poniedziałek, 8 grudnia 2014

Stay - Rozdział 5


Tajemnica dotycząca urodzin Kobo powoli odbiegała w przeszłość. Nie myślałem o tym co się stało, nie chodziło o to bym zapomniał o swoim małym grzechu. Po prostu nie miałem wystarczająco dużo czasu by przejąć się ostatnimi wydarzeniami. Moje myśli tak naprawdę wciąż były utkwione w przeszłości, nie tak odległej - mogłoby się zdawać. Pierwsza miłość po prostu nie chciała opuścić mojej głowy. Minęły dwa lata, nie spotkaliśmy się więcej, a mimo to, gdzieś w moim sercu wciąż tkwiły wątpliwości.
Podobno każdy z nas ma na świecie osobę, która jest mu przeznaczona. Często napełniał mnie swojego rodzaju strach, ze to może z Doi'm jesteśmy powiązani ta słynną, niewidzialna dla naszych oczu, czerwona niteczka.
Nie chciałem myśleć o jakichkolwiek nowych, długich relacjach. Wystarczał mi Kobo, który był moim przyjacielem i jednocześnie kochankiem.
Dlatego tez telefon od Hideki' ego nie był dla mnie jakiś szczególnym przełomem, ani sytuacją, której wyczekiwałem.
 Teraz trwając w połączeniu z mężczyzną nie odczuwałem jakiś szczególnych emocji.
-Zgadłeś. - Głos przemówił ponownie. Zdusiłem w sobie ciężkie westchnienie, po czym oddaliłem się od palety pełnej najróżniejszych barw, które komponowały się ze sobą - moim zdaniem-  perfekcyjnie. Wyszedłem z dużej sali, której jedyne ozdoby stanowiły kwiaty oraz porozwieszane płótna i przystanąłem na schodku czując na twarzy zimne, wiosenne powietrze. Odsunałem się nieco od masywnych drzwi zastanawiając się co mógłbym odpowiedzieć.
- Dlaczego dzwonisz?
- Nie cieszysz się, maleńki? - Zapytał, a ja oczyma wyobraźni niemal widziałem jak ze swoją nonszalancką postawą opiera się o jakąś ścianę, czy też zakłada nogę na nogę siedząc na biurowym fotelu.
- Nie sądziłem, ze zadzwonisz. - Odparłem nieco niezręcznie. Miałem ochotę powtórzyć pytanie, jednak zawachałem się.  Władcza postawa mężczyzny zdawałaby się tego nie zaakceptować.
- A jednak. Pomyślałem, ze może zechciałby mnie odwiedzić.
-W wiadomym celu. - Dopowiedziałem. Prawdą było, że nie lubiłem sypiać dwa razy z ta sama osoba, jednak z drugiej strony, gdybym nie chciał by Hideki zadzwonił to tak naprawdę nie pozwoliłbym mu zdobyć mojego numeru.. - Dlaczego nie...
- Świetnie,w takim razie wyślę Ci mój adres.
*    *     *
Z Hiedekim umówiłem się na następny dzień ze względu na brak czasu.
Trwał piątek, kiedy to wyszedłem z pracowni malarskiej i żwawym krokiem ruszyłem w stronę kawiarni, w której pracowałem. Na dworzu lekko kropił deszcz, jednak większość Japończyków była do tego przyzwyczajona.
Wiosna po prostu nie lubi Japonii.
Po dotarciu do miejsca zatrudnienia założyłem swój stały strój roboczy i spojrzałem na szafkę Kobo. Mężczyzna z pewnością już był. Nasza rutyna stało się to, ze zawsze przychodził niewiele przede mną.
Wyszedłem z szatni witając się z resztą naszej nielicznej brygady i zacząłem krążyć miedzy stolikami. Nie było pusto, wręcz przeciwnie. W niewielkim pomieszczeniu zgromadziła się spora ilość klientów. Pewnie przez płacz nieba czy też aniołów.
Sam czułem się dziś wyjątkowo dobrze.
Dzień zacząłem dość pozytywnie nie myśląc ani przez chwile o stracie swojej miłości.
Coś podpowiadało mi, że będzie to dobra doba.
Sądziłem tak dopóki jedni z ostatnich klientów nie znaleźli się w pomieszczniu.
Była to grupa nastolatków, najpewniej należących do jakiegoś wspólnego klubu, ponieważ nie wyglądali na bliskich przyjaciół. Mogli mieć około szesnastu lat, a każdy z nich zdawał się być skrajnie inna osoba.
-Zanieś kartę, dzieciaku. - Poinstruował  mnie brązowo włosy pracownik będący jednocześnie moim najlepszym - Na równi z Toi- Przyjacielem.
Podniosłem dwie zszyte książeczki zapełnione zdjęciami i opisami następnie ruszając w stronę zajętego stołu przy którym siedziała garstka nastolatków.
-Witajcie w Coffee Paradise. - Powiedziałem przybierając na twarz idealnie wyćwiczony uśmiech.
Gdzieś przemknęła mi myśl, że robię to samo, co jak niegdyś sądziłem robi Doi.
Nie, nie robi. Blondyn ze swoim promiennym wygięciem warg jest najszczerszą osobą, która kiedykolwiek chodziła po ziemi.
Naiwny anioł ściągnięty do naszego świata.
-  To są karty dla was. - Położyłem wspomniane przedmioty na stół przed dzieciakami.
 Do grupki zaliczały się trzy dziewczyny i dwójka chłopaków. Wszyscy byli w granatowych, szkolnych mundurkach, jednak miałem wrażenie, że potrafię przejrzeć styl każdego z nich poprzez naszyjniki, rzemyki czy też pieszczochy. Kiedy wszyscy zwrócili wzrok w moją stronę chciałem odejść, jednak coś mi nie pozwalało.
Ciemny, smutny wzrok jednej z dziewcząt. Wbity w moja twarz i dziwnie szydzący. Tak jakby jego właścicielka chciała powiedzieć '' Spójrz na siebie, na to kim teraz jesteś. ''  Tak jakby chciała dać mi do zrozumienia, ze zna mnie na wylot i jestem jej zdaniem nikim. Na chwile przestałem oddychać doskonale wiedząc kim jest dana dziewczyna.
- Wszystko w porządku? Zbladłeś. - Zauważył Kobo, który znikąd pojawił się przy stoliku. Spojrzał przepraszająco na wszystkich zebranych, którzy z niepokojem wpatrywali sie w nasze twarze.
Moją przestraszoną i zszokowaną jak również cichej nastolatki, która aż zionęła nienawiścią i pogardą.
-Dobrze. - Odparłem cicho zrywając kontakt wzrokowy. - Przepraszam. - Dodałem kierując swoje słowa do zaniepokojonych nastolatków. - Powiedzcie, gdy będziecie gotowi złożyć zamówienie. - Poprosiłem niemal nieświadomie wypowiadając słowa po czym odszedłem czując na ramieniu uścisk cieplej dłoni bruneta.
-Co jest? Źle się czujesz? Kim była to dziewczyna?- Dopytywał prowadząc mnie w stronę jednego z baristów. Spojrzałem za siebie, jednak w tej chwili nie było nikogo do obsłużenia.
- Słabo mi się zrobiło, ale już jest ok. - Mruknałem nie chcąc więcej tłumaczyć. Wpatrywałem się w nieświadomego bruneta, który z przejęciem tłumaczył sytuacje Koki. Zerknałem również na Seki, która wepchneła mi szklankę do dłoni, po czym wróciła za kasę.  - Jest w porządku, niech ktoś pomoże Sachi' emu, bo sam musi chodzić po sali... - Mruknałem nieswojo czując się w centrum uwagi. Gdy inni zajęć byli histerią dotyczącą mojego wyimaginowego przemęczania się westchnąłem upijając łyk wody. Po chwili uśmiechnąłem się z wdzięcznością do przyjmując pieniądze szatynki.
-Zrób sobie chwile przerwy. - Zasugerował Jiro, który do tej chwili pochłonięty był przygotowywaniem kawy. Pokręciłem głową, sygnalizując, ze takowej nie potrzebuje.
Nigdy nie lubiliśmy się z tym mężczyzna. Jego wiek był najbardziej zbliżony do mojego, jednak mimo to czułem się przez cały czas oceniany.
Szybko się ogarnąłem i wróciłem do gości. Minąłem sie z Sachim, który od dłuższego czasu przechadzał się po sali wyczekując jakiegoś polecenia. W tej chwili zaczął sprzątać zwolniony stolik, zaś ja ruszyłem do grupki nastolatków, pośród których od dłuższej chwili panowała cisza. Wziąłem głęboki oddech, zastanawiając się czy Kobo mógłby mnie wręczyć, jednak ten wciąż pochłonięty był cichym szeptem wymienianym z towarzyszką.
- Zdecydowaliście się już? - Zapytałem ponownie czując na sobie wzrok siostry Doi' ego. Wyjąłem z kieszeni podręczny notesik zapisując na nim niemal dziesięć pozycji po czym skłoniłem się lekko i ruszyłem do baristów. Podałem im jedna z list zaś druga zaniosłem do dwóch kobiet zajmujących się wyrobem deserów.
I naprawdę nie przesadzałem sądząc, ze po powrocie do obowiązków bez przerwy czułem na sobie wzrok młodszej siostry mojego byłego chłopaka.
*    *    *
Kawiarnie zamkneliśmy dokładnie o dziewiętnastej. Po posprzątaniu i przebraniu się ruszyliśmy z Kobo i Sachi na piątkowy podbój miasta. W okolicy było już nieco szaro, zaś latarnie świeciły się dodając miastu swego rodzaju czaru. Ludzie wciąż kręcili się miedzy alejkami jednak nie zwracaliśmy na nich uwagi.
Niedługo później znaleźliśmy się w jednym z droższych, ale należącym do ulubionych Kobo, klubie. Miał w sobie coś, co przyciągało co weekend wielu gości. Po obietnicy, ze będę trzymał się starszych i kontrolował pity alkohol weszliśmy do środka. Mój wzrok od razu powędrował w stronę baru, jednak mimo moich intencji zaczęliśmy przepychać się niedaleko miejsca dla VIP' ów by dotrzeć do stolika zajmowanego przez znajomych naszej koleżanki. Po szybkim przedstawieniu się ruszyłem wraz z młodym chłopakiem po alkohol. Był jedynie kilka centymetrów wyższy ode mnie, jego ciemne włosy były krotko przystrzyżone, zaś oczy czujnie mierzyły otaczających nas, pochłoniętych tańcem ludzi. Nie mógłbyć ode mnie starszy o więcej niż trzy lata.
Kiedy dotarliśmy do baru niosłem w sobie wrażenie, że będzie to świetny wieczór.
Chyba nie mogło być bardziej mylne.
*    *    *
Czułem jak chaotycznie składane pocałunki na mojej szyi pną się coraz wyżej i wyżej podczas gdy wargi drobnej, krótko ściętej dziewczyny miażdżyły moje własne w mocnym pocałunku.
Kochałem ten stan bycia uwiezionym pomiędzy dwoma ciałami.
Oderwałem się od ust dziewczyny, chichocząc w pijackim amoku, kiedy moja broda została pociągnięta w górę by wyższy ode mnie mężczyzna mógł również zasmakować pocałunku ze mną. Był inny niż ten wcześniejszy, bardziej zaborczy i agresywny.
Oboje byli obcokrajowcami i zdawali się być dobrymi przyjaciółmi co w tej chwili zdawało się być dla mnie czymś absurdalnym.
- What's your name? - Zapytała dziewczyna z nieznanym mi akcentem. Schyliła się mocno, przez co jej piersi zderzyły się z moim torsem.  Chwile zajęło mi pojecie tego, ze pytanie zostało skierowane do mnie. Dłonie mężczyzny zsunęły się na moje biodra, zaś muśnięcia warg spowrotem skierowały się w dół, podczas gdy otarł się o moje pośladki.
-It's a secret. - Odparłem, niepewny czy dobrze złożyłem zdanie. Kobieta zdawała się jednak wiedzieć co mam na myśli. Pociągnęła moje dłonie w swoja stronę śmiejąc się do mężczyzny stojącego za mną. Mój wzok mimowolnie spotkał karcące spojrzenie Kobo, rzucane w moja stronę.
Nie puszczaj się na prawo i lewo - Przypomniałem sobie jego słowa, jednak nie sądziłem, żebym faktycznie to robił.
Już chciałem zaproponować im bardziej ustronne miejsce, kiedy mój nadgarstek został pochwycony przez silną, lekko opaloną dłoń, zaś ja zostałem wyrwany ze swojego małego, pijackiego raju.
Potknąłem sie po chwili lądując w ramionach nowoprzybyłego. Podniosłem głowę by okrzyczeć Kobo jednak w tej samej chwili moje zamglone oczy spotkały się z pięknymi, niebiesko-szarymi tęczówkami, które zwykłem widzieć przez kamerkę internetowa.
- Doi. - Wychrypałem zaciskając pięści na koszuli mojego byłego chłopaka, który stał przede mna i ze swoim zmartwionym, rozczarowanym wzrokiem zdawał się być bardziej realny niż kiedykolwiek wcześniej.

sobota, 8 listopada 2014

Stay - Rozdział 4

Westchnąłem drżąco obejmując palcami nadgarstek drugiej ręki. Ból, który się pojawił jedynie upewniał mnie co do realności tej sytuacji. Podniosłem wzrok na ekran widząc okno komunikatora. Doi patrzył na mnie nie przerywanie idealnie oddając przy tym swoje emocje; Zmartwienie, złość czy też frustracje spowodowaną brakiem kontroli.
Odkąd blondyn nie mieszkał w pobliżu Otemachi wszystko w jego życiu było proste. Nie było mnie, co równało się z tym, że nikt nie zatajał przed nim prawdy.
Nie wiedziałem co mam powiedzieć. Byłem świadom jedynie tego, że prawda nie może wyjść na jaw. Blondyn znienawidziłby mnie, ale czy... Tak nie byłoby lepiej?
Zakończylibyśmy tą chorą, łączącą nas relacje.
Doi poświęciłby się całkowicie Colin'owi i karierze, zaś ja...
 Może wreszcie udałoby mi się odkochać? Może po tych dwóch, męczących latach rozłąki mógłbym ponownie stać się sobą?
Dwa lata. Dwa cholerne lata przepełnione głupimi staraniami, paniką i łzami- Wszystko tylko po to by zapomnieć o krótkim, dziecinnym romansie.
To Twoja wina, Doi.
Ponieważ to właśnie ty mnie oswoiłeś i pozwolileś poczuć się ważnym i kochanym.
- Daj mi spokój, to nie twoja sprawa. - Warknąłem gwałtownie, nie mogąc znieść już przeszywającego wzroku Doi'ego. Cicho stęknąłem orientując się, że właśnie te niemal nie świadomie wypowiedziane słowa podjęły za mnie decyzje o tym jak potoczy się ta rozmowa.
- Nie moja sprawa? Jestem jedną z niewielu osób, które interesuje twoje życie. Nie sądzisz, że zasługuję na jakieś wyjaśnienia? - Zapytał mrużąc oczy. W tej chwili wyglądał na naprawdę niezadowolonego. Uroczy, spokojny charakter  Doiego zniknął ustępując miejsca złości. W normalnych okolicznościach najprawdopodobniej byłbym zszokowany, jednak teraz nawet nie zaprzątałem sobie tym głowy.
-Nikt cię o to nie prosi. Nie musisz się mną już opiekować. Jestem  dorosły, poradzę sobie sam.
- Dopiero co skończyłeś dwadzieścia lat! ( W Japonii osoba uznana jest za pełnoletnią po skończeniu wspomnianego wieku . Dop. Autora)
-Ale od dawna radzę sobie bez Ciebie, bez Yui, rodziców czy innych bezwartościowych ludzi! - Krzyknąłem czując jak wściekłość wypełnia moje ciało.
- Uważasz, że jestem bezwartościowy? - Dopytywał przybliżając się nieco do kamery. Zmarszczył brwi wyczekując mojej odpowiedzi. Tak samo jak przy wcześniejszych wypowiedziach kompletnie nie myślałem o tym co mówię. Może gdybym poświęcił na to choć kilka sekund to... Doszedłbym do wniosku ,że zachowuje się niewłaściwie i nie wdzięcznie. Przecież były chłopak zrobił dla mnie naprawdę wiele. Dał mi szansę na nowe, lepsze życie, którą i tak zmarnowałem.
W tamtej chwili myślałem tylko o jednym.
O tym, że TO trzeba po prostu zakończyć.
- Spójrz trzeźwo. Jesteś tylko kolejną, wykreowaną przez sławę postacią. Jesteś sztuczny, nieprawdziwy i nieszczery. - Odparłem wiedząc dobrze, że żadne z tych słów nie ma pokrycia z rzeczywistością. Mimo wszystko blondyn wyglądał na przejętego i zranionego.
-Po prostu powiedz co Ci się stało i wstań. - Mruknął nie tracąc swojej zaciętości. - I tak jestem niemal na drugim końcu świata, nic ci nie zrobię. Nawet nie mogę cię dotknąć.
-I tak jesteś na drugim końcu świata- zacytowałem słowa wypowiedziane przed sekundą - Więc jakie znaczenie ma to czy będziesz wiedział, czy nie? - Prychnąłem czując łzy pod powiekami.
Dlaczego on nie mógł po prostu odpuścić? Rozłączyć się i odejść z mojego życia raz na zawsze?
-Dla mnie ma to duże znaczenie. Przecież wiesz. - Mruknął ciszej. Przeczesał blond kosmyki swoimi długimi palcami. Nawet ten gest zdawał się być przepełniony zdenerwowaniem. Wątpię jednak by domyślał się prawdy o moich ranach. Przecież świat, w którym się znalazłem był dla niego całkowicie obcy. Przecież miał mnie za kogoś innego, niż ten którym się stałem.
Bo Doi wciąż żył przeszłością, tak jakby myślał, że w ten sposób zatrzyma pędzący czas.
Westchnąłem głęboko, po chwili cichnąc. Chcąc nieco ochłonąć uciekłem wzrokiem od postaci mężczyzny do drzwi znajdujących się w przeciwległej ścianie mojego domu. Słyszałem jak pazury Toi raz po raz uderzają o panele podłogowe. Została zwabiona przez moje głośne aczkolwiek bezsensowne krzyki.

Dlaczego nie możemy zakończyć tej znajomości w zgodzie i spokoju?
- Myślę, że powinienem się rozłączyć. - wyjawiłem część swoich myśli, po czym nie widząc żadnych przeciw wskazań ( Bo przecież mój były chłopak faktycznie znajdował się na drugim końcu świata) ułożyłem tablet na stercie przeróżnych książek, które zniosłem z okolicznych bibliotek i wstałem. Odsunąłem się nieco i rozluźniłem dłonie zaciskające się na kocu, który miękko wylądował na bordowym dywanie.
Oczy o błękitno- szarych tęczówkach rozszerzyły się w szoku. Cóż, sam chciał otrzymać wgląd na moje ciało, które wcale nie wyglądało tak źle jakby mogło się zdawać.
Niestety miałem na sobie luźną bokserkę, która tylko odsłaniała wystające obojczyki i blade ramiona. Jedna z rąk nie wyglądała dobrze, ponieważ nieco powyżej zgięcia łokcia widniała długa bruzda, stworzona, kiedy Hideki pociągnął mnie w stronę ściany nieco zaniedbanego budynku. Rana była raczej płytka i niespecjalnie krwawiła, jednak była widoczna. Na drugim ramieniu odbił się odcisk palców mężczyzny. Długimi kosmykami włosów zasłoniłem szyję i kark, ponieważ pamiętałem, że w którymś miejscu znalazły się  również zęby nieznajomego.
Podniosłem oczy na starszego, by zobaczyć jego reakcje. Widziałem jak jego policzki nieco czerwienieją, zaś wzrok nie opuszcza mojego ciała. Tak jakbym miał za moment upaść i już nigdy się nie podnieść.
-Kto ci to zrobił? Znów zostałeś pobity? Powinieneś wyprowadzić się w bezpieczniejsze miejsce! - Krzyczał, a ja nie miałem ochoty uświadomić ci do błędu. Niech myśli, że padłem ofiarą jakiegoś ulicznego rabusia. Po co go uświadamiać?
Mój głupiutki, naiwny Doi. Jestem pewien, że gdybyśmy mieli się więcej nie spotkać to takim właśnie był go zapamiętał.
- Wiem. Słyszałeś co powiedziałem?
-Że musisz się rozłączyć. Śpieszysz się gdzieś? W ogóle byłeś z tym u lekarza? Powinieneś nałożyć bandaż na tą ranę.
-Doi... Nie jestem z nikim umówiony, ale myślę, że powinniśmy zrobić sobie przerwę od rozmów. Robimy to co tydzień od dwóch lat. Jaki w tym sens? Doi.. To boli... - Wytłumaczyłem, słysząc jak w oddali dzwoni telefon blondyna.
Niestety po chwili przestał, a my całkowicie nieświadomi wiadomości, którą Doi miał dostać od menagera trwaliśmy w ciszy.
Nieświadomi również tego, że gdybym dał mu choć chwilę na odebranie połączenia... Nasze życie potoczyłoby się inaczej.
Wszystko stałoby się łatwiejsze.
Jednak zamiast tego usiadłem spowrotem na obrotowym krześle i tłumiąc nachalne łzy uśmiechnąłem się delikatnie.
Bo wiedziałem, że blondyn właśnie takim lubi mnie najbardziej. Uśmiechniętym i szczęśliwym. Przynajmniej jedną z tych cech mogłem zrealizować sądząc, że to ostatnie pożegnanie.
Wyciągnąłem rękę i ignorując krzyk mojego byłego chłopaka " Nie rób tego!", opuszkiem palca dotknąłem niewielkiej czerwonej ikonki.
Śmieszne- Wystarczyło tylko delikatne muśnięcie by zakończyć naszą znajomość.
*    *    *
 - Co zrobiłeś?! - Wrzeszczał mój przyjaciel stojąc nade mną. Ze zdenerwowaniem odłożył małego psiaka na ziemie i szybkim krokiem podszedł do łóżka, na którym leżałem.
Od ostatniej rozmowy z Doim minął tydzień. Długi, zapełniony depresyjnymi myślami tydzień. Dopiero po upływie tego czasu odważyłem się wyjawić zmartwionemu Kobo powód mojego deszczowego humoru.
Dlaczego akurat deszczowego? Przecież deszcz składa się z maleńkich, zimnych kropel spadających z nieba. To nic złego, a jednak kojarzy mi się ze smutkiem. Smutkiem i samotnością jak również długimi wieczorami spędzonymi w ciemnym pokoju naprzeciw okna.
- Zerwałem naszą znajomość. - Powtórzyłem fragment swojego wcześniejszego monologu, który miał na celu przybliżenie brunetowi naszej sytuacji.
Naszej. Jakie okropne określenie.
Sytuacji mojej i Doi'ego, który nie był już elementem potrzebnym do utworzenia określenia " My", bo nas po prostu już nie było. Przestaliśmy istnieć jako osoby związane ze sobą.
- Haru, wybacz, ale jesteś największym idiotą jakiego świat widział. Jak mogłeś to zrobić?! Przecież jesteście dla siebie srworzeni! Przecież wszystko miało się ułożyć!
- Tylko ty w to wierzyłeś.
- Nie denerwuj mnie, słonko. - Wysyczał głosem przepełnionym jadem. Wstałem z łóżka udając, że chcę wyjść do kuchni po kolejną porcję herbaty. Tak naprawdę bałem się wybuchu Kobo, który w chwilach złości bywał całkowicie nieobliczalny.
W tej samej chwili poczułem uścisk na ramieniu. Skrzywiłem się nieco czując jak palce mężczyzny naciskają na ranę ukrytą pod obszerną bluzą. - Masz to naprawić. - Powiedział już nieco spokojniej, nawet z nutką troski i szczerej nadziei w głosie. - I przestań puszczać się na prawo i lewo. - Dodał nieco ciszej doskonale będąc świadom powodu mojej zbolałej miny.
- Sam też ze mną sypiasz. -Przypomniałem mu.
-Ale ja mam do tego prawo. Nie jestem pierwszym- lepszym napotkanym facetem, a twoim przyjacielem. Zobaczysz, któryś z twoich jedno nocnych kochanków zrobi ci krzywdę, a ty wtedy wspomnisz moje słowa i to jaki jestem dla ciebie delikatny. - Wyjaśnił w ostatniej części nie próbując nawet ukryć uśmiechu.
*    *    *

-Nałóż więcej błękitu. - Poradziła moja siostra wychylając się zza swojej palety, na której ( w kontraście z moją) królowały jasne, letnie odcienie.
- Nie lepiej fiołkowego? - Zapytałem odsuwając się nieco od płótna by móc podziwiać niemal skończony obraz z dalszej odległości.
-Masz racje Picasso. - Wyznała kobieta klepiąc mnie po ramieniu, abym ponownie podszedł do pracy.
Nie pamiętam już dnia, kiedy Yui pierwszy raz wyciągnęła mnie na swoje ukochane zajęcia.
Byłem wtedy w lekkiej depresji po pierwszej stracie Doi'ego i chciałem odnaleźć coś, co choć nieco uspokoi moje serce.
I pomyśleć, że wtedy tak bardzo nie chciałem, by odszedł, a teraz sam to na nim wymusiłem.
Po raz kolejny przeciągnąłem pędzlem po materiale, w tym samym czasie słysząc typowy dla mojego telefonu dzwonek. Westchnąłem cicho karcąc siebie w myślach, za to, że nie pomyślałem o wyłączeniu go.
Wysunąłem telefon z kieszeni mocno przylegających do nóg spodni i zerknąłem na ekran, od razu przesądzajac o tym, że najprawdopodobniej dzwoni Kobo. Tak jednak nie było,  co dziwne połączenie pochodziło z urządzenia, którego numer nie został przeze mnie zapisany.
- Słucham? - Mruknąłem razu po odebraniu. Odłożyłem pędzlem do kubka z wodą wyczekujac pierwszych słów rozmówcy.
Witaj, piękny. - Usłyszałem po chwili, od razu próbując przypasowoć głos do twarzy, co było dość trudne. Wiedziałem, że już kiedyś go usłyszałem, ale nie byłem pewny kiedy i w jakiej sytuacji. Po chwili jednak postanowiłem zaryzykować, wymawiając imię jedynej osoby, która mogłaby w tej chwili zadzwonić.
-Hideki?
__________________________________________

Awenir: Hoshi! Wreszcie odzyskałaś laptopa?
Hoshi:Nie...
Awenir :Jak to? To dlaczego piszesz?
Hoshi: Postawilam przy nim czerwony krzyżyk kupiłam klawiaturę do tableta... ( która nie ma polskich znaków!!! :( )
Mam nadzieje, ze ten mini dialog wyjaśni moje położenie ^^
muszę wam powiedzieć, że okropnie pisze mi się bez laptopa... Każde słowo musze poprawiać po trzy razy, przez co przestaje widzieć sens w zdaniu...
no nie ważne..
 Kocham was i czekam na komentarze :*

sobota, 20 września 2014

infoooo

Nie mam siły nawet o tym mówić ... po raz kolejny wina leży wmoi najtańszym laptopie świata.
Tym razem sytuacja wygląda tak :  przy każdym najmniejszym ruchu coś w boku laptopa dymi. DOSLOWNIE DYMI.
Jakieś spięcie, coś pali się w środku.
Mam tam rozdział... spróbuję włączyć laptop i zgrać na pedrive, choć nie ukrywam -boję się pożaru,  nie znam nawet numeru na straż pożarną...
 Mimo to spróbuję zgrać rozdział i dodać go w bibliotece.
Jeśli się nie uda to oddam laptopa do naprawy, jednak dopiero około 1 października...
na asku będę odpisywać (tablet)
Kocham was , przepraszam.
♥♥♥

niedziela, 31 sierpnia 2014

Stay - Rozdział 3

Sobota. Mimo wszystko kochałem soboty. Niczym spragniony weekendu nastolatek wyczekiwałem tego dnia, a przecież nastolatkiem już nie byłem. Ostatni dzień tygodnia zawsze wydawał mi się najlepszym. Nie musiałem z samego rana wstawać do pracy i całą dobę mogłem zaplanować sobie całkowicie sam. Nie potrzebowałem do tego zgody opiekunów ani szefa, nie musiałem o niczym informować Yui, która jeździła w każdej wolnej chwili do rodziców Jun'a.
W pewnym sensie jej tego zazdrościłem. Tego, że zdobyła nową, być może lepszą od poprzedniej rodzinę.
Przeciągnąłem się, biorąc głęboki wdech. Usłyszałem zniecierpliwiony chód w pokoju obok więc niewiele myśląc wyszedłem z sypialni by chwilę później stanąć oko w oko z Kobo.
-Chodźmy staruszku. - Mruknąłem wychodząc z mieszkania i nasłuchując  czy dzisiejszy solenizant podąża za mną.
- Jestem tylko dwa lata starszy. - Burknął, jednak doskonale widziałem pełen samozadowolenia uśmiech widniejący na jego twarzy. Czerpał satysfakcję z tego, że pod wieloma względami jest ode mnie bardziej doświadczony. To ja byłem tym, który potrzebował jego rad czy ramienia, by wylać słone łzy.
  Po wyjściu z kamienicy mogliśmy wsiąść w stojący na uboczu samochód należący do mojego przyjaciela, jednak nie zrobiliśmy tego świadomi, że bar do którego zmierzaliśmy jest tylko kilka uliczek dalej. Wybraliśmy spokojny spacer zamiast jazdy w dusznym po deszczu pojeździe.
-Kobo! Haruhiko! - Usłyszeliśmy za sobą wesoły głos, który kazał nam zastanowić się nad trzeźwością jego właściciela. Brunet idący przy mnie zaprzestał opowieści o przyjeździe swojej siostry, jednak mimo to nie zdążyliśmy się obrócić. Ciężkie ciało Wataru spadło na nas niczym z nieba, co najpewniej było spowodowane jego wysokim wzrostem. Mimo to poczułem jak zafarbowane na głęboką czerwień włosy muskają moją twarz.
-Idioto! Miałeś nie pić, dopóki się nie spotkamy! - Wrzasnął zirytowany Kobo, jednak wiedziałem, że za chwilę jego złość minie. Przecież uwielbiał tego dryblasa- byli najlepszymi przyjaciółmi od rozpoczęcia gimnazjum.
-Byłem zbyt podekscytowany. - Wyznał. - Zresztą Iku też piła i to więcej ode mnie! - Dodał jakby ten fakt był najbardziej znaczący. Uśmiechnąłem się lekko, dopiero teraz dostrzegając, że wspomniana dwudziestojedno latka zrównała z nami kroku, idąc po mojej prawej stronie.
-Mieliśmy spotkać się w barze. - Mruknął zaskoczony brunet przeczesując palcami bujną czuprynę. Czerwonowłosy zaśmiał się jedynie, mówiąc coś o zbiegu okoliczności.
*   *   *

W niskim budynku będącym naszym celem było naprawdę dużo ludzi, wiedziałem, że większość z nich to kumple Kobo, co dodatkowo mnie dołowało. Ja miałem jego, Doi'ego i Kochiko, zaś brunet miał znajomych na pęczki. Wszyscy wraz ze mną przyszli świętować urodziny mojego przyjaciela.
Choć czy faktycznie łączyła nas przyjaźń? Nasz warunek był prosty- Dać sobie przyjemność bez żadnych większych zobowiązań, a jednak... Polubiłem go na tyle by nazwać kimś więcej niż tylko współpracownikiem. Ta świadomość wcale mi nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, napawała dumą.
Spojrzałem kontem oka na Kobo, który stał niedaleko śmiejąc się z garstką nieznanych mi ludzi. Ja zaś wiernie trzymałem się Wataru, sącząc błękitnego drinka, którego nazwy nawet nie pamiętałem. Nie dociekałem, wystarczyły mi słowa czerwonowłosego, który chwile temu z zaangażowaniem tłumaczył mi dlaczego muszę spróbować tego napoju.
Cóż, nieco przesadził mówiąc, że to najlepszy alkohol świata, jednak nie przeczyłem, że znajduje się w czołówce. Już chciałem mu to powiedzieć, jednak gdy się obróciłem dojrzałem przy przeciwległej ścianie nieznajomego mi mężczyznę rozmawiającego z jakąś starszą od niego dziewczyną.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wbijany we mnie wzrok. Z tej odległości wydziałem jedynie że jest wysoki i ma dość krótkie, bardzo ciemne włosy. Skupiłem wzrok na jego wargach, po których wolno sunął językiem patrząc prosto na mnie. Uśmiechnąłem się, próbując ukryć zadowolenie po czym puściłem mu tzw. oczko i skierowałem wzrok na czerwonowłosego.
-Nie nazwałbym go ósmym cudem świata, ale faktycznie jest bardzo dobry. - Mruknąłem do stojącego za barem Wataru, który dorabiał sobie jako barman od przeszło pół roku. Słysząc moje słowa prychnął tak głośno, że usłyszałem to mimo ogłuszającej muzyki.
-A ten? - Zapytał podsuwając mi porcje innego alkoholu.
- Bawimy się w testera? - Zaśmiałem się lekko, obejmując naczynie dłonią. Po chwili zimne szkło spotkało moje rozgrzane wargi. Obróciłem się z powrotem, szukając wzrokiem nieznajomego, który zdążył mnie zaintrygować. Stał, możnaby pomyśleć, że w tym samym miejscu. Czując na sobie mój wzrok, spojrzał w  moje oczy i wyginając wargi w kuszącym uśmiechu przechylił głowę kiwając w stronę niemal niezauważalnych drzwi z napisem " wyjście ewakuacyjne". Kiwnąłem lekko głową i szybko wypiłem drinka do końca.
- Poprzedni był lepszy. - Wyznałem, wstając z miejsca. Czułem na sobie palący wzrok nieznajomego. - Do zobaczenia, Wataru. - Mruknąłem, nawet na niego nie patrząc. Zabrałem skórzaną kurtkę i pognałem w stronę drzwi. W połowie drogi poczułem czyjąś dłoń w dole pleców, jednak zignorowałem ją wiedząc do kogo należy.
Z klubu wyszliśmy popchnięci przez tłum bezimiennych ludzi. Od razu dopadliśmy do siebie znacząc swoje ciała palącym dotykiem. W tym ciemnym zaułku byliśmy całkowicie sami, podejrzewam, że nikt nawet nie zauważył naszego wyjścia.
Poczułem jak duża dłoń ciemnowłosego wplata się w moje włosy, po czym ciągnie je tak bym ze stęknięciem odchylił głowę do tyłu. Szorstkie usta od razu ściśle przyległy do mojej szyi, zostawiając na niej zaczerwienione ślady znaczące o obecności warg nieznajomego.
Szybko oklasowałem go spojrzeniem spod przymrużonych oczu. Mężczyzna nie miał więcej niż trzydzieści lat. Był wysportowany, jednak nie przesadnie napakowany. Jego skóra była blada, zaś oczy miały nieco przerażający, szarawy odcień.
Zacisnąłem dłonie na ramionach mężczyzny, nieumyślnie drapiąc jego skórę niemal do krwi. Dłoń puściła moje lekko falowane włosy, po czym wraz z drugą wślizgnęła się pod przylegającą do ciała koszulkę i spoczęła na mojej tali. Mocne szarpnięcie przyciągnęło mnie jeszcze bliżej czarnowłosego, który silnie odciągnął mnie od drzwi. Westchnąłem, gdy dłonie zjechały niżej, prosto na moje pośladki. Ściskały je mocno, jakby ich właściciel chciał mi dać do zrozumienia, że dzisiejszego wieczoru należę wyłącznie do niego.
W następnej chwili jego smukłe, długie palce zakleszczyły się na moich nadgarstkach, które od razu zostały przyciśnięte do chropowatej powierzchni ściany. Jęknąłem czując jak ta ociera mi skórę na dłoniach. Mężczyzna wsunął kolano między moje nogi ocierając je o krocze w symulującym ruchu. Usta wyższego zsunęły się na moją szczękę, momentami drapiąc ją zębami. Zjeżdżał niżej i niżej, wciąż mocno trzymając mnie w jednej pozycji co było dość trudne, kiedy przez ogarniającą mnie przyjemność starałem się otrzeć o niego czy wygiąć ciało w kierunku jego dotyku.
Naprawdę był silny. Podejrzewałem, że przez to na moim ciele pozostanie wiele ran i siniaków.
Czarnowłosy złożył ostatnią malinkę nad moim obojczykiem po czym przełożył moje dłonie do jednej ręki zaś drugą szarpnął za pasek należących do mnie spodni.
-Weź mnie mocno. - Sapnąłem czując jak jego dłoń ociera się o mojego penisa, okrytego materiałem bokserek.
- Skoro tego pragniesz... -Szepnął zniżonym głosem posiadającym lekką chrypę. Najprawdopodobniej nie stronił od papierosów, jednak w tej chwili nie miałem ochoty o tym myśleć. Puścił moje dłonie, gwałtownie obracając mnie twarzą do ściany. Zaś następnie zacisnął zęby na moim karku.
 Podejrzewałem, że na długo zostanie tam ślad.

Po chwili moje spodnie wraz z bokserkami zostały zsunięte na łydki.
Mężczyzna odsunął się na chwilę, ułamek sekundy. Słyszałem dźwięk odpinanego zamka i muzykę, która zajmowała towarzystwo znajdujące się w budynku, o który opierałem dłonie.
Moje biodra zostały pociągnięte do tyłu zaś w następnym momencie poczułem jak penis nieznajomego gwałtownie, boleśnie wsuwa się do mojego wnętrza. Jednym płynnym ruchem znalazł się w środku, zaś przykry dyskomfort szybko znikł.
Jęknąłem głośno czując, jak niemal od razu uderza w ten jeden, specyficzny punkt. Zaczął szybko poruszać biodrami, mocno trzymając mnie w jednej pozycji.
- Szybciej. - Jęknąłem, odchylając głowę mocno do tyłu. Poczułem jego usta na swoich odkrytych ramionach. Moje drżące jęki mieszały się z jego sapnięciami, aż do chwili kiedy doszedłem brudząc ścianę naprzeciw mnie. Starszy wykonał jeszcze kilka mocnych pchnięć po czym zrobił to samo, jednak głęboko w moim ciele.
Gdy tylko mnie puścił upadłem na ziemie, ponieważ drżące kolana nie były w stanie utrzymać mojego ciała. Kontem oka widziałem jak zdejmuje prezerwatywę po czym odrzuca ją w stronę śmietników.
Byłem mu niewyobrażalnie wdzięczny, za to, że pomyślał o zabezpieczeniu. Nie chciałem uprawiać seksu bez niego, jednak po wyjściu na zimne powietrze nawet nie upewniałem się, czy czarnowłosy pomyślał o konsekwencjach naszych planów.
Najwyżej mimo wszystko pozostał przy zdrowych zmysłach.
- Jak się nazywasz? - Zapytał poprawiając swój strój. Niechętnie wstałem podpierając się ściany, po czy zacząłem na nowo się ubierać. Właściwie to tylko dolną część garderoby.
-Haruhiko. - Odpowiedziałem w międzyczasie.
-Wezmę twój numer od Kobo, teraz nie mam telefonu. Trzymaj się. - Mruknął, patrząc na moje poczynania z uśmiechem pełnym zadowolenia.
-Czekaj! - Krzyknąłem widząc jak odwraca się w stronę wejścia do klubu. - Powiedz mi swoje imię.  - Rozkazałem opierając się o ścianę.
 Zdecydowanie byłem usatysfakcjonowany przyjemnie spędzonym wieczorem.
-Hideki. - Odparł, poprawiając wygniecioną koszule. - Napisze w tygodniu. - Dodał jeszcze pchając drzwi. Po chwili czarnowłosy zniknął z moich oczu.
 Byłem jednak pewny, że nie na długo.

*   *    *
-Helo! - Krzyknął Doi w tej samej chwili pojawiając się na ekranie tableta opartego o stos książek. Poprawiłem koc, pod którym ukrywałem wielokrotnie naznaczone ciało po czym uśmiechnąłem się szeroko.
-Cześć, Doi. - Czułem jak na moje policzki wkrada się lekki rumieniec, kiedy tylko zobaczyłem jego lśniące, błękitno szare oczy. Przez jakieś dwadzieścia minut rozmawialiśmy głównie na tematy przyziemne. Jak praca, co porabiał,  jak się ma jego chłopak ( Który jak się okazało, również siedział w sypialni i wsłuchiwał się w mój głos.) Śmialiśmy się z Toi, która spała na fotelu za mną i delikatnie, nieświadomie przebierała łapami; rozmawialiśmy o nowym zespole, który wszedł na scenę w ubiegły poniedziałek.
Wszystko było dobrze, do czasu kiedy nie sięgnąłem po herbatę. Upiłem niewielki łyk ciepłego naparu, patrząc jak z twarzy Doi'ego gwałtownie spływa uśmiech.
- Poczekaj chwilę. - Mruknął podnosząc laptopa. - Zaraz wrócę. - Rzucił do Colin'a, który zajęty telewizorem nawet nie przejął się zmianą w jego nastroju. Po raz kolejny napiłem się malinowej herbaty, widząc jak tło blondyna się zmienia. Wyszedł z sypialni i usiadł na kanapie w salonie.
-Co jest? -Zapytałem wciąż szczelnie okrywając się narzutą.
- Haruhiko... - Pierwszy raz usłyszałem swoje pełne imię z jego ust, co sprawiło, że poczułem się niewyobrażalnie niezręcznie. - Wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważny, prawda? - Rozpoczął swój monolog. Słysząc jego poważny ton i widząc złość na twarzy od razu odłożyłem błękitny kubek. - Zależy mi na tobie i mimo dzielącej nas odległości chcę wiedzieć jak się masz. - Dodał biorąc głęboki wdech. - I wiesz, że gdyby ktoś Cię zranił, skrzywdził... Niewiele myśląc wsiadłbym do pierwszego samolotu kierującego się do Japonii by zabić tą osobę. - Zakończył wplątując palce we włosy. - Więc powiedz mi, proszę... Kto tak pokaleczył twoje dłonie? Ktoś cię pobił? Zostaw ten cholerny koc i wstań, żebym mógł zobaczyć czy nic ci nie jest.
Poczułem jak po moim ciele przepływa stado zimnych dreszczy. Otworzyłem szeroko oczy niemal plując sobie w brodę, za nie dopilnowanie swojej tajemnicy. Spojrzałem na jedną z dłoni przełykając głośno ślinę.
Wierzch ręki był cały podrapany, zaś nadgarstek fioletowy od siniaków, które zdobiły go z każdej strony. Wewnętrzna część nie wyglądała lepiej- Skaleczenia zdobiły niemal każdy fragment skóry.
Podniosłem przestraszony wzrok prosto na oczy Doi'ego.
Pierwszy raz od dłuższego czasu nie wiedziałem, co powiedzieć.
____________________
Teraz pasuje tu tylko : Ciąg dalszy nastąpi.
Nie sądzicie? :3

Idę spać, pamiętajcie by nakarmić Awenir.
Dobranoc :*
Kocham was
Ah! Jeszcze coś. Jutro wieczorem uzupełnię skrót fabuły w spisie treści. ;)

sobota, 9 sierpnia 2014

Stay - Rozdział 2

Nie lubiłem wracać do własnego mieszkania. Uważałem je za małe i ciasne. Farby znaczące ściany już dawno wyblakły, zaś meble zostały poobcierane. Denerwowało mnie to, coś w moim umyśle stale podpowiadało mi, że to nigdy nie będzie moje miejsce. Śmieszne. Mieszkam tu od ponad czterech lat, a pomieszczenia wciąż nie potrafiły przywitać mnie nieco bardzie optymistycznie.
-Toi! Przyniosłem ci ciastka! - Krzyknąłem u progu drzwi wejściowych. Właściwie nie musiałem tak bardzo podnosić głosu ponieważ psiak liczący sobie nieco ponad dwa lata już czaił się za kątem i wyczekiwał mojego powrotu.
Zawsze, gdy wracałem po całonocnej nieobecności czułem okropne wyrzuty sumienia. Kiedy ja świetnie się bawiłem Toi nieustannie czekała na mój powrót.
Pamiętam, że kiedyś naszła mnie myśl jakby to było, gdybym wciąż był z Doi'm. Czy zamieszkalibyśmy ze sobą i wyczekiwali siebie równie niecierpliwie co Toi?
Nie wiem, ale też nie chcę zaprzątać sobie tym głowy.
To nigdy się nie będzie mogło zdarzyć.
Rzuciłem Toi ciastka, kupione przeze mnie w pobliskim sklepie zoologicznym, chwile się z nią podrażniłem po czym ruszyłem by zwiedzić mieszkanie. Robiłem to odkąd psiak zamieszkał tu na stałe, ponieważ nigdy nie wiedziałem, czy gdzieś nie spotka mnie niespodzianka w postaci przewróconych doniczek czy porozdzieranych poduszek. Kiedy była młodsza niemal codziennie mój dom ponosił jakieś straty. Teraz chyba nieco dojrzała - O ile tak można nazwać dodanie półtora roku do życia zwierzęcia.
-Dziś przyjdzie Masao. - Powiedziałem do stworzenia, które podbiegło do mnie radośnie machając ogonem. Wątpiłem w to by rozumiał choć jedno wypowiedziane przeze mnie słowo, ale dobrze czułem się ze świadomością, że zawsze mogę się przed nią wygadać. -Na trzy godziny. - Dodałem patrząc w czarne oczy drobnej istotki. Uśmiechnąłem się lekko i przez chwile miałem wrażenie, że pies odpowiada tym samym.
*    *    *
W całym domu unosił się niemal mdlący, ciężki zapach czekolady. Nie przeszkadzał mi, jednak niespecjalnie mnie zachwycał. Stojąc przy kuchence zręcznie mieszałem ciemną paćkę znajdującą się w rondle. Była gęsta ale gładka i ku mojemu zadowoleniu coraz bardziej przypominała typowy budyń.
-Nie martw się Wujku, będzie dobre. - Usłyszałem radosny głosik siedzącej na blacie dziewczynki. Spojrzałem na Masao nieco zdziwiony, odrywając się od pilnego zajęcia.
-Wiem, dlatego się nie martwię. - Odparłem wyłączając palnik.
- To czemu tak się w niego wpatrujesz?
-Zastanawiam się, czy nie mamy już owoców. - Wyznałem. Schyliłem się i wyjąłem z szafki dwie szklane czareczki do których starannie przelałem swoje dzieło.
- Mamy jeszcze te fioletowe. - Podchwyciła siedmiolatka, zeskakując z blatu. Wyszła z kuchni a po chwili wróciła niosąc w lekko opalonych dłoniach naczynie pełne drobnych kuleczek.
-Borówki. - Poprawiłem ją, kiedy postawiła przy mnie owoce. Wyjąłem łyżeczkę i z jej pomocą nasypałem do swojej porcji sporą ilość tych koralików. Spojrzałem pytająco na dziewczynkę, a gdy kiwnęła głową również na jej budyniu wylądowały owoce. - Uważaj, bo może być gorące. - Ostrzegłem podając jej naczynie, w którym ilość budyniu znacząco przekraczała moją. Jednak u mnie było nieco więcej dodatków.
Oboje ruszyliśmy do salonu, by po chwili wylądować na kanapie z psem u swych stóp i czarkami w dłoniach.
Nie pamiętam zbytnio kiedy dokładnie Masao zaczęła spędzać u mnie więcej czasu. Chyba niedługo po wyjeździe Doi'ego, kiedy to Pani Endo pożegnała nasz świat zostawiając swoją córkę- Kochiko, bez pomocy.
Wszyscy byliśmy przygotowani na śmierć Matki mojej przyjaciółki. Była już dość stara, a jej zdrowie nie było godne pozazdroszczenia.  Wiedziała, że wkrótce umrze. " Jak przyjdzie czas na mnie to odejdę." Zwykła mawiać, gdy wraz Kochiko przesiadywaliśmy u niej i opowiadaliśmy o spędzonych dniach. Często wspominaliśmy o uciążliwej samotności, ponieważ ani Ja ani ona nie byliśmy w związkach.

Któregoś ranka, właściwie to kilka dni przed śmiercią Pani Endo przyszedłem do kobiet zabrać Masao do kina, na obiecany jej wcześniej film. Matka Kochiko zatrzymała mnie u siebie, ponieważ córka wraz z wnuczką wyszły do pobliskiego sklepu po ciasto.
Zaprosiła mnie do kuchni, gdzie od przeszło półgodziny tworzyła jakieś danie. Niestety nie pamiętam już jakie.
Usiadłem na stołku przy dwuosobowym stole, stojącym pod oknem i delektowałem się świeżym sokiem pomarańczowym, który po prostu uwielbiałem.
-Haruhiko? - Zapytała starsza kobieta, najprawdopodobniej by sprawdzić czy jestem gotów wysłuchać jej pytania. Byłem i potwierdziłem to przerzuceniem wzroku na twarz starszej. - Kim właściwie był dla ciebie ten chłopak? Ten, który wyjechał ostatnio? 
-Doi? Ten blondyn?
-Tak, Tak! On. - Potwierdziła, najpewniej zadowolona, że wiem o kogo jej chodzi. Ja nie byłem aż tak bardzo zachwycony. Właściwie, nie było co ukrywać. Znaczna część Azji wiedziała, co tak naprawdę łączy mnie z tym wokalistą. Nikt nawet nie śmiał tego kwestionować.
-To mój były chłopak. Zerwaliśmy jak wyjechał, ponieważ żaden z nas nie wierzy by związek na odległość miał przyszłość. - Wyznałem, patrząc wytrwale w jej oczy.
-Oh, to przykre. Nie chcieliście nawet spróbować?- Zapytała jak gdyby nigdy nic. Jakbyśmy mówili o pogodzie, a nie mojej orientacji seksualnej, o której dotąd nie miała pojęcia.
-Um, nie. To zbyt trudne. - Oznajmiłem, próbując się otrząsnąć po małym szoku spowodowanym jej całkowitą tolerancją.
- To źle, ale jeśli macie być razem, to Bóg ponownie was połączy. Będę wam kibicowała z góry. - Oznajmiła uśmiechając się w swój całkowicie niewinny i pogodzony z losem sposób.

-Już mogę? - Z tej krótkiej retrospekcji wyrwał mnie głos młodszej, która prosząco patrzała na mnie to na gorący jeszcze budyń.
-Poparzysz sobie język jak ostatnio. - Ostrzegłem widząc jak monotonnie miesza łyżeczką w gęstym deserze.
- Ale już jest prawie zimny.
- Nie prawda. - Zaśmiałem się, zerkając na budyń. Faktycznie, para już przestawała się nad nim unosić. - A może i prawda. Jedz, ale uważaj. - Uśmiechnąłem się, samemu wsuwając niewielką ilość w usta. Kontem oka widziałem, że mała robi to samo.
Jak dla mnie budyń był za gęsty i za mało czekoladowy. Jego słodki smak opanowywał całe usta.
- Nawet dobry. - Mruknąłem, próbując wyłowić borówkę.
-Też taki jadłeś, jak byłeś w moim wieku? - Zapytała niewinnie.
- Ja wciąż jestem prawie w twoim wieku. - Stwierdziłem udając urażenie formułą jej zdania. - Mógłbym być twoim bratem! - Dodałem by udowodnić swój nikły wiek, jednak miałem świadomość, że w porównaniu z Masao... Jestem po prostu... Stary.
-Nie prawda. - Zaśmiała się, przez co miseczka niebezpiecznie zadrżała. Prychnąłem na jej uwagę, wsadzając sobie w usta większą ilość budyniu. Między nami  było niecałe trzynaście lat różnicy. Więc gdyby Kochiko była nieco starsza, to może i moglibyśmy być rodzeństwem. - I nie jadłem.
-Dlaczego?
-Nie wiem. - Burknąłem, ponownie zajmując się wyławianiem owoców.
- A chciałbyś być teraz w moim wieku? - Dopytywała, zapychając sobie policzki przez co przypominała małego, sprytnego chomika.
-Czy ja wiem... Nie tęsknię za dzieciństwem, ale z drugiej strony... Nigdy nie będę tak młody jak dziś, nie? - Zaśmiałem się, patrząc na wpatrującą się we mnie Toi.
- Tak. - Odparła zadziwiająco grzecznie.
*    *    *
Idąc ciemniejącą ulicą mijałem wielu nieznajomych sobie ludzi. Tak naprawdę mało mnie obchodziło kim są, czym się zajmują, gdzie się śpieszą. Byłem przeciwieństwem Kobo i Doi'ego ponieważ oni obaj mieli tendencje do wplatania się w historie innych ludzi. Lubili słuchać o ich problemach, powodzeniach, smutkach. Mnie to po prostu nie obchodziło. Żyłem z boku i starałem się nikomu nie przeszkadzać.
W dłoni po części zakrytej przydługim rękawem bluzy dzierżyłem przeźroczystą siatkę. Świetnie było widać kwiaty i kadzidła, oczywiście nie robiłem tego specjalnie. Po prostu sklep był zaopatrzony jedynie w ten rodzaj siatek.
Wchodząc na cmentarz widziałem wiele różnych nagrobków jednak kierowałem się jedynie w wybraną przez siebie stronę. Do nagrobka rodziców. Zapaliłem kadzidła, postawiłem kwiaty i  w tej chwili poczułem na skórze pierwsze krople deszczu. Całkowicie je ignorując usiadłem na ławce i wpatrywałem się w gasnące drewienka na specjalnej podstawce.

W tej chwili uderzyło we mnie coś w rodzaju ciężkiego do zniesienia Deja Vu.
Bo ja już tu kiedyś byłem, tak jak dziś potrzebując towarzystwa w deszczowy, duszny wieczór. Siedząc na ławce i myśląc o kimś, kto mógłby pojawić się w moim życiu.
I wtedy od tyłu podszedł Doi. Objął mnie swoimi ciepłymi ramionami, okazjonalnie muskając gładką skórą moją odkrytą szyję. Uniosłem głowę i spojrzałem w jego idealną twarz, która śledziła złote znaki wypisane na nagrobkach.
W tej chwili tak bardzo mi tego brakowało, że czułem łzy w oczach. Chciałem by blond włosy kochanek stanął przy mnie i powiedział, że jest. Jest i będzie.
Że już nigdy mnie nie zostawi.
Ale tak się nie stało. Wciągnąłem nogi na ławkę, podparłem brodę o kolana i szklanymi oczyma wpatrywałem się w przestrzeń.
Tęskniłem za Doi'm.

__________________________
Bu! Jest rozdział :3
Chwilowo nie mam dostępu na Facebook'a, więc nie wyczekujcie tam żadnego statutu. :3
Próbuję porównać swoje początki z tym tworem i nie wiem, czy jestem choć nieco lepsza :C
Dziękuję za ostatnie komentarze i proszę o następne :3
Pamiętajcie! W ten sposób dokarmiacie moją wenę. Właściwie to nazwałam ją Avenir .___.
Soł!
Komentarze dokarmiają moją Avenir :D

piątek, 25 lipca 2014

Stay - Rozdział 1

Wpatrywałem się w niewielki ekranik trzymanego przeze mnie urządzenia, które było dla mnie niczym najważniejszy skarb. Niepozorny, biały tablet, na którego pieniądze odkładałem dobre cztery miesiące. Dbałem o niego jak o nic innego, ponieważ była to tak naprawdę pierwsza rzecz, na którą wydałem znaczną część pieniędzy z wypłaty.
Na świecącym, płaskim panelu jawiła się umęczona, aczkolwiek jak zawsze uśmiechnięta twarz Doi'ego. Mężczyzna siedział przed laptopem i opowiadał mi o nowym kamerzyście. Raz po raz przeciągał się czy też ziewał ukazując tym samym zmęczenie spowodowane pracą.
Od wyjazdu mojego byłego chłopaka minęły niespełna dwa lata. Nie spotkaliśmy się ponownie, ponieważ grupka sław z Doi'm na czele nie zawędrowała z powrotem do Azji. Siedzieli w Londynie, uczyli się języka, a ich telewizyjne show robiło niezłą furorę. Nie byłem tym zaskoczony, odnosiłem wrażenie, że blondyn tak naprawdę jest wabikiem na japońskie (i nie tylko!) nastolatki. Wysoki, wysportowany, przystojny młodzieniec, który niemal w każdej chwili wygląda jakby uciekł z sesji na pierwszą stronę jakiejś gazety.
- A co u ciebie nowego? - Usłyszałem jego cichy, kojący głos. Uśmiechnąłem się sztucznie. Zawsze pytał o to samo, a ja nie potrafiłem przyznać mu się do tego jak teraz wygląda moje życie. Zawsze robiłem z siebie szczęśliwego, grzecznego chłopaczka całkowicie pogodzonego ze własnym życiem
 Niestety prawda była inna.
- W porządku. Właściwie nic nowego. - Mruknąłem, zerkając na psa, który stojąc na dwóch łapach podpierał się o moje udo i ciekawskim wzrokiem próbował zobaczyć co tak troskliwie trzymam w dłoniach.
Od dnia wyjazdu blondyna rozmawiamy raz w tygodniu. W każdą niedzielę o godzinie dwudziestej drugiej obaj zasiadaliśmy przed ekranami i po chwili łączyła nas wideo rozmowa. Ignorowaliśmy świat zewnętrzny, izolowaliśmy się i wkraczaliśmy we własną rzeczywistość.
-  Toi troszeczkę rozrabia. Wczoraj jak wyszedłem do pracy zostawiłem ją samą i wysypała całą karmę z miski. A wiesz, to takie malutkie kuleczki, które strasznie trudno pozbierać. A w środę pogryzła poduszkę, którą kupiłem ostatnio. Chyba nie spodobał jej się kolor. - Opowiadałem celowo omijając pewne aspekty mojego życia. Doi wciąż był jego częścią, jednak już nie tak istotną, nie tak uświadomioną co do jego biegu.
Myślę, że tak naprawdę nigdy nie zerwiemy kontaktu, ani ja ani blondyn byśmy na to nie pozwolili.
Czasami, gdy bardzo się nudziłem myślałem nad powodem naszej dalszej znajomości. Czy była spowodowana determinacją czy może uczuciem obowiązku wobec mnie? Ogromna ilość spośród elementów naszych egzystencji się zmieniła, a jednak wciąż utrzymywaliśmy naszą zażyłość. Oczywiście nie tak intensywną.
Jak wcześniej wspomniałem nasze życie uległo ogromnym zmianą, mimo, że żaden z nas ich nie planował. Jedną z nich, tą która tak naprawdę najbardziej mnie poruszyła był... Nowy związek Doi'ego. Tak. Nowy związek, nie inaczej.
Nosił imię Colin. Starszy ode mnie o dwa lata, wyższy o trzy centymetry i ważący o siedem kilogramów więcej mężczyzna ( oczywiście wszystkie pozyskane przeze mnie informacje pochodziły nie tylko od byłego chłopaka, który z niepewną miną odpowiadał na moje iście dziennikarskie pytania, ale również z brukowców, które wciąż z chęcią śledziły życie tego idola). Nie okłamując się, uważałem że jest niemal równie przystojny co Doi, jednak brakowało mu czegoś. Może tego oszałamiająco pewnego siebie i zarazem troskliwego uśmiechu?
Patrząc na siebie w lustrze często porównywałem się do tej dwójki. Byli idealną, pod względem wyglądu parą. Ja, mimo iż niedawno stałem się pełnoletni wciąż nie potrafiłem o siebie odpowiednio zadbać, zaś moja postawa nadal ukazywała coś tak bardzo upodobniającego mnie do niewinnego dziecka. Wątpiłem by to wrażenie kiedykolwiek zniknęło.
Nie lubiłem swojego wyglądu. Dość niski, zbyt szczupły o regularnych,delikatnych rysach twarzy i wielkich oczach dwudziestolatek.
-Zamilkłeś. - Wytknął niebieskooki, przecierając zaspaną twarz.
- Tak jak ty jestem zmęczony. Wczoraj musiałem zostać dłużej w pracy. - Skłamałem, dla własnego jak i Doi'ego dobra. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jak zareagowałby na spis moich co weekendowych zajęć, który wypełniała jedynie zabawa.
-Biedaku, nie przepracowuj się zbytnio. - Odpowiedział robiąc troskliwą minę.
*    *    *
- Chibi*! - Od progu kawiarni przywitał mnie głos jednego ze współpracowników. -Jiro chwilę temu wyszedł i zostałem sam. Idź się przebierz i mi pomóż. - Rozkazał Kobo swoim radosnym głosem. Pod tym względem był podobny do Doi'ego. Obaj promienieli gdy tylko pojawiała się osoba, której wyczekiwali.
Kobo był wysokim brunetem o smukłej sylwetce. Przyjaźnie nastawiony do wszystkiego i wszystkich, jednak tak jak każdy skrywał swoją mroczną stronę i nieprzyjemne sekrety.
-Dobrze, już biegnę. - Uśmiechnąłem się do niego, starając się pocieszyć. Wcale nie było tak wielu klientów. Jedynie trzy nastolatki siedzące w rogu pomieszczenia, starsza kobieta z wnukami i dwie pracownice. Śmiałem twierdzić, że to przez godzinę, którą większość ludzi tak jak ja spędza w pracy.
W szatni szybko przebrałem się w typowy dla kelnera strój, zaś gdy odkładałem torbę z rzeczami osobistymi poczułem ciepłe, duże dłonie na biodrach i niemy oddech na szyi, która moment później została zaatakowana przez miękkie wargi Kobo. Nie przejmując się tym nagłym dotykiem zamknąłem szafkę pomalowaną na brzydki, szary odcień po czym oparłem na niej wyprostowane ręce, pozwalając by Kobo dalej błądził po moim ciele.
- Miałeś nie mówić do mnie ' Chibi' przy gościach. - Mruknąłem przechylając głowę w prawo tak by ułatwić mu dostęp do jasnej skóry. W następnej chwili brunet odwiązał starannie zawiązaną kokardę na moich plecach i wsunął obie dłonie pod ubrania lokując je na żebrach.
- Przyjdziesz dziś? - Zapytał odrywając się od mojej szyi. Mimo to wciąż stał zbyt blisko, by można to nazwać czysto przyjacielskim uściskiem.
- Z kim zostawiłeś gości? - Odparłem pytaniem, ponieważ zacząłem wątpić w rozsądne podążanie za mną.
- Sachiko ich pilnuje. To co?
- Przyjdę. -Mruknąłem odwracając się gwałtownie w stronę bruneta. Zmierzyłem wzrokiem jego strój roboczy by po chwili z zadowoleniem wyminąć ciemnookiego i pchnąć drzwi pomieszczenia. Ponownie znalazłem się w idealnie wyglądającej sali. Od razu zauważyłem zestresowaną trzydziestolatkę, która na pięć minut musiała przejąć nasze obowiązki.
- Co tam robiliście?
-Oddał mi książkę. - Odpowiedziałem uśmiechając się w możliwie najniewinniejszy sposób, na jaki stać było moją świadomość. Zostałem potraktowany wścibskim spojrzeniem po czym kobieta odeszła ode mnie i pozwoliła tym samym bym zajął się swoimi obowiązkami. Lekko ukłoniłem się przed wchodzącą do kawiarni młodą blondynką z dzieckiem, kontem oka zauważając przy tym Kobo, który stojąc przy nastolatkach częstował je cząstką swojej wiecznej radości. W myślach już słyszałem jak to opowiada im o tym co słyszał, co widział, czego się spodziewa. Spojrzałem za okno widząc szare, przygotowujące się na deszcz niebo. Nie lubiłem wiosny. Zawsze o tej porze roku witały nas zimne deszcze.
*     *     *
Zegary wskazywały godzinę dwudziestą drugą czterdzieści kiedy to wyczerpany, lekko drżący z opanowującego ciało zimna położyłem się na świeżej, pachnącej pościeli. Lubiłem dom Kobo. Był spory, przestronny ale także przyjemny. Gdy zabrał mnie tu pierwszy raz miałem wrażenie, że były to już setne odwiedziny. Mieszkanie wydawało się zapraszać nieznajomych, żyć ich obecnością.
Całe ciepło zdobyte podczas minionych chwil odchodziło, a pozostawało jedynie odczucie obecności lepkiej substancji  na ciele i kropel deszczu, które wciąż nie zdążyły całkowicie wchłonąć w prześcieradło.
-Idź do łazienki wziąć ciepły prysznic, bo jak się przeziębisz nie będę umiał wytłumaczyć twojej nieobecności szefowi. - Stwierdził właściciel domostwa podnosząc się do siadu. - Ja pójdę do drugiej. - Uprzedził, wciąż nago podchodząc do obszernej szafy. Wyciągnął z niej trochę odzieży po czym podzielił ją na dwie kupki i jedną z nich, odznaczającą się granatową koszulką wcisnął mi w dłonie. - Wiesz gdzie są ręczniki. - Dodał, zaznaczając tym moją dość częstą obecność w jego mieszkaniu. Kiwnąłem głową wędrując do znajomego mi pomieszczenia.
Gdy znalazłem się pod przyjemnym strumieniem wody zacząłem obmywać swoją skórę z obecności Kobo. Czułem się brudny na ciele jak i na duszy. Sam nawet nie wiem kiedy zacząłem sypiać z jednym ze współpracowników, chyba niedługo po wyjeździe Doi'ego. Byłem załamany i pragnąłem zmienić swoje życie. Nie chwaląc się przyznam, że udało mi się. Czy na lepsze? To pozostawiam do samodzielnego osądu.
Kiedy już czysty i pachnący wróciłem do sypialni łóżko było zasłane nową pościelą, zaś pod nią siedział brunet wpatrujący się we mnie. 
- No chodź. - Uśmiechnął się szeroko zapraszając mnie na resztę pola przy sobie. Mimo sympatii względem niego nie lubiłem spać w jednym łóżku. Odnosiłem wrażenie, że zajmuje kogoś miejsce. Kogoś, kto z pewnością pojawi się w niedalekiej przyszłości i zawładnie całym optymistycznie urządzonym światem Kobo.
Nic nie mówiąc padłem na materac i zakryłem się pościelą. Przyuważyłem, że nasze ubrania, które w pośpiech z siebie zrzucaliśmy nie znajdują się już na ziemi, ani w obrębie przestrzeni, do której docierał mój umęczony wzrok.
- Co u Doi'ego? - Zapytał odwracając się na bok . Oparł łokieć o materac, zaś głowę o rękę. Zacząłem bawić się dekoltem koszulki wyciętym w tak zwany 'serek' jednak skupiłem się na własnej odpowiedzi.
- Dobrze. Wciąż jest z Colinem.
- Długo już nie? - Zaśmiał się, jednak mnie niekoniecznie było do śmiechu. Nie byłem zazdrosny, po prostu świadomość, że mógłbym być na jego miejscu dobijała mnie.
- Prawie rok. - Wysłuchujący mnie mężczyzna kiwnął głową i przeciągnął się mocno. Nigdy nie mówiłem mu o Imadze. Kobo tak samo jak większość moich znajomych śledziła ten temat, kiedy był sensacją ogarniającą sporą część Azji.
-Ostatnio widziałem artykuł, w którym porównywali ciebie do tego chłoptasia. - Wspomniał, jakby czytając mi w myślach. - Jesteście całkowicie inni. - Dodał, ukazując białe zęby w promiennym uśmiechu.
- Ja i Doi też jesteśmy różni. - Stwierdziłem przysuwając się do bruneta. - Zmęczony jestem. Idziemy spać ? - Zapytałem z nadzieją.
- Jasne. - Odparł kładąc się na plecy. Zgasił stojącą przy łóżku lampkę i pozwolił bym zarzycił rękę przez jego brzuch. W ciszy leżeliśmy jakieś piętnaście minut, jednak po ich upływie sielankowe lenistwo dobiegło końca.
- A Ty go właściwie kochałeś? - Zapytał cichym głosem. Mimo naszej długotrwałej znajomości nigdy nie rozmawialiśmy o moim uczuciu do blondyna. Myślę, że tak naprawdę Kobo bał się kwestionować to co opowiadały media. Wierzył w bajeczki i dramaty, które opisywały.
- Jak nikogo innego. - Wyznałem zgodnie z prawdą. Czując do czego zmierza brunet.
- A chciałbyś z nim wciąż być? - Dopytywał przenosząc rękę pod głowę.
- Nie wiem, nie wyobrażam sobie jak miałoby wyglądać nasze życie. Myślę, że Doi był tylko epizodem. Pierwszą miłością, a wiesz, że one nigdy nie trwają wiecznie. To taki mały promyczek światła wskazujący mi cechy, które mam szukać u przyszłych partnerów. - Mruknąłem nieco stłumionym głosem.
- Okrążasz temat mimo, że jesteś świadom mojego następnego pytania. - Zdiagnozował. -Wciąż Go kochasz?
- To kim jest dla mnie Doi nie ma żadnego pływu na naszą znajomość. Nie chcę o tym rozmawiać. To zamknięty temat, ponieważ my nigdy więcej nie będziemy razem. - Zadecydowałem zaciskając dłoń na jego udzie.
- Będziecie.
- Nie będziemy.
-Będziecie. - Bronił zaparcie swojego stwierdzenia, przeczesując przy tym moje włosy w niby pieszczotliwym geście. Nie odpowiedziałem na jego następne pytania, ani też nie kontynuowałem sporu. Chwilę później zamknąłem oczy i znalazłem się w kojących zmysły ramionach Morfeusza.
_________________________________________________________________
Chibi- Jestem pewna, że połowa z was spotkała się z tym określeniem w typowo japońskich mangach lub anime :D Chibi to dosłownie "mały człowiek" dość popularne przezwisko.

Wiem, że długo czekaliście, po raz kolejny przepraszam.

Oto i początek drugiej serii Marzyciela :D
Mam pytanie: Sądzicie, że przez tą długą nieobecność mój styl pisania stał się gorszy? :c ( odpowiedzcie w komentarzach :* )
Kocham was ;)

środa, 18 czerwca 2014

Dreamer - Rozdział 26

Po powrocie do domu pierwsze co zrobiłem to wyjąłem schowany dotąd, duży kalendarz ścienny. Był ładny, biało błękitny z różnymi zdjęciami na każdej ze stron. Trzymając go w swoich lekko trzęsących się dłoniach wyszedłem z salonu i po uczynieniu kilku kroków znalazłem się w ciemnej sypialni. Po włączeniu światła okazał mi się pedantycznie czysty pokój i uchylone okno. Trzymany przedmiot rzuciłem na zasłane łóżko i podszedłem do dość starego biurka. W jednej z szuflad znalazłem czerwony flamaster i cienkopis o czarnym tuszu. Usiadłem na łóżku i przysunąłem do siebie kalendarz. Odnalazłem miesiąc luty.
Dzisiejsza data to 10 luty. Szybko przekreśliłem ten dzień iksem po czym przerzuciłem kartkę i spojrzałem na marzec.
Krateczkę z cyferką 27 zamazałem krwiście czerwonym pisakiem. Tego dnia Imada Doi miał pożegnać Japonię, by trzy dni później zacząć kręcenie swojego programu.
Tuż obok zamalowanej kratki napisałem " Doi odchodzi".
*    *    *
Cały ten czas, który nam pozostał był naprawdę zwariowany. Każdą wolną od pracy chwilę spędzaliśmy razem. Doi zabierał mnie w przeróżne miejsca i nie pozwalał myśleć o zbliżającym się rozstaniu. Nie wiedział jednak, że po powrocie do domu siadałem na łóżku i z niepokojem wpatrywałem się w zawieszony na ścianie kalendarz. Z każdą dobą kratek było coraz mniej.
Czas uciekał.
Zyskałem naprawdę wiele wspólnych wspomnień z Doi'm, których nie zamieniłbym na nic innego.
Zdarzało mi się czasem wracać do domu w stanie niemal stuprocentowego zmęczenia. Jego powodem nie były dni spędzone z moim chłopakiem, a świadomość tego, że jest ich coraz mniej. Kładłem się wtedy pod pościelą i kuliłem do pozycji embrionalnej po czym pozwalałem łzą na znaczenie mojej twarzy. Przecież nikt tego nie widział, a ja o dziwo czułem się lepiej.

Pytałem wtedy sam siebie o to dlaczego to wszystko spotyka właśnie mnie. Dlaczego nie mogę po prostu być szczęśliwy u boku ukochanego? Może właśnie dlatego, że był on osobnikiem płci męskiej? Może los nie akceptował związków osób tej samej płci?
Nie rozumiałem tego.

*    *   *
Do dziś pamiętam ostatni dzień, oznaczony jako wspólny czas.
Wstałem z samego rana, stanąłem przy łóżku i podniosłem z podłogi flamaster. Przybliżyłem się do ściany i przekreśliłem datę " 26 marzec". Następnie odsunąłem się od kalendarza i wpatrywałem w swoje dzieło.
Wszystkie wcześniejsze cyfry były przekreślone, zaś następna zamalowana tak bardzo, że nie było widać kształtu kryjącego się pod naniesioną czerwienią.
Upuściłem pisak na ziemie i ściągnąłem ze ściany kalendarz. Zbliżyłem do niego twarz, jakby nie mogąc uwierzyć w widniejący na nim chaos znamień, po czym najzwyczajniej w świecie moje oczy zaszły łzami.
Nie chciałem tego rozstania.
W furii, ale i pełnej świadomości wyrwałem kartkę z ogromnym zdjęciem samotnego drzewa i zacząłem drzeć ją na coraz to mniejsze kawałeczki. Tym razem mimo iż mgła zaszła mi oczy nie pozwoliłem by słone krople opuściły swoje dotychczasowe miejsce. Nie płakałem, nie dziś.
Gdy cała, sporych rozmiarów kartka została zniszczona, a ziemie przyozdobił swego rodzaju dywan z kolorowych skrawków papieru usiadłem na łóżku. Zasłoniłem twarz obiema dłońmi i odetchnąłem głęboko.
To nie koniec! Nie pozwolę na to, by jutro skończyło się wszystko to, nad czym tak długo pracowaliśmy.
Utrzymamy kontakt, będziemy dobrymi przyjaciółmi. Przecież świetnie się dogadywaliśmy.
Podobno rozstanie nie zawsze oznacza koniec, miałem nadzieję, że tym razem stanie się ono nowym początkiem.
Z Doi'm spotkałem się kilka godzin później. Mieliśmy niewiele czasu, ponieważ blondyn z samego rana miał samolot, a nie był jeszcze spakowany. Tuż obok jego nogi dreptała Toi.
Uśmiechnąłem się na ten widok. Jej wyjazd do Londynu nie był możliwy.
Jakiś tydzień wcześniej, nieco niepewnie wyrzuciłem z siebie zdanie, mówiące by została ona ze mną. Blondyn był zdziwiony, ale widziałem na jego twarzy ulgę. Na pewno martwił się tym, że matka odda ją od razu po jego wyjeździe. Ja również odczuwałem ten niepokój. Pokochałem tego niewinnego zwierzaka.

 Przywitaliśmy się jak zwykle -Długim uściskiem, który był naszą tradycją od ponad miesiąca. Miałem wrażenie, że im bliżej byliśmy rozstania, tym bardziej on stawał się czasochłonny. Stojąc na środku ulicy wcale nie przejmowaliśmy się spojrzeniami ludzi, które nie zawsze przekazywały pozytywne emocje. Po prostu cieszyliśmy się z tego, że wciąż jesteśmy ze sobą. Możemy cieszyć się swoim widokiem i dotykiem.
Postanowiliśmy przejść się po mieście. Byliśmy w naprawdę wielu miejscach, które przywoływały najróżniejsze wspomnienia.

Przechodziliśmy nawet przy sklepie, który niegdyś był naszą pierwszą stacją.
Pamiętam ten dzień. Irytacje spowodowaną brakiem samodzielności i ciepły, niepewny głos Doi'ego, który pojawił się jakby znikąd. Moją rezygnacje, która zjawiła się, gdy uświadomiłem sobie kim jest dana osoba.

Imada Doi. Idol większości Azjatek, znany niemal przez wszystkich. Oszałamiający swoim uśmiechem, pewny siebie piosenkarz, który po bliższym poznaniu okazał się naprawdę miłą, ciepłą osobą.
Nie wiem jednak, który moment sprawił, że zaakceptowałem tą gwiazdę. Przecież od zawsze ich nienawidziłem. Uważałem, że ludzie show biznesu są fałszywi, nieczuli na krzywdy innych, skupieni jedynie na sobie.
Nawet teraz odnoszę wrażenie, że Doi jest ich przeciwieństwem, że jest taką... Dobrą owieczką, której talent doprowadził ją na szczyt.
To chyba jego szczerość mnie przekonała. Jego wspaniały uśmiech, którym raczył mnie przy każdej nadarzającej się okazji.
Zawędrowaliśmy także do parku, który ostatnio stał się naszą oazą. Polubiliśmy to miejsce. Było bardzo ciche i puste.
Rozstaliśmy się dopiero wieczorem, obiecując sobie następne spotkanie, które miało być tym ostatnim. Pożegnanie.

Po zatrzaśnięciu za sobą drzwi mieszkania oparłem się o nie i głęboko odetchnąłem. Nie mogłem o tym myśleć, nie dziś.
A jednak. Myślałem cały czas.
Kiedy pół godziny później siedziałem na kanapie, w cichym salonie, ze świadomością, że Doi właśnie pakuje się do wyjazdu przyszedł mi do głowy pomysł. Okropny, naiwny.
Blondyn z pewnością zostałby w Japonii, gdyby coś mi się stało. Wystarczyło by wyjść do łazienki, wziąć tabletki przeciwbólowe, które zostały po moim ostatnim wypadku i popić je wódką. Albo przynieść nóż z kuchni i przejechać nim po nadgarstku. Zrzucić się ze stromych schodów, z balkonu, z okna.
Miałem wiele możliwości, ale w tej samej chwili pojawiła się kolejna myśl.
Jedno słowo.
"Zostań."
Zostałby. Jestem tego pewien, jak niczego innego. Jeśli powiem, żeby został tu ze mną... Zostałby. Dla mnie.
Spojrzałem na Toi, która siedziała tuż przy drzwiach. Nie wyła, nie szczekała. Tak jakby czuła, że od dziś tu właśnie jest jej nowy dom. Jakby ta mała psina wiedziała, że jej właściciel musi na pewien czas wyjechać. Nie zdawała się zdenerwowana, może nieco zdezorientowana.
Przywołałem ją do siebie, na co zamerdała ogonem i podbiegła do kanapy.
Śmieszne. Obaj kochaliśmy tego samego gościa, a mimo to uwielbialiśmy siebie nawzajem.

*      *      *

Dzień wyjazdu Doi'ego był pochmurny. Nie jechałem z nim na lotnisko. Z tamtego miejsca mieli nagrać fragment do serialu, by pokazać jak daleką drogę przebyli by upodobać się widzom.
Spotkaliśmy się na rozstaju dwóch dróg. Było to nieprzyjemne uczucie. Zawsze właśnie tu żegnaliśmy się, gdy Doi odprowadzał mnie do domu. Tym razem było podobnie.
Mieliśmy się rozstać.
Jednak , możliwe było że to nasze ostatnie spotkanie.
Razem przeszliśmy do pobliskiego parku, gdzie wypuściłem pełną entuzjazmu Toi. Biegała w ogół nas, ciesząc się, że widzi mojego chłopaka. Mężczyznę, który za kilka minut miał przestać być Mój. Uświadamiając to sobie poczułem łzy w oczach, dlatego od razu odwróciłem głowę w bok.
- Chyba... Powinniśmy się pożegnać. - Mruknąłem po krótkiej wymianie zdań. To było tak bardzo sztywne i nienaturalne, że nie wierzyłem w prawdziwość tej sytuacji. To nie mogła być prawda. Doi nie mógł mnie zostawić.
-Na pewno to w porządku... Żebym wyjechał? -Zapytał blondyn kładąc dłoń na moim podbródku i odwracając moją twarz w swoją stronę.
- Tak. Rozmawialiśmy o tym. Tak będzie najlepiej. - Odparłem, zbierając w sobie całą siłę.
- Jesteś tego bardziej pewny ode mnie. - Zaśmiał się, głaszcząc kciukiem mój policzek. Nie słysząc odpowiedzi po raz drugi zamknął mnie w ciasnym uścisku. Usłyszałem jak niedaleko nas podjeżdża samochód. Matka Doi'ego miała odwieźć go na lotnisko.
- Wiem, że jest to coś... Co musisz zrobić. - Mruknąłem cicho. Blondyn odsunął się nieco i musnął moje wargi swoimi. Po chwili zamknął je w mocnym pocałunku, który zawierał w sobie tyle delikatności i czułości co żaden inny.
Gdy się od siebie oderwaliśmy przez chwilę jeszcze trwaliśmy w ciszy, ciesząc się ostatnimi chwilami swojej obecności.
-Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował mnie przy sobie, nie wahaj się poprosić. - Doi w końcu zebrał się na odwagę, by zakłócić ciszę. - Wystarczy, że powiesz, żebym przyjechał... Zrobię to. Nawet jeśli dzięki temu wyrzucą mnie z pracy. Nie martw się. Bądź czasem samolubny i myśl o tym, czego potrzebujesz. - Pouczył mnie, ponownie obejmując swoimi ramionami. Poczułem w oczach łzy. Wiedziałem, że tego nie zrobię. Nie Ja jestem najważniejszy, a jego życie i cele. - Nie powiem " Żegnaj", bo wiem, że jeszcze się spotkamy. Mogę ci to nawet obiecać, Haruhiko. Nie wiem czy nastąpi to za kilka miesięcy czy może za kilka lat, ale wiem, że nie jest to koniec naszej historii. - Mówił Doi tuż przy moim uchu, owijając je ciepłym oddechem. Wtulałem twarz w jego szyje nie myśląc nawet o tym by mu przerwać. Chciałem słuchać jego spokojnego głosu. - Nie wiem, czy powinienem to mówić, ale kocham cię. - Oznajmił, na co zaśmiałem się cicho.
- Ja ciebie też kocham. - Powiedziałem krótko, nie wiedząc co jeszcze mógłbym dodać.
- Doi, chodź już. Spóźnimy się! - Usłyszeliśmy głos pani Imady, który przebił się przez nasze ciche szepty.
- Do zobaczenia, Haru- Chan.  - Mruknął, jednak mimo to się nie odsunął. Ostatni raz złożył na moich ustach delikatny niczym jedwab pocałunek.
- Do zobaczenia, Doi. - Powiedziałem, gdy odsunąłem wargi od niego.

Blondyn nachylił się do czekającej przy nas Toi i pogłaskał ją po głowie, mówiąc by mnie pilnowała. W innej sytuacji z pewnością jego słowa by mnie rozbawiły, jednak nie teraz.
Niebieskooki raz jeszcze przytulił mnie mocno po czym uśmiechnął się lekko.

To był pierwszy raz, kiedy widziałem na jego ustach tak bardzo wymuszony, pełen niepewności uśmiech.

Chwilę później Doi odjechał.
Gdy tylko zniknął z zasięgu mojego wzroku pozwoliłem by długo utrzymywane łzy spłynęły po moich policzkach.

" Kochać to także umieć się roz­stać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zap­rzecze­niem egoiz­mu, za­bor­czości, jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie, jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia, cza­sem wbrew włas­ne­mu."

Doi odszedł i pozostawił po sobie miłość, która na zawsze zajęła część mojego serca.
____________________________________________
To nie koniec! Jeszcze Epilog!
Powyższy pochylony tekst to cytaty Vincent'a Van Gogh'a :)
Soł... Proszę o komentarz, chciałabym usłyszeć wasze emocje po przeczytaniu tego fragmentu :3 Jestem bardzo ciekawa. Do usłyszenia wkrótce, moje słoneczka.
Teraz Hoshi idzie spać, bo na 6:00 do pracy leci.

środa, 11 czerwca 2014

Dreamer- Rozdział 25

               Kolejnego ranka wstałem wyjątkowo późno, właściwie cieszyłem się z tego powodu. Gdybym wstał wcześniej najpewniej zanudziłbym się na śmierć. Tak więc ranek przywitałem blisko godziny jedenastej. Po lekkim śniadaniu ponownie sięgnąłem po przedmiot pozostawiony przez blondyna. Większość piosenek zgranych na mp4 były w języku angielskim, co wyjątkowo mnie dziwiło. Sądziłem, że blondyn mógł umieć posługiwać się tym językiem, co było dla mnie kolejnym znakiem na to, że wyjazd do Londynu jest dla niego wielką szansą.
Mimo to ciężko przyjmowałem świadomość, że więcej go nie zobaczę.
Bo to, że wyjedzie było dla mnie pewne. Nie pozwoliłbym mu zrezygnować z takiej przyszłości, tylko dlatego, że musiałby mnie zostawić.
Obaj znajdziemy nowe miłości. - To właśnie sobie powtarzałem. Bo przecież wiele par rozstaje się przez dzielące je kilometry.

 Może spotkamy się za jakieś dziesięć lat. Obaj będziemy mieć rodziny i będziemy z nimi szczęśliwi. Być może  usiądziemy na ławce w parku i powspominamy czas, który spędziliśmy razem.
Czułem, że nie raz wrócę myślami do okresu, podczas którego byliśmy ze sobą. Jestem wdzięczny za to, ile nowych barw wniósł do mojego życia.
Myślę, że będę go pamiętał, jako osobę, która pomogła mi ponownie zaufać ludziom.
Innym i samemu sobie.

Westchnąłem głęboko czując łzy w oczach. Szybko je przetarłem po czym ułożyłem głowę na poduszce i spróbowałem bardziej skupić się na słowach piosenki, płynącej z słuchawek.
Chwilę później w pokoju pojawiła się kolejna osoba. Spojrzałem na blondyna uśmiechając się lekko. Wciąż wydawał się zmęczony, co mnie zdziwiło. Przecież wrócił do domu dość wcześnie. W każdym razie tak mi się zdawało. Zsunąłem z głowy słuchawki i wyłączyłem płynącą z nich muzykę.
- Jak się czujesz? - Zapytał po krótkim powitaniu. Wzruszyłem ramionami, widząc jak przysuwa krzesło do łóżka, po czym siada na nim. - A boli cię coś?
-Nie, nie boli. Właściwie dobrze się czuje. Chciałbym już stąd wyjść, wrócić do domu. - Mruknąłem, patrząc na niego nieco smutno.
-Wiesz, że to dla twojego dobra. - Odparł głaszcząc mnie po głowie, na co kiwnąłem nią i sięgnąłem po telefon, leżący kawałek dalej. Przysunąłem się bliżej krawędzi łóżka, by bardziej czuć obecność Doi'ego po czym otworzyłem niedawno otrzymaną wiadomość od Yui.
- Masao przyjdzie tu później. - Powiadomiłem mężczyznę, kierując na niego wzrok, ponieważ byłem ciekaw jego reakcji. Starszy posłał mi swój idealnie wyćwiczony uśmiech, który mimo wszystko emanował szczerością.
-Fajnie, dawno jej nie widziałem.
- Ja też, ale Yui spotkała ją rano. Pewnie gdyby nie to w ogóle bym jej nie powiedział, że tu jestem. - Zaśmiałem się cicho, po czym odłożyłem telefon. - Spałeś dobrze? - Rzuciłem mimochodem, chcąc poznać zajęcie, które pochłonęło go na tyle by nie odpoczywać.
- A, właściwie tak. Chociaż krótko, ale to nie ważne. - Odpowiedział wymijająco, po czym zjechał dłonią z mojego ramienia na dłoń i zaczął gładzić ją palcami.
Kiwnąłem głową, siląc się na delikatne wygięcie warg.

*    *    *
      Ze szpitala wyszedłem po kilku dniach. Byłem tym naprawdę zachwycony. Mimo poobijanego ciała czułem się jak nowo narodzony. Dzień wcześniej zadzwoniłem do szefa. O dziwo zgodził się na przesunięcie okresu próbnego w kawiarni.
Zostały mi trzy dni do rozpoczęcia pracy.
Doi odwiedzał mnie w szpitalu codziennie. Bardzo dbał o to bym się nie nudził i by niczego mi nie brakowało. To było naprawdę urzekające.
Mimo wszystko za każdym razem, gdy go widziałem nachodziła mnie myśl, że wkrótce nadejdzie te ostatnie spotkanie. Bo blondyn z dnia na dzień mógł powiadomić mnie o swoim wyjeździe. Miał niewiele czasu do namysłu, ale podejrzewam, że tak samo jak ja znał odpowiedź na propozycje managera.
         Po wyjściu ze szpitala zacząłem żyć całkiem normalnie. Musiałem od czasu do czasu sięgać po leki przeciw bólowe, jednak jak powiadomił mnie lekarz, to było do przewidzenia. Moje ciało nieco ucierpiało, chociaż zadziwiające było dla mnie to, że podczas felernego spotkania najmniej ucierpiała moja twarz.
Miałem naprawdę wielkie szczęście.
W przeciwnym razie nie mógłbym tak szybko rozpocząć pracy.
         Z Yui spotkałem się dobę przed długo wyczekiwanym dniem. Było dość ciepło, przyjemnie. Wychodząc z budynku czułem na sobie promienie wiosennego słońca, które coraz śmielej obejmowało ludzi. Czuć było zbliżające się lato.
Umówiliśmy się w lodziarni niedaleko mojego mieszkania. Oboje ją uwielbialiśmy, często odwiedzaliśmy ją będąc dziećmi. Teraz właściwie wciąż nimi byliśmy, nawet Yui, mimo że niedawno stała się pełnoletnia. Do osiągnięcia tego wieku przeze mnie brakowało jeszcze kilku miesięcy.
Nie lubiłem urodzin, uważałem je za dzień jak każdy inny. Bo co fajnego jest w świętowaniu kolejnej daty zbliżającej nas do śmierci?
Nic.
W każdym razie ja tak sądziłem.
          Gdy doszedłem do kawiarni Yui już na mnie czekała. Siedziała w rogu pomieszczenia i przeglądała menu. Przywitaliśmy się po czym usiadłem naprzeciw niej.
- Ja już wybrałam, twoja kolej. - Podsunęła w moją stronę ogromną książkę, w której na każdej stronie przedstawione było zdjęcie deseru i jego opis. Wybrałem pucharek z lodami o smakach egzotycznych owoców po czym złożyliśmy zamówienie.
Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego celu spotkania, po prostu chcieliśmy spędzić ze sobą kilka chwil. Przecież z rodziny mieliśmy już tylko siebie i ciotkę, która niezbyt przejmowała się tym co się z nami stanie.
Nie miałem jej tego za złe, przecież miała swoje życie.
-Czujesz się już lepiej? - Zapytała mnie siostra, gdy czekaliśmy na  zamówienia. Uśmiechnąłem się lekko czując dziwne ciepło na sercu. To było naprawdę miłe, świadomość, że tyle osób się o mnie martwi.
-Tak, już w porządku. - Odparłem, kierując na nią swój wzrok. Nie byliśmy zbyt podobni do siebie z wyglądu, więc nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś podejrzewał nas o związek.
-  To dobrze...  W ogóle, co tak naprawdę się stało? Kto cię tak urządził? - Dopytywała, poprawiając włosy.
- Nie wiem, nie znam ich... - Mruknąłem spoglądając w stronę kas.
- Ale za co?
-Wiesz... Bo wiedzieli, że jestem gejem i im się to nie spodobało. Tylko niemów Doi'emu, dobrze? Zrobiłby z tego aferę. - Poprosiłem, na co kiwnęła lekko głową. Przypomniało mi się, jak zaledwie dzień wcześniej blondyn próbował wyciągnąć ode mnie więcej informacji dotyczących bandytów.
-Jasne. Chociaż myślę, że skoro... Jest twoim chłopakiem, to powinien wiedzieć...
-To już nieistotne... Nie ważne.
*    *    *
         Gdy w końcu nadszedł następny dzień byłem bardzo podekscytowany. W kawiarni miałem być na siódmą czterdzieści i o dziwo tak też się stało. Całkowicie bezproblemowo. W środku było kilka osób, które wycierały stoliki i przynosiły różne przedmioty z zaplecza, wszedłem tylnym wejściem, a przy drzwiach od razu natknąłem się na swojego nowego szefa.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, najwyraźniej wcześniej wyczekując mojego przyjścia. Zostałem szybko przedstawiony całemu zespołowi i wysłany do szatni, gdzie czekał na mnie typowy strój kelnera. Byłem na to przygotowany, ponieważ widziałem wcześniej współpracowników w takich samych strojach.
Co do współpracowników...
Bałem się, że nie zapamiętam ich imion.
Koki i Sachi będący baristami, Seki stojąca za kasą, Jiro i Kobo zajmujący stanowiska pozostałych kelnerów.
Póki co w kawiarni nie widziałem nikogo więcej.
Po zapoznaniu się ze swoimi obowiązkami oddany zostałem pod skrzydła Kobo. Był on brunetem, wiekiem niesięgającym trzydziestu lat. Był dość wysoki, ale o smukłej sylwetce. Jego skośne, ciemne oczy błyszczały radośnie za każdym razem, gdy tylko ktoś się do niego zwracał. Zdawał się być naprawdę radosną, pomocną osobą.
Mniej pozytywne wrażenie sprawiał drugi z kelnerów. Miał ciemne włosy i pewny siebie wzrok, którym mierzył mnie bardzo przeszywająco.
Mimo to wszystko szło gładko.
        Gdy otworzyliśmy kawiarnie do środka niemal od razu weszły trzy nastolatki. Stałe klientki, o czym natychmiast powiadomił mnie brunet. Po chwili udał się do nich i przyjął zamówienie.
Ten dzień spędziłem głównie na obserwacji, jednak przyjąłem też kilka zamówień. Z zdziwieniem obserwowałem baristów, którzy swoją sztuką zrobili na mnie ogromne wrażenie.
*    *    *
         Na wieczór umówiony byłem z Doi'm.
Idąc w stronę jego osiedla patrzyłem w ciemniejące niebo.
Kochałem to robić. Jednak świadomość, tego jak bardzo jest nieosiągalne była niepokojąca. Niebo było czymś, czego my - ludzie nigdy nie zrozumiemy. Pozostaje nam jedynie podziwianie jego piękna i pozwalanie na zabranie swoich myśli w stronę marzeń.
        Dość szybko znalazłem się pod domem chłopaka i zastukałem do środka. Po chwili drzwi uchylił blondyn.
 Tym razem nasze powitanie wyglądało inaczej. Starszy objął mnie delikatnie i dość długo trzymał w swoich ramionach. Dopiero kiedy odsunąłem się od niego  i ujrzałem jego smutny wzrok zrozumiałem co wpłynęło na jego zachowanie.
-Chodź do środka. - Poprosił, a gdy tylko to zrobiłem zamknął za mną drzwi. - Musimy porozmawiać. - Oznajmił zabierając mnie do salonu. Westchnąłem, pocierając twarz obiema dłońmi. Przecież byłem na to przygotowany.
-Dobra, co jest? - Zapytałem, słysząc jak mówi coś na zupełnie inny temat. Słysząc te słowa odwrócił się w moją stronę. Całym sobą pokazywałem mu, że chcę mieć to już za sobą.
-Wiesz, że mi na tobie zależy, prawda? Kocham cię, ale... - Zaczął. jednak wyraźnie się zawahał. Wbił we mnie swój pewien wątpliwości wzrok.
Widziałem, że walczy sam ze sobą. Chyba dotarło do niego, że może się jeszcze wycofać, obrócić całą powagę sytuacji w żart.
-Ale musisz odejść. - Dokończyłem za niego.
- Przepraszam, Haruhiko.

________________________
Oto i przed ostatni rozdział ;3
Ostatni pojawi się na początku przyszłego tygodnia. Soł...
Proszę o komentarze I O GŁOSY W ANKIECIE! ( Po prawej stronie).

Kocham was misiaczki :*

wtorek, 3 czerwca 2014

Dreamer - Rozdział 24

Będąc nieprzytomnym widziałem ciemność. Czerń, która zalała mój umysł zdawała się dziwnie bliska i znajoma. Tak jakbym został zamknięty w ciemnym pokoju. Znałbym to pomieszczenie, ale jednocześnie nie poruszałbym się w nim tak pewnie jak na co dzień,  przy włączonym świetle.
Dana czerń zdawała się dziwnie przytulna i o dziwo wcale nie dodawała uczucia samotności. Po prostu w tym miejscu byłem sam ze sobą i swoimi myślami. Właściwie to bez myśli. Czułem się tak, jakby ktoś wyłączył moją możliwość tworzenia rozmyśleń.
Niepokojące było też to, że nie czułem swojego ciała. Tak jakby została tylko dusza.
To uczucie było naprawdę ciekawe. Niecodzienne, ale na swój sposób całkiem przyjemne.
W pewnej chwili, niczym dalekie echo zaczęły docierać do mnie strzępki słów. Na początku nie znaczyły one nic, wkrótce jednak zaczęły tworzyć spójne całości.
- Nie powinien już się obudzić? - To było pierwsze,  w pełni usłyszane przeze mnie zdanie. Niestety nie do końca zrozumiałe.
Bodźce docierały do mnie naprawdę powoli. Równie powoli odzyskiwałem zdolność do racjonalnego myślenia.
Czułem na skórze szorstką pościel, zaś w powietrzu unosił się charakterystyczny, świeży zapach pojawiający się po burzy. Kolejnym co poczułem było delikatne ciągnięcie za włosy. Jakby ktoś je przeczesywał.
Zdobyłem się na lekkie uchylenie jednej z powiek. Czułem się naprawdę skołowany, a mój umysł wciąż był uśpiony po wielogodzinnym śnie.
Skupiłem wzrok na blond mężczyźnie, w którym po chwili rozpoznałem Doi'ego. Siedział przy moim łóżku i leniwie bawił się moim rozrzuconymi na poduszce włosami. Jego twarz była zwrócona w stronę sufitu, zaś on sam słuchał słów stojącej niedaleko kobiety.
Mój puls gwałtownie podskoczył, gdy zorientowałem się gdzie jestem.
Białe ściany, biały sufit. Obróciłem lekko głowę, by zobaczyć resztę przestrzeni, jednak wraz z tym ruchem usłyszałem radosne słowa blondyna.
- No nareszcie się wybudziłeś, nawet nie zdajesz sobie sprawy jak nas przestraszyłeś! - Wyznał szczęśliwy. Spojrzałem w jego stronę, po czym dostrzegłem na jego twarzy uśmiech pełen ulgi. Niespełna wybudzony nic nie odpowiedziałem, kontynuując zapoznawanie się z pomieszczeniem, w którym się znalazłem. Przy łóżku w którym leżałem stała niewielka biała szafka, na której znajdował się szklany wazon, zaś w nim kilka czerwonych tulipanów. Na jej klamce powieszona była zielona siatka, z której wystawały kupione przeze mnie gazety.
Spojrzałem za okno, jednak widziałem tam jedynie jasne niebo i zarys kilku budynków. Musieliśmy być naprawdę wysoko.
- Doi, gdzie my jesteśmy? - Zapytałem zachrypniętym głosem, którego nigdy nie nazwał bym własnym. Odkaszlnąłem, patrząc jak Yui uśmiecha się do mnie uspokajająco po czym wychodzi, zostawiając za sobą nie domknięte drzwi.
- W szpitalu.
- Dziwnie tu. - Mruknąłem, czując jak ból powoli zaczyna do mnie docierać. Cały tors i brzuch dokuczały mi przy każdym ruchu. Jednej z rąk w ogóle nie czułem co w tej sytuacji wydawało się aż nadto niepokojące. Słyszałem, że blondyn coś jeszcze mówi, dotykając niepewnie mojego policzka. Stęknąłem, jednak nie poczułem jego dotyku na skórze. Na policzku znajdował się jakiś opatrunek.
Nie myślałem nad tym długo, ponieważ w tej samej chwili do sali wszedł lekarz.
- Mógłbym was prosić, żebyście na chwilę wyszli? Chciałbym zbadać Pana Nakao. - Mruknął znudzonym głosem. Doi od razu wstał, raz jeszcze posłał mi spokojny uśmiech po czym pociągnął stojącą u progu drzwi Yui i zamknął je za nimi.
*    *   *
Wraz z wizytą lekarza dowiedziałem się, że spałem przez dwa dni, mam obite ciało - Co zdążyłem sam zauważyć - I połamane żebra, przez co każdy ruch sprawiał mi niemały ból. Oczywiste było, że najbardziej ucierpiał mój tułów. Ręka również była pełna siniaków i zadrapań, jednak niemal wcale mi nie przeszkadzała.
Widząc wyraz nie zadowolenia na mojej twarzy mężczyzna poprosił pielęgniarkę o podanie mi leków przeciwbólowych po czym przekazał jeszcze kilka informacji i wypytał o powód mojego pobicia.
Z samego początku chciał zgłosić sprawę na policję, jednak dzięki moim błaganiom i tłumaczeniom zgodził się ją zignorować.
Po Jego wyjściu w pokoju pojawili się ponownie Doi i Yui. Dopiero teraz dostrzegłem ich podkrążone oczy i nieco rozczochrane fryzury, czułem się za to winny.
-Wyspałeś się ? - Zapytał blondyn, zajmując miejsce na krześle przy moim posłaniu. Brunetka usiadła w nogach łóżka i uśmiechnęła się do mnie pociesznie.
- A wiesz, że nie bardzo? - Zaśmiałem się cicho, ponieważ mimo przespania ponad czterdziestu ośmiu godzin czułem jakbym nie spał w ogóle.
- Kto ci to zrobił, Haru- Chan? - Dopytywał zaniepokojonym głosem. Odkaszlnąłem wzruszając ramionami. Nie chciałem mu mówić, że spowodowane to było moją powiększającą się, złą sławą. Przecież od początku wiedziałem, że nie wszyscy będą akceptowali moją inność.
- Jacyś pijacy. Co tak cicho siedzisz? - Zapytałem siostry, która wpatrywała się w ekran telefonu, najpewniej oczekując jakiejś wiadomości. Mój chłopak wciąż patrzył na mnie z niepokojem, jednak udawałem, że tego nie widzę.
- A Tak jakoś. - Mruknęła, po czym skierowała na nas swój wzrok. - Wiesz... Zaczęliśmy planować ślub. - Wyznała, zaś na jej policzkach pojawił się delikatny, dziewczęcy rumieniec.
- Wchodzisz za mąż, Yui? - Zapytał zdziwiony mężczyzna, zerkając na nią z zaskoczeniem, ale i domieszką ekscytacji. Czasem opowiadałem mu o swojej siostrze. Nie często, ale jednak. Widać, że informacje o jej narzeczonym przypadkiem pominąłem.
-Tak, za kilka miesięcy. - Odpowiedziała, skupiając się na niebieskookim. Od razu widać było jak dumna jest z tego faktu.
- Super. - Stwierdziłem nieco mniej radośnie.
- Tak, pomyśleliśmy, że najwyższy na to czas. Przecież jesteśmy zaręczeni od ponad pół roku. - Dodała. - Ale nie mogę się zdecydować, gdzie urządzić wesele... A przecież ono musi być. - Oznajmiła, zaciskając dłoń na kołdrze. Kiwnąłem głową, po czym przykryłem się mocniej nakryciem. Ułożyłem się wygodniej, skupiając się na słowach kobiety.
-Oczywiście. - Roześmiał się Doi, sięgając dłonią do mojej ręki.
-Ale dzieci jeszcze nie planujecie, nie? - Zapytałem by się upewnić. Odkąd spędziłem czas z Masao przekonałem się nieco do tych małych istotek. Chociaż sam nie planowałem zostać tatusiem.
- Nie, jeszcze nie. Za młoda jestem, Haru- Chan. - Oznajmiła, patrząc na mnie z pobłażliwym uśmiechem. - Tak w ogóle, dobrze się czujesz? Nawet nie zapytaliśmy...
- Jakby coś go bolało, to już by się skarżył. - Stwierdził Doi, z miną znawcy. Zaśmiałem się, chwytając jego dłoń w swoją.
Jeszcze jakiś czas posiedzieliśmy w trójkę, po czym moja siostra oznajmiła, że się zbiera. Miała dziś spotkanie w klubie malarskim. Po krótkim wyjaśnieniu blondynowi na czym to polega ucałowała mnie w odsłonięty policzek, życzyła szybkiego powrotu do zdrowia i obiecała następne odwiedziny. Kilka sekund później drzwi się za nią zamknęły.
Spojrzałem na odprężonego mężczyznę, po czym posunąłem się delikatnie robiąc mu tym samym miejsce w łóżku.
Z początku Doi nieco się sprzeciwiał, jednak po moich namówieniach zdjął bluzę i usiadł przy mnie. Zdecydowanie mi to pasowało. Odkryłem, że na prawdę lubię czuć jego ciepłą skórę przy sobie.
Sięgnąłem po siatkę z gazetami i oparłem głowę o ramie niebieskookiego.
 -Pokażę Ci coś. - Oznajmiłem pamiętając swoje wcześniejsze postanowienie. Musiałem udowodnić mu, że to ja miałem racje. Odszukałem w magazynie odpowiednią stronę i pokazałem ją Doi'emu. Ten przysunął się jeszcze bliżej, jednocześnie uważając by za bardzo nie napierać na moje poobijane ciało.
- Zdjęcia. - Stwierdził, patrząc na spięte kartki. - Coś z nimi nie tak?
- Nie wierzyłeś mi, że ta babka robi nam zdjęcia. - Przypomniałem odwracając twarz bardziej w jego stronę. Zamiast usłyszeć odpowiedzi poczułem delikatny całus na czole.
- Musisz się przyzwyczaić do tego, że je ci robią. W końcu jesteś moim chłopakiem.
-Ale ty skromny jesteś. - Mruknąłem z uśmiechem, wracając wzrokiem do gazety. Właściwie nie pisało w niej nic, czego już bym nie słyszał. Domysły na mój temat, oskarżenia o wykorzystywanie Doi'ego, ale było również dodane, że może faktycznie jesteśmy ze sobą szczęśliwi.
- Wiem. - Odparł, opierając głowę o poduszkę. - Ile musisz tu zostać?
-Co najmniej cztery dni. Chcą mieć pewność, że nic mi nie jest. - Wyjaśniłem, skupiając się na tekście.
- Wiesz, może... - Zaczął blondyn jednak nie skończył, ponieważ rozdzwonił się jego telefon. Odsunąłem się od mężczyzny, pozwalając mu wstać i podejść do okna, ponieważ to właśnie na jego parapecie leżał przyrząd.
- Tak, słucham? ... Jeszcze nie wiem... Do końca miesiąca... Dobrze, Dowiedzenia. - Szybko zakończył rozmowę. Spojrzałem na niego podejrzliwie oczekując wyjaśnienia, krótka wymiana zdań wydała mi się naprawdę dziwna.
 Blondyn z powrotem usiadł przy mnie, po czym pozwolił bym raz jeszcze oparł się o jego ramie. Starałem się nie wykonywać zbyt wielu ruchów, ponieważ mimo leków przeciwbólowych ciało wciąż mnie nieco bolało.
- Kto to? - Udałem obojętność chociaż tak naprawdę byłem tego niezmiernie ciekawy.
- Menager.
- A po co? - Dopytałem jeszcze bardziej zaintrygowany. Wiedziałem, że Doi póki co wciąż musi utrzymywać z nim kontakt. Niebieskie oczy spojrzały na mnie z powątpiewaniem, po czym usłyszałem ciche westchnięcie.
- Ostatnio... Dostałem propozycję uczestnictwa w programie rozrywkowym. - Wyznał, na co złożyłem magazyn i odsunąłem go od siebie. Znacznie ciekawsze było słuchanie spokojnego, teraz również niepewnego głosu blondyna.
- Fajnie. -Uśmiechnąłem się do niego, jednak on nie odwzajemnił gestu. - Nie fajnie?
- Muszę odmówić... - Wyjaśnił swoją niezadowoloną minę. Pamiętałem, że kilka miesięcy temu starszy wyjawił mi, że chciałby wziąć w takim przedsięwzięciu udział, dlatego też nie rozumiałem dlaczego nie chce zaakceptować tej szansy.
- Dlaczego? - Zapytałem patrząc na niego nierozumnym wzrokiem.
-Byłby kręcony w Londynie. Musiałbym się tam wyprowadzić. - Oznajmił. Między nami zapadła chwila ciszy. Próbowałem zrozumieć słowa blondyna, które nagle zdawały się brzmieć całkowicie bezsensu. - Musiałbym Cię zostawić. Na początku myślałem, że mógłbyś pojechać ze mną...
- Wiesz, że nie zostawię Yui ani Kochiko. - Stwierdziłem szybko. - Poza tym mam tu rodziców i dziadków.
- Właśnie w tym problem. W tym, że wiem to aż za dobrze. Dlatego..
- Doi. - Przerwałem mu skupiając na sobie jego wzrok. - Jeśli chcesz... Możesz pojechać. Nie chcę cię ograniczać, trzymać w złotej klatce. - Burknąłem patrząc mu w oczy. Wiedziałem, że to nie o to chodziło w związku. Mimo, że to była moja pierwsza miłość... To rozumiałem jej znaczenie. Chciałem uszczęśliwiać Imade, nawet jeśli znaczyłoby to związek na odległość.
- Haru.. Możliwe, że jeśli wyjadę już stamtąd nie wrócę. - Powiedział ciszej. Spuściłem głowę, patrząc szeroko otwartymi oczyma w nieskazitelnie białą pościel.
- C-Co? Nigdy? - Jęknąłem nie mogąc w to uwierzyć. To znaczyło by nie związek na odległość, a jego całkowity koniec.
- Możliwe, że nigdy. - Powtórzył. - Kontrakt jest pięcioletni. Jeśli miałbym tu przyjechać, to najwcześniej za pięć lat. Dlatego zrezygnuję. - Stwierdził, ostatnie zdanie wypowiadając nadzwyczaj pewnym swego głosem. Szkoda tylko, że mi tej pewności brakowało.
- Zastanów się jeszcze nad tym... Drugiej takiej szansy możesz nie dostać. - Poprosiłem, unosząc głowę.
-Tak... - Westchnął, skupiając wzrok na magazynie. - Co tam jeszcze ciekawego pisze? - Zapytał, próbując się uśmiechnąć. Tym razem ten gest nie wyszedł zbyt szczery.
- Hm... - Zamyśliłem się otwierając gazetę na przypadkowej stronie. Potrzebowałem oderwać się od wcześniejszej myśli. -  Date Ochiyo dostała nową rolę.
*    *    *
-Doi...Nie śpij. - Zaśmiałem się, gdy poczułem jak ciało blondyna staje się coraz bardziej rozluźnione. Ten od razu rozchylił przymknięte powieki i skierował na mnie rozkojarzone spojrzenie. Byłem pewny, że nie spał zbyt wiele, gdy byłem nieprzytomny.
Wiem, że zabrzmi to samolubnie. Jednak to było całkiem przyjemne. Świadomość, że ktoś tak bardzo się o ciebie martwi, że przestaje przejmować się własnymi potrzebami.
-Nie śpię! - Oznajmił donośnie, przecierając zamglone oczy.
- Śpisz. Idź już do domu. I tak za pół godziny kończą się odwiedziny. - Popchnąłem Go w ramie, by wstał, co też niechętnie zrobił. Poprawił uchyloną kołdrę po czym wbił we mnie swój wzrok.
- A Ty co będziesz robił? - Zapytał, uśmiechając się do mnie. Po chwili podszedł do uchylonego niedawno okna i zamknął je całkowicie.
-Znajdę sobie zajęcie. Nie martw się. - Wtuliłem głowę w poduszkę.
- Poczekaj... - Mruknął podchodząc do przewieszonej przez krzesło kurtki. Zaczął przeszukiwać jej kieszenie po czym z uśmiechem wrócił do łóżka i wyciągnął do mnie otwartą dłoń. Na niej leżało czarno-białe urządzenie, dookoła którego zawinięte były słuchawki. - Proszę, żebyś się nie nudził.
- Mp4? - Spróbowałem się upewnić. Blondyn nachylił się nade mną i przejechał palcem po płaskich klawiszach.
- Tak. Możesz posłuchać muzyki. Tutaj włączasz. - Pokazał mi boczny guzik. - A tutaj przełączasz. Reszty się domyślisz. - Oznajmił odsuwając się. W mojej dłoni zostawił odtwarzacz.
- Na pewno mogę pożyczyć?
- Tak, jasne. - Upewnił mnie, przeczesując palcami pasma włosów. Ostatni raz nachylił się i złożył na moich ustach  bardzo delikatny pocałunek, uważając by nie naruszyć rozciętej wargi.
- Dobranoc, Haru. - Pożegnał się jeszcze.  - Napiszę ci sms'a jak będę w domu. - Dodał, wiedząc  o co zamierzam prosić. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Dobranoc, Doi.
*    *    *
Gdy blondyn wyszedł od razu usiadłem wygodniej i uruchomiłem urządzenie. Idąc za jego wskazówkami włączyłem jedną z ponad trzystu set piosenek.


Hej.
Wszystkie łzy spływają tak samo,
Wszyscy tak czujemy deszcz.
Nie umiemy się zmienić

Gdziekolwiek idziemy
Poszukujemy słońca,
Nie mamy miejsca, aby się zestarzeć
Zawsze jesteśmy w biegu
Mówią że zgnijemy w piekle
Choć nie sądzę by tak się stało
Wystarczająco nas napiętnowali
Odebrali nam prawo do miłości.
Jesteśmy wyjęci spod prawa miłości.
_________________________________________________________________________________
Powyższa piosenka jest jedną z moich ulubionych :) Adam Lambert - Outlawes Of Love. Mam nadzieję, że zrozumiecie co chcę nią przekazać i dostrzeżecie, że faktycznie nakrywa się z sytuacją z opowiadania <3

Rozdział jest. Wedle obietnicy :D
Wgl. Dziś zauważyłam, że cztery ( właściwie już pięć) dni temu minął rok odkąd zaczęłam pisać Marzyciela... Szybko zleciało, co nie ?:D
To...
Ostatnio było 15... To teraz

Dodacie 20 komentarz, a następnego dnia ( Po dwudziestym komentarzu) będzie rozdział :3
Miłej nocy skarbeńki. :3

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń