czwartek, 28 listopada 2013

Dreamer - Rozdział 11



Od razu pragnę podkreślić, że opisane tu święto jest przedstawione w sposób w jaki odbywają to Japończycy ;]
Chciałabym was troszkę zbliżyć do ich kultury :3
________________________________________
           Na zewnątrz znów padał śnieg, ale podobało mi się to. Przecież uwielbiałem to zjawisko. Kilka białych gwiazdek wleciało do pokoju przez lekko uchylone okno, które właśnie próbował zamknąć Doi, co niestety nie najlepiej mu wychodziło. Gdy w końcu mu się udało odwrócił się do mnie i spojrzał na robione przeze mnie kadomatsu * z nierozszyfrowaną miną.
-Czemu ziemia jest tej samej wielkości co niebo? - Zaśmiał się cicho siadając na przeciw mnie, na podłodze. Spojrzałem na bambusy ze zdziwieniem.
- Ja tu nie widzę ani ziemi ani nieba. -Stwierdziłem nico zawstydzony, czego nie okazywałem po sobie. Pierwszy raz robiłem noworoczne ozdoby. Moi rodzice nigdy się do tego nie palili, tak samo jak ja czy Yui.
O moim dzisiejszym zadaniu dowiedziałem się rano, gdy blondyn napisał do mnie, że muszę mu pomóc bo jego rodzina wyjechała do jakiejś ciotki. Poprosili Go o zrobienie kodomatsu, a oni mają zająć się shime-nawa**.  Jako, że ten dom ma dwa wejścia musieliśmy zrobić po dwie dekoracje.
-Nigdy tego nie robiłeś, nie? - Ponownie usłyszałem jego dźwięczny śmiech. Mężczyzna przysunął się trochę do mnie i spojrzał na leżące na ziemi niewielkie pnie bambusa i gałązki sosny. - Każdy z nich musi mieć inną wysokość. Jeden ma symbolizować niebo, drugi ziemie, a trzeci ludzkość. - Mówił biorąc po kolei różnej wielkości bambusy.  Dekoracje, które przyszło mi dziś tworzyć były sporo niższe niż kiedyś. W dawniejszych czasach pnie te potrafiły sięgać półtora metra, a teraz około pół metra.
- Sosna to nieśmiertelność. - Dodał mężczyzna na koniec.
Kiwnąłem głową, dając mu znak, że rozumiem. Wyszukałem wśród tych patyków trzy różnej wielkości i kilka gałązek sosny.
- Pomożesz zawiązać? - Poprosiłem, kiedy drugi raz z rzędu błękitna wstążka była za mało zaciśnięta, przez co wiązanka po prostu się rozpadała. Starszy z nas nic nie mówiąc podszedł i uklęknął przy mnie zawiązując tasiemkę. Ja w tym samym czasie przyglądałem mu się z bliska. Oceniałem w myślach jego jasnego koloru oczy, jego niedługie, ale gęste rzęsy i pełne, jasne wargi. Przeniosłem wzrok na jego włosy, zastanawiając się czy naprawdę są tak miękkie jak się wydają. - Mogę dotknąć twoich włosów? - Spytałem bezmyślnie, gdy mężczyzna zaczął się odsuwać. Jego twarz wyrażała zdziwienie, jednak z ust nie znikł uśmiech. Kiwnął głową dając mi pozwolenie, które od razu wykorzystałem. Odsunąłem dekoracje i wsunąłem palce w jego przydługie włosy. Faktycznie były miękkie, tak samo jak się tego spodziewałem. W skupieniu głaskałem jego blond kłaczki, ignorując cichy śmiech mojego towarzysza, byłem jednak pewien, że nie jestem pierwszą osobą z taką prośbą. Przecież to naturalne- Ta ciekawość.
-I jak? - Zapytał widząc jak się odsuwam. Usiadłem obok niego, skupiając oczy na wiązance.
- Miękkie. - Mruknąłem cicho. Nie musiałem zastanawiać się nad odpowiedzią. Doi, najpewniej usatysfakcjonowany sięgnął do swoich roślinek i tak jak ja zaczął wpinać w nie dodatki.
*    *    *
-Spotkamy się w świątyni? - Usłyszałem gdzieś za swoimi plecami, gdy zajmowałem się niesfornymi sznurowadłami trampek. Przegryzłem delikatnie wargę spoglądając za siebie.
-Co z twoją rodziną?
- Daj spokój.. Będzie tyle ludzi, że nie zauważą, że zniknąłem. - Kiwnąłem głową i podniosłem się ostatni raz zerkając na buty. Przeniosłem wzrok na Doi'ego, który dziwnie się we mnie wpatrywał. Trochę speszony zacząłem zapinać kurtkę.
- Prawie nigdy się nie uśmiechasz. - Stwierdził, opierając się o ścianę, niedaleko mojego położenia.
- Znasz mnie od kilku miesięcy. Nigdy Ci to nie przeszkadzało.
-Nie zauważyłem. - Skwitował. Podszedł do mnie i stanął na przeciw. Wciąż się uśmiechał, co sprawiało, że czułem się jeszcze bardziej niepewnie niż chwilę temu. Wyciągnął obydwie dłonie do mojej twarzy, przez co wręcz odruchowo się cofnąłem. Niebiesko-oki uszczypnął mnie lekko w policzki i zarzucił mi kaptur na głowę, mamrocząc przy tym coś o pogodzie, po czym odszedł. - Napiszę do ciebie rano, umówimy się na którąś godzinę. A i nie zapomnij, że od jutra sklepy są zamknięte. - Dodał, siłując się z zamkiem drzwi. Westchnąłem zrezygnowany, ale tak naprawdę byłem mu wdzięczny za przypomnienie. Zapomniałbym.
Pożegnaliśmy się niezbyt wylewnie. Zostałem przyciągnięty do uścisku i już po chwili wyszedłem za bramy odgradzające domek. Idąc przez ulice wszędzie widziałem sprzątających lub robiących zakupy Japończyków. Będąc bliżej mojej kamienicy także wszedłem do sklepu by zrobić zapasy na najbliższe kilka dni, podczas których sklepy będą zamknięte.
 *     *     *
       Wreszcie nastał ostatni dzień roku. Z Doi'm umówiliśmy się na dwudziestą drugą, by razem iść do świątyni. Idąc tłumnie trudno było mi dostrzec blondyna, który na co dzień bardzo się odznaczał. Jakimś cudem to on przyuważył mnie. Był sam, więc domyśliłem się, że udało mu się odciąć od rodzinki. Przywitaliśmy się szybko i wraz z innymi ludźmi ruszyliśmy w stronę świątyni.
-Nie lubię jak jest tu tyle ludzi.. - Poskarżyłem się, gdy jakiś mężczyzna popchnął mnie lekko do przodu, samemu najpewniej się śpiesząc.
-Ja też nie. Chociaż ostatniego sylwestra w Japonii spędziłem... jakieś cztery lata temu. Ostatnim razem byłem w Londynie. - Pochwalił się. Widząc jak co chwilę potykam się o kamienną drużkę objął mnie lekko w pasie. Podziękowałem cicho, mimo to cały czas patrząc nieufnie na ścieżkę, która chwilę później zmieniła się w cienkie stopnie schodów.
-Nigdy nie byłem poza Japonią. - Wyznałem ustawiając się w jednej z trzech kolejek. Doi pojawił się w sznurze ludzi po mojej lewej stronie, byśmy mogli modlić się mniej więcej w tej samej chwili.
-Żałuj, Haru-Chan. - Uśmiechnął się po chwili cichnąc. Kiwnąłem jeszcze głową i skupiłem się na kolejce. Po dość długim czekaniu w ciszy wreszcie nadeszła moja kolej.
Przemyłem usta i dłonie w specjalnym strumyczku, wyjąłem z kieszeni sto jenów i wrzuciłem je do koszyczka. Pociągnąłem za gruby, nieprzyjemnie szorstki sznur, od razu słysząc dźwięk zawieszonego nade mną dzwonka. Klasnąłem dwa razy w dłonie, by mieć pewność, że moja modlitwa zostanie wysłuchana. Ludzie za mną czekali w całkowitej ciszy, aż skończę. Nikt się nie przepychał, nikt nie rozmawiał dzięki czemu łatwiej było mi się skupić. Gdy prosiłem Bóstwo o pomyślność na następny rok usłyszałem obok drugi dzwonek. Kontem oka zerknąłem na skupionego na swoim zajęciu Doi'ego i uśmiechnąłem się lekko, czego nie można było przyuważyć przez dość długie włosy, które skutecznie zasłoniły moją pochyloną głowę. Po skończeniu ostatni raz spojrzałem na blondyna i odszedłem kawałek od tłumu.
Jakieś dwie, trzy minuty później mój obiekt obserwacji dołączył do mnie.
- Idziemy po omikuji***? - Zapytałem skręcając w stronę drewnianej butki. Mój towarzysz radośnie przytaknął patrząc na papierowe wróżby. Wyciągnąłem jedną z karteczek, odwracając się do mężczyzny plecami. Ten na to zaśmiał się cicho i także sięgnął do pojemnika. - Wielkie szczęście. - Przeczytałem tryumfalnie, odwracając się w jego stronę.
- Nieszczęście. - Prychnął z nieco zmartwioną miną. Chwycił mnie mocno za rękę i szybko podreptał do czerwonego stojaka na którym wisiało już sporo sprawnie związanych wróżb. - Muszę się tego szybko pozbyć. - Ocenił.
 Gdy otrzymuje się złą wróżbę tak właśnie się robi i mimo, że ten pośpiech i strach uważałem za chory, to w tej chwili nieco bawiło mnie zachowanie Doi' ego, który w chwili moich rozmyśleń dość niezdarnie wiązał wróżbę.
- Musisz zrobić kółko i przez środek przełożyć tą tasiemkę. - Podpowiedziałem, jednak widząc jak się męczy zlitowałem się i podszedłem bliżej. Odsunąłem delikatnie jego dłonie i samemu zawiązałem jego nieszczęście. - I już. - Zadecydowałem, odwracając się w jego stronę. Doi uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do mnie rękę by pomóc mi zejść z podestu. To było o wiele łatwiejsze niż okrążenie tych wszystkich stojaków i zejście schodkami więc skorzystałem z jego pomocy.
W tej samej chwili w okolicy rozległ się pierwszy z stu ośmiu uderzeń dzwonu. Tak zwane Joya-no kane. Każde z uderzeń symbolizuje jeden grzech przypisany człowiekowi. Grzechy zamyka sto siódme uderzenie. Dokładnie o północy usłyszeliśmy ostatnie uderzenie świadczące o rozpoczęciu nowego roku.
W ciągu tego rytuału zdążyliśmy się dość daleko oddalić. Ostatnią naszą przewidzianą na dziś atrakcją było tradycyjne oglądanie wschodu słońca. ( hatsu-hindoe) Jako, że do tego wydarzenia zostało jeszcze sporo czasu to zawędrowaliśmy do domu Doi' ego. Od razu przywitało nas szczekanie Toi, która wybiegła z kuchni. Nie za bardzo zwróciłem na nią uwagę zajęty rozmową z mężczyzną. Właściwie to blondyn mówił, a ja słuchałem, co bardzo mi odpowiadało.
Przeszliśmy do salonu, gdzie panował nieskazitelny porządek. Kiedy dobrałem się do czekoladowego ciasta, które zostało po wczorajszych pożegnaniach roku coś zwróciło moją uwagę. Papierowe monety. Małe, złote z japońskimi znakami Kanji. Uśmiechnąłem się do siebie nieco zdziwiony. Monety te paliło się dla ducha, by miał on odpowiednie warunki po śmierci.
- Doi? Dla kogo... - Zacząłem, gdy blondyn pojawił się w pomieszczeniu niosąc jakieś ciastka.
- Dla mojego brata.- Przerwał mi, domyślając się reszty pytania. Usiadł na przeciw.
- Yhym.. A.. Czemu właściwie.. nie żyje? - Zapytałem niepewnie. Dobrze wiedziałem, że to nieuprzejme, jednak ciekawość niemal zżerała mnie od środka. Zmrużyłem zmęczone już oczy, wpatrując się w Doi' ego.
- Został zamordowany. Mieliśmy włamanie, kilka lat temu. Był sam ... Udusili Go. - Dodał. Wydawał się przyzwyczajony do tego pytania. Mówił takim samym tonem jak wcześniej jednak uśmiech zniknął z jego twarzy. Zdawał się teraz nieco starszy, poważniejszy.
Zadrżałem słysząc ostatnie stwierdzenie. Od razu przypomniały mi się uciążliwe sny. Sytuacje, które przeżywałem niemal co noc.
Co noc czułem ten nieznośny uścisk na szyi.
Co noc byłem całkowicie bezbronny.
Co noc umierałem.
-Przykro mi. - Mruknąłem cicho, patrząc smutno w ciastko trzymane przeze mnie.
- Niepotrzebnie. A co z twoimi rodzicami? Mówiłeś tylko, że nie żyją. - Oparł głowę o dłoń, zaś łokieć o stół i wpatrywał się we mnie.
-Yhym. - Przegryzłem wargę, nagle żałując, że zacząłem ten temat.
- Nie mów jeśli nie chcesz. - Zaznaczył szybko Doi, widząc zmianę na mojej twarzy. Nawet maska obojętności nie potrafiła jej zamaskować.
- W porządku. Ojciec miał wypadek samochodowy, a Matka popełniła samobójstwo kilka dni później. Zmarli prawie rok temu.
- Niedawno... - Wtrącił blondyn, przyglądając mi się uważnie. W tej chwili poczułem z nim dziwną więź. Był pierwszą osobą, której potrafiłem wyznać prawdę o mojej rodzinie.
- Właściwie nie byli moimi rodzicami. Adoptowali mnie. Nie wiem, kim jest moja biologiczna rodzina. - Wyznałem cicho, zerkając na niego niepewnie. Dobrze widziałem zdziwienie malujące się na jego twarz.
-Nie chciałbyś ich odszukać? - Wyciągnął do mnie dłoń, tak samo jak kilka dni temu. Tym razem poczułem jego dotyk na moim ramieniu. Dłoń powoli zjeżdżała na przedramię, nadgarstek aż w końcu delikatnie zacisnęła się na mojej.
-Nie... Skoro mnie oddali, to znaczy, że mnie... Nie chcieli... - Szepnąłem właściwie bardziej do siebie niż do niego. Nie lubiłem o tym myśleć, to było dla mnie przykre. Wiedza, że zostałem po prostu porzucony przez kogoś, kto powinien się mną zaopiekować. Przecież rodzice powinni uczestniczyć w całym moim życiu, ale zrezygnowali z tego. Nawet nie przejmowali się moim dalszym losem. Byłem im całkowicie obojętny.
*      *        *
Wschód słońca oglądaliśmy w ogrodzie za domem Doi' ego. Był dość duży, lekko uproszony śniegiem. Toi biegała po nim, merdając swoim pędzelkowatym ogonem.  Stałem pod daszkiem nieco zmarznięty, mieląc w dłoniach skrawek kurtki. Doi stał obok mnie patrząc z zaciekawieniem w niebo.
- No to rozpoczyna się nowy rok. Trzeba zapomnieć o poprzednim. - Mruknął jakby do siebie. Kiwnąłem powoli głową, wciąż myśląc o rodzicach. O tym kim mogliby być, ile mieliby teraz lat, o tym czy mam rodzeństwo. Największą zagadkę stanowiło jednak to czemu mnie oddali? - Nie myśl już o tym. - Poprosił Doi, odwracając się gwałtownie w moją stronę. Przeniosłem wzrok z pomarańczowego nieba na jego niebieskie oczy.
- Staram się. - Zaśmiałem się cicho. Blondyn westchnął i objął mnie w pasie przyciągając do siebie. Położył swoją brodę na moim ramieniu.
- Ich strata. - Dodał na koniec, chwilę staliśmy w bezruchu, ogrzewając siebie nawzajem. - Szczęśliwego nowego roku, Haru-Chan. Życzę Ci zdrowia, szczęścia.. hm.. Żebyś przestał myśleć o rodzicach i zaczął chociażby o mnie... O i żebyś częściej się uśmiechał. Tak, tego najbardziej. - Wyrecytował szeptem. Zaśmiałem się cicho, przytulając Go mocniej nieco rozczulony. Poczułem zimny powiew wiatru na odsłoniętej skórze. Doi także się zaśmiał, w następnej chwili przykładając swoje przyjemnie ciepłe wargi do mojej szyi, na co zadrżałem.
-Doi?
- To na szczęście. - Skwitował odsuwając się lekko i patrząc na mnie tym czułym wzrokiem.
________________________________________
Przywaliłam nie?
Bardzo dużo japońskich nazw prawda?
No to tłumaczymy...
kadomatsu- To takie japońskie dekoracje noworoczne. Japończycy obchodzą sylwestra tak jak my święta. :) Kodomasu to właśnie trzy cienkie pnie bambusa i gałązki sosny ,wszystko związane i udekorowane według uznania. Stawiane są przed wejściem do domu.
 shime-nawa - Też rodzaj japońskiej ozdoby. Tylko to taki.. pleciony sznur z słomy ryżowej. Ma chronić miejsce w którym się znajduje. Zazwyczaj wiesza się go nad drzwiami.
omikuji- Przepowiednie  zapisane na paskach papieru. Od stopnia wielkiego szczęścia po stopień wielkiego nieszczęścia. Niektóre przedstawiają tylko te stopnie, a inne także to co się stanie. Zależnie od świątyni. W razie złej wróżby wiesza się je na specjalnym stojaku lub drzewku, bowiem jeśli przepowiednia zostanie w świątyni to możliwe, że się nie spełni.

Całusyyyy :*

sobota, 16 listopada 2013

Dreamer - Rozdział 10


(...)Czułem palce przesuwające się powoli po mojej szyi. Próbowałem wstać i uciec jednak czułem jak mój oprawca przenosi lewą rękę na moje ramie, ściskając je tak mocno, że nie miałem szansy wyrwać się. Zimne palce prawej dłoni przeniosły się na mój policzek. Nieznajomy wciąż siedział za moimi plecami, przez co nie mogłem odwrócić się, by zobaczyć jego twarz. Byłem pewien, że był mężczyzną. Dłoń spowrotem zjechała na moją szyję i mocno się na niej zacisnęła. Towarzysząca snom gra na skrzypcach gwałtownie się zakończyła, przerwała. Moje oczy zamknęły się... 

Gdy dalsza część snu zakończyła się, niemal automatycznie otworzyłem oczy oddychając szybko. W okół mnie było całkowicie cicho, ale dość jasno. Najpewniej był już ranek. Przetarłem twarz i w tej samej chwili zastygłem w kompletnym bezruchu. Moje policzki były nieco wilgotne, co dotychczas się nie zdarzało. Podniosłem skopaną pościel i dość agresywnie przetarłem moje policzki. Starając się zapomnieć o chwili słabości podniosłem się z łóżka i poszedłem do łazienki przebrać się i odświeżyć. Szybko zrobiłem co zrobić miałem i zawędrowałem do kuchni. Potem wraz z jogurtem truskawkowym i łyżeczką ruszyłem do salonu, na kanapę. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu, było blisko godziny czternastej, więc miałem jeszcze trochę czasu przed spotkaniem z Doi'm.
Starałem się o tym nie myśleć, jednak cieszyłem się, na spotkanie z nim. Wcale nie zamierzałem go wykorzystać, okraść czy po prostu zranić. Stał się dla mnie naprawdę ważny, a ja powoli przyswajałem do siebie ten fakt. Wydawał mi się osobą, która ciągle się uśmiecha, która nie ma problemów. Ale on tak naprawdę po prostu się nimi nie przejmował. Wydawało mi się, że patrzy jedynie w przyszłość, przeszłość zostawiając za sobą.
Był jedyny w swoim rodzaju, nie czułem się przy nim gorszy, mniej wartościowy dla świata. Z Doim czułem się po prostu dobrze i mimo początkowej niechęci teraz chciałem być kolejną osobą, której posyłał swój prawdziwy uśmiech, a nie ten specjalnie wyćwiczony na scenę.
*     *     *
W prawdzie do parku spóźniłem się jakieś dziesięć minut, jednak czekający na mnie blondyn nie wydawał się zły, może jedynie nieco zniecierpliwiony. Od razu w oczy rzucił mi się kaptur zarzucony na głowę. Pewnie nie chciał by ktokolwiek go poznał. Na szczęście było na tyle zimno, że ten fakt nie wydawał się nikomu dziwny.
Ku mojemu ogólnemu zdziwieniu, na przywitanie zostałem delikatnie przytulony.
-W końcu znów cię widzę. - Zaśmiał się cicho Doi, po czym odsunął się na odległość ramienia, co nieco mnie zasmuciło. Gdy zdałem sobie sprawę z tego uczucia, od razu odsunąłem się jeszcze trochę i przeniosłem wzrok na małego towarzysza piosenkarza. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, ale bałem się, że blondyn zwróci na niego uwagę, przecież starałem się nie pokazywać uczuć. Doi faktycznie zauważył zmianę na mojej twarzy, jednak skwitował ją jedynie podobnym gestem. Gdy ukucnąłem obok psiaka on zrobił to samo.
-Twój? -Zapytałem od razu, patrząc na niewielkiego pieska, który od razu zaczął mnie obwąchiwać.
-Tak, od niedawna. Nazywa się Toi. - Wyciągnął dłoń i poprawił czerwone ubranko psiaka.
-Ile ma?
- Osiem miesięcy. - Odpowiedział i wstał. Od razu zaczął ciągnąć mnie do góry za kaptur, jednak nie potrafiłem się powstrzymać przed pogłaskaniem Toi i zmolestwaniem jej uszu.
-A jaka rasa?
-Cavalier King Charles Spaniel. - Wyrecytował, na co aż podniosłem głowę, by na niego spojrzeć.
-Jak Ty... To zapamiętałeś? - Patrzałem na niego zdziwionymi oczami. Z całej nazwy potrafiłem powtórzyć jedynie 'Spaniel'. W końcu oderwałem się niechętnie od psa i wstałem.
- Tak jakoś. Chodźmy, bo wszyscy zmarzniemy, stojąc tak w miejscu. - Zadecydował, a mnie nie pozostało nic oprócz posłuchania Go.
Chodziliśmy po uśpionym parku jakieś czterdzieści pięć minut. Rozmawialiśmy głównie o naszym podejściu do świąt. Przy okazji ponownie złożyliśmy sobie spóźnione życzenia. Nawet nie zauważyłem kiedy udało mi się uprosić Doiego o smycz Toi, dzięki czemu to ja ją prowadziłem. Była naprawdę ładna i zadbana. Chociaż blondyn wyznał mi, że jego rodzina bardzo jej nie lubi. Doszedłem więc do wniosku, że to Doi musiał o nią dbać. Właśnie on po jakimś czasie zadecydował, że pójdziemy się do niego ogrzać. Sprzeciwiałem się aż do momentu, w którym zauważyłem, że niewielki piesek drga z zimna. Nie miałbym sumienia pozwalając jej dalej się męczyć.
Byłem trochę zaciekawiony, gdzie może mieszkać Doi, ten od razu ostrzegł, że od pół roku mieszka z rodzicami, by mieć bliżej do innych członków zespołu.
Miejscem jego zamieszkania okazał się niewielki, jednorodzinny domek. Na zewnątrz był kremowy z ciemno brązowym dachem.
Wchodząc do środka byłem trochę przestraszony, ale nie pokazywałem tego po sobie. Tai od razu zaszczekała, okazując tym samym swoje przybycie. W chwili ,gdy odwieszaliśmy kurtki z pomieszczenia obok wyszła zdezoriętowana kobieta, której oczy od razu spoczęły na mojej osobie. Miała ona ciemne włosy, sięgające nieco poza ramiona. Były podobnej długości do moich. Jej twarz wyglądała młodo, chodź najpewniej jej właścicielka była matką Doi'ego.
-Szybko wróciłeś, myślałam, że coś się stało. - Powiedziała od razu, odrywając odemnie na chwilę wzrok. Wyglądała na osobę poważną, rzadko się uśmiechającą, dlatego zdziwiłem się, gdy kąciki jej warg uniosły się do góry.
- Wszystko w porządku, po prostu jest bardzo zimno. To Haru. - W tej chwili wskazał na mnie, przez co znowu poczułem na sobie nieprzyjemny wzrok. - To moja mama. - Tym razem jego słowa skierowane były do mnie. Przywitałem się grzecznie z kobietą, po czym postanowiliśmy zrobić sobie herbatę.
Gdy matka Doiego zniknęła z zasięgu naszego wzroku, a Ja zamierzałem ruszyć za chłopakiem poczułem na sobie kolejny wzrok. Spojrzałem za siebie, na schody. Na jednym z dolnych stopni stała młoda dziewczyna. Mogła mieć z 14 lat. Miała duże brązowe oczy które.. Były przeraźliwie smutne, niemal puste. Patrzyła na mnie, jakbym jej zabrał najcenniejszą rzecz na świecie. Jakbym odebrał jej to co najbardziej kochała, ale wiedziałem, że to nie o to chodzi.
-Chodz Haru. - Usłyszałem prośbę z kuchni, jednak czułem się jak marionetka. Dziewczyna wydawała się hipnotyzować swoim smutkiem. Nagle opuściła głowę, nie zrywając kontaktu wzrokowego. - Zrobiłem herbatę. - Tym razem Doi wyszedł z kuchni, gwałtownie oderwałem wzrok od młodszej i spojrzałem na chłopaka, który najpewniej był jej bratem.
-Już, idę. - Uśmiechnąłem się, a moje myśli ponownie wróciły do piosenkarza, który złapał mnie za rękę by pociągnąć do kuchni.
Wciąż czułem na sobie parę smutnych oczu.
__________________________________________________

Psiak Doi'ego :3
Przy okazji...
Wiem, że wcześnie... Ale jedzie ktoś na koncert Miyaviego? ;3

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń