przecież nie musiałem martwić się już o dziadków, rodziców, Yui czy Doi'ego.
Wszystko stało się tak wspaniale proste, że wybuchłem niezmiernie radosnym śmiechem, zawierającym w sobie wiele ulgi.
Wreszcie wszystko było tak jak powinno.
Wstałem z posłania i skierowałem się w stronę łazienki. Po chwili namysłu postanowiłem odwiedzić cmentarz. Ostatnim razem byłem tam przed opieką nad Masao.
 Dawno.
*    *    *
           Ze spokojem patrzyłem w niebo, które chyba nigdy wcześniej nie wydawało mi się tak piękne. Podziwiałem każdą białą chmurę, która wędrowała po nim. Kompletnie nie przejmowałem się zdziwionymi spojrzeniami, jakimi raczyli mnie przechodnie. Mogłem wyglądać nieco niepokojąco, ale co z tego?
Wreszcie byłem całkowicie wolny od prześladujących mnie demonów.
Stało się to o czym marzyłem od dłuższego czasu.
         Schyliłem głowę i spojrzałem na zegarek, zajmujący miejsce na moim bladym nadgarstku. Była dwunasta.
Wcześniej zadzwoniłem do niedawno odnalezionej kawiarni i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Kelner.
Wydawało mi się to pracą przyjemną i niemniej ważną od innych.
Na kelnera zawsze się czeka, wręcz się go wyczekuje. Może on poprawić humor choćby jednym, przyjaznym uśmiechem. Dodać otuchy do dalszej pracy, która nie zawsze bywa równie prosta. Tak właśnie postrzegałem to stanowisko i jak najbardziej podobała mi się możliwość zajęcia go.
            Niestety moje myśli zeszły na mniej przyjemny temat. Dotarłem do opuszczonego cmentarza, który w świetle wiosennego słońca zdawał się całkiem przyjaznym i zadbanym miejscem. Przy niemal każdym z nagrobków stały sztuczne kwiaty czy palące się kadzidełka.
 Ze smutkiem patrzałem na niektóre, te zapomniane groby, przy których najpewniej nie było nikogo od bardzo dawna.
Naszło mnie dziwne wrażenie, świadomość, że i ze mną może się tak kiedyś stać. Zostanę pochowany pod rodzinnym nagrobkiem, wciąż będę miał jakieś miejsce, jednak mało kto będzie pamiętał o moim istnieniu. Niewielu wspomni zagubionego chłopaka zrodzonego z prostytutki i  nikomu nieznanego biznesmena. Dziadków już nie będzie, Doiego nie będzie, Yui nie będzie.
Przełknąłem ciężko ślinę, stając przed odpowiednim nagrobkiem. Złożyłem ręce do modlitwy, którą recytowałem w myślach mechanicznie.

Co jeśli umrę jako ostatni? Jeśli będę musiał uczestniczyć w pogrzebie siostry i mojego chłopaka? Nie chcę tak. Nie chcę żyć ze świadomością, że oni odeszli.
Będę wtedy całkowicie sam.

W końcu usiadłem na niewielkiej ławeczce i zacząłem wpatrywać się w grobowiec.
Przecież nie musiałem myśleć o śmierci już teraz, z pewnością będę miał więcej okazji, by martwić się co będzie potem.

Chwilę potem zacząłem tworzyć w głowie monolog kierowany do rodziców. Mówiłem o wszystkim, jak zwykle ciężko znosząc brak ich odpowiedzi. Tęskniłem za ojcem i mimo wszystko za matką również. Nie potrafiłem zrozumieć, czemu postanowiła umrzeć, ale mimo to ją kochałem. Przecież przez wiele lat to właśnie ona była przy moim boku.
Chyba w końcu dojrzałem do tego, by jej wybaczyć.
Nie zapomnę, ani nie zrozumiem, ale wybaczę to, że nas opuściła. Mnie i Yui.

Ponownie tego dnia spojrzałem w niebo, widząc na nim ciemne, niepokojące chmury. Za to właśnie nie lubiłem Japonii, deszcz odwiedzał nas zbyt często.
Powiodłem wzrokiem za jedną z dekoracji nieba myśląc co Doi mógłby robić. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie swoje własne stwierdzenie.
"Gdziekolwiek nie będziemy niebo zawsze będzie nas łączyło. "
W tej chwili ono nas łączy.
Nie mówiłem mu o moich staraniach o pracę. To nie tak, że nie było ku temu okazji... Po prostu wolałem powiadomić go po fakcie. Przecież to nic złego.
*   *    *
Po wejściu do kawiarni przywitało mnie przyjemnie, ciepłe wnętrze, w którym królowały różne odcienie koloru kawy. Uśmiechnąłem się lekko do stojącej za blatem blondynki, zaś po zamienieniu z nią kilku słów znalazłem się przed drzwiami osobnego gabinetu. W każdym razie tak mi się wydawało, ponieważ idąc za wskazówkami kobiety trafiłem tutaj. Przed ciemne, zadbane drzwi. Uderzyłem w nie kilka razy po czym, zaproszony przez mało znany mi głos wszedłem do środka.
Wewnątrz było... Przeciętnie. Wiele papierów, segregatorów, kilka pootwieranych kartonów.
-Dzień dobry. - Uśmiechnąłem się lekko do wstającego z obszernego fotelu mężczyzny. On powtórzył mój gest wyciągając do mnie gładką, zadbaną dłoń.

*   *   *

             Po wyjściu z kawiarni od razu zadzwoniłem do Yui. Nie chciałem by ponownie dowiadywała się czegoś od osób trzecich. Z drugiej strony chciałem zadzwonić do mojego chłopaka. Stwierdziłem jednak, że to nie jest rozmowa na telefon. Przecież On nie wiedział nawet o tym, że staram się o jakąś pracę. Postanowiłem więc odwiedzić Go w domu. Zazwyczaj był tam sam z matką, więc nie wydawało mi się, by moje odwiedziny były niewłaściwe. Najwyżej Go nie spotkam.
- Cześć, Haru-Chan! - Wykrzyknęła radośnie moja siostra, śmiejąc się po chwili. Zrobiłem to samo, jednak nieco ciszej, ponieważ nie chciałem by ktoś z mojej niewielkiej publiczności to usłyszał. Ulice były całkowicie puste. Pewnie większość mieszkańców wciąż była w pracy.
-Cześć, siostrzyczko. - Odpowiedziałem, wciąż nosząc uśmiech na ustach. Spojrzałem na swój cień, który był coraz mniej widoczny. Słońce chowało się za chmurami. Poczułem nawet pierwsze krople deszczu na skórze. Były niewielkie i niezbyt częste, ale wyczuwalne.
- Z jaką wiadomością dzwonisz?-  Zapytała, najwyraźniej wyczekując wiadomości na temat mojej pracy. Dzień wcześniej wyjawiłem jej swoje plany.
-Dobrą. Za trzy dni zaczynam coś w rodzaju... Okresu próbnego. Jeśli się sprawdzę to przyjmą mnie na stałe. - Wyjawiłem zauważając wsłuchującą się w moje słowa kobietę. Nieco zmieszany odwróciłem wzrok prosto na stoisko pełne różnego typu gazet. Na kilku z nich była uśmiechnięta buźka Doi'ego, która wywoływała we mnie naprawdę ciepłe uczucia. Bez wahania wszedłem pod daszek sklepiku i zacząłem szukać najbardziej interesującego mnie tematu, drukowanego przy zdjęciach blondyna.
- Brawo! To świetne, cieszę się, braciszku.
-Ja też. - Odparłem, wybierając spośród zbioru dwie gazety. Jedną nieco starszą, stawiającą pytanie dlaczego Doi odszedł z zespołu, zaś drugą ze zdjęciem moim i chłopaka, podczas wycieczki z dziadkami. To właściwie kupiłem tylko dla mojej satysfakcji, ponieważ ostrzegałem wtedy blondyna, że ktoś dziwny nas śledzi. On mimo to ciągle zaprzeczał i mówił, że jestem przewrażliwiony. Jakiś fragment mnie kazał mu udowodnić swoją rację.
-To wszystko, Proszę Pana? - Zapytała sprzedawczyni po skasowaniu obydwóch magazynów.
- Tak, dziękuję. - Posłałem staruszce uśmiech, po czym chwyciłem siatkę w dłoń i wyszedłem na coraz gęściej padający deszcz. - Co u ciebie? - Zapytałem już siostry, schodząc z nią na mniej ciekawe tematy. Rozmawialiśmy głównie o przyziemnych rzeczach. Yui dużo mówiła o swoim chłopaku i o ich wspólnym życiu. Słyszałem to już setki razy, ale z grzeczności udawałem, że wszystko jest tak samo ekscytujące jak tydzień temu.
-Coraz bardziej przerywa. - Stwierdziła po jakimś czasie.
-Bo pada. - Odburknąłem patrząc w ciemne już niebo. Ulice były właściwie puste. Niektóre sklepy były jeszcze otwarte, jednak większość szykowała się do zamknięcia. Poprawiłem bluzę po czym skręciłem uliczkę, by skrótem dotrzeć pod dom Doi'ego. Zostało mi jeszcze jakieś dwadzieścia minut drogi.
- Brawo, Haru. Tylko ty chodzisz w deszczu po dworze.
- Masz rację. - Zaśmiałem się, rozglądając wokół. Za mną szło jeszcze kilku mężczyzn. Miałem wrażenie, że zbliżają się coraz bardziej, co jak sądziłem, było spowodowane moim nieśpiesznym chodem.
- Głupku. Dobra, idę zrobić kolacje, Jun za chwilę wróci z pracy. Chcę mu zrobić niespodziankę.
- Dobrze. Powodzenia.
- Papa, Haru-Chan. - Pożegnała się zaś po otrzymaniu odpowiedzi rozłączyła się. Uśmiechnąłem się lekko, poprawiając zarzucony na głowę kaptur. Schowałem telefon do kieszeni i w tej samej chwili usłyszałem pewne niepokojące stwierdzenie.
- Ty... To faktycznie ten pedał.- Roześmiał się ktoś znajdujący się niebezpiecznie blisko mnie. Moim największym błędem było to, że zamiast uciekać zacząłem zastanawiać się, czy to może o mnie chodzić. Rozmyślenia te zajęły wystarczająco dużo czasu, by jeden z dryblasów podbiegł do mnie i łapiąc za ramie odwrócił w swoją stronę. Zdążyłem jedynie dostrzec jedną z blizn na jego twarzy, ponieważ po chwili zamachnął się i zaciśniętą pięścią uderzył mnie w szczękę. Cios był na tyle silny by powalić mnie na mokry asfalt. Poczułem pojawiające się w oczach łzy i okropny ból.
Wytarłem krew z warg i podniosłem się na łokciu niepewnie zerkając do góry.
- Co robisz, Cioto? Nie pozwoliłem ci wstawać. - Oznajmił spokojnym głosem. Tak skupiłem się na jego ruchach, że nie dostrzegłem jak jeden z jego znajomych podszedł bliżej. Ten sam facet z rozmachem kopnął mnie w brzuch. Nie jeden raz, ponieważ wraz z pierwszym nastała seria ostrych kopnięć. W brzuch, ramie, żebra czy uda. Wszędzie gdzie tylko miał dojście. Dołączyła do niego kolejna osoba, która dotąd stała z tyłu. Jej uderzenia okazały się najbardziej bolesne.
 Trwało to przerażająco długo, zaś każdy "dotyk" na moim ciele odbierał mi siły i zdrowe zmysły.
Bałem się.
Skuliłem się mocno, zasłaniając ramionami twarz.
Zacisnąłem mocno wargi, przegryzając je aż do krwi. Nie chciałem by mój pełen cierpienia głos dał im satysfakcje.
- Zero zabawy. Nawet się nie rusza. - Warknął w końcu jeden z nich. Po jakiś dziesięciu minutach moich męk, kiedy to już nie potrafiłem otworzyć oczu ani tym bardziej odróżnić do kogo należał głos.
- I  dobrze, ich powinno się wybić. - Mruknął inny. Poczułem ostatnie, odbierające oddech kopnięcie po czym odeszli.
W pierwszej chwili sądziłem, że to moja wyobraźnia jawi mi tak spokojną wizję. Ale nie, oni na prawdę odeszli.
Uchyliłem ciężko jedną z powiek i spróbowałem się podnieść. Te czynności tak mnie wyczerpały, że po chwili opadłem na ziemię, nieprzytomny.

________________________
Cóż... Przepraszam za tak długą przerwę...Nie udało mi się wszystkich przedmiotów poprawić.. Ale większość! Najpewniej będę pisała poprawkę z Geografii...

Wracając! Podejrzewam, że może wam się nie podobać ten rozdział.. Ale no.. .Proszę o komentarze <3
Zrobimy tak :D
Gdy pod rozdziałem pojawi się 15 (tak, tym razem 15) komentarzy ... Następnego dnia dodam notkę :D

Kocham was, moje słoneczka :*

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń