środa, 26 sierpnia 2015

Stay - Rozdział 9


Słyszałem swój własny, niezmiernie cichy oddech. Skupiałem się na nim. Był niespokojny, niemal niesłyszalny, ale jednak niespokojny. Nierówny i niepewny. Powietrze z moich uchylonych do nieuwolnionej odpowiedzi ust wydostawało się szorstko. Jakby z trudem. Zacisnąłem je, ponieważ wiedziałem, że dana odpowiedź nie może wyjść na zewnątrz. Musi zostać ukryta głęboko we mnie, ponieważ jest to właśnie moja opinia. Nie kogoś popularnego, sławnego, podziwianego czy po prostu docenionego. Jest ona moja. Człowieka bez rodziny, ambicji czy większych osiągnięć. Nikogo nie zainteresuje pogląd tak szarej, nudnej istoty.
Pokiwałem lekko głową niemo pokazując dziewczynie, że wyłapałem jej słowa spośród radosnych okrzyków dzieciaków oraz narzekań ich babć, zaś następnie spojrzałem w niebo. Chmury powoli zaczynały zasłaniać słońce. Oplatały je z każdej strony, jak ciasne odzienie lub silny uścisk młodych ramion.
-Jak chcesz abym zareagował? - Zapytałem, mrużąc lekko oczy, kiedy ostatnie promienie jesiennego słońca uderzyły w moje źrenice. Słyszałem w oddali głos Masao kierowany w stronę jakiegoś rówieśnika.
-Nie jestem pewna.
-Jestem Tobą rozczarowany.- Zacząłem swój krótki, nic nieznaczący monolog, jednak po chwili zrezygnowałem z wygłaszania go. On nic by nie zmienił. Nawet jeśli mówiłbym przez kilka godzin, moja odpowiedź wciąż nie potrafiłaby niczego przekształcić w lepszą formę. - Ale to twoje życie i układasz je według swojego planu, więc nie będę cię pouczać.
- Nie wiem co mam zrobić... - Wyznała siadając ciężko na pobliskiej, drewnianej ławce. Tak samo jak ja odchyliła głowę, kładąc jej tył na oparcie. Także patrzyła w niebo, jednak nasze spojrzenia nie potrafiły spotkać się w jednym miejscu. Właściwie to nie potrzebowaliśmy tego. Kontakt wzrokowy był czymś niepotrzebnym.
- Wychowaj to dziecko. Niezależnie od tego jak będzie, ono podziękuje ci kiedyś za to, że pozwoliłaś mu żyć. - Wymamrotałem cicho.
- Skąd wiedziałeś? - Podpytywała zaskoczona. Jej oczy spoczęły na mojej lekko odchylonej do tyłu sylwetce.
- Że myślisz o aborcji? To było do przewidzenia. Przecież ledwo dajesz sobie radę z Masao.  Zawsze starasz się trzymać z dala od problemów czy niepotrzebnych utrudnień. - Wyjaśniłem, po czym wyprostowałem się. Postanowiłem usiąść przy kobiecie, która zdawała się być nieco zawstydzona moimi szczerymi słowami.
- Postaram się być dla niego dobrą matką. - Obwieściła po chwili ciszy. Zdawała się odczuwać ulgę. Spomiędzy jej brwi zniknęła delikatna zmarszczka, zaś kąciki jej ust uniosły się lekko ku górze i pomimo, że wciąż wyglądała jakby nie spała od kilku dni, to jej twarz minimalnie pojaśniała.
-Na pewno będziesz wspaniała. - Uśmiechnąłem się, starając tym samym przekazać kobiecie choć resztki głęboko ukrytego we mnie optymizmu. - Jestem pewny, że pokochasz to dziecko tak samo jak pokochałaś Masao.
*    *    *
Przeniosłem wzrok z ekranu telefonu na Toi, która z entuzjazmem machała przypominającym pędzel ogonem, stojąc przy drzwiach wyjściowych. Słyszałem jak jej pazury uderzają w drewno dlatego postanowiłem podnieść się z kanapy.
Toi czuła. Na swój dziwny, psi sposób czuła, że dziś ponownie spotka osobę, której zawdzięcza dobrze spędzone lata swego psiego życia. To on nauczył ją wszystkiego.To on jako pierwszy wziął ją do parku, czy nad jezioro, pokazał jej swój dom, pozwolił, by stał się on jej oazą. Przy dokonywaniu ciężkich wyborów zwracał uwagę na jej dobro, nie na własne przekonania czy zyski.
Toi była jego malutkim światem ukrytym w ciemnych, błyszczących oczach.
- Mówiłam, żebyś pozbył się tego kundla. - Warknęła ciotka wychodząc z zaparowanej łazienki. - Albo sama się go pozbędę. - Dodała patrząc na mnie z niechęcią. W niczym już nie przypominała kobiety, która z uśmiechem na ustach postanowiła zwiedzać świat. Zestarzała się, jej charakter stał się zgorzkniały.
- Jest moim psem.
-Ale dom jest mój. - Rzuciła w moją stronę. - Możesz wynieść się razem z tym czymś. Nie będę cię zatrzymywać! - Wzdycham rozumiejąc, że tak najpewniej będzie najlepiej. Wiedziałem od początku, że moje życie z ciotką pod jednym dachem nie będzie takie, jakiego wyczekiwałbym od losu. Powinienem wrócić do dawno porzuconych myśli o przeprowadzce, jednak nawet jeśli nigdy nie czułem aby to mieszkanie było moim prawdziwym domem, to byłem przywiązany do tego cichego, nieraz aż zbyt cichego ,miejsca o ścianach wypełnionych samotnością.
- Chodź Toi, idziemy do parku. - Poinformowałem zwierzaka zapinając smycz do obroży.
- To pies. Po co do niego mówisz? Ona cię nie rozumie. - Dogryzła ciotka, wycierając białym ręcznikiem mokre włosy. Nic nie odpowiedziałem, ponieważ wierzyłem, że zwierzęta nas rozumieją. Nie potrafią odpowiedzieć nam słowami, zaś pojęcie naszych czasami zajmuje im nieco dłuższą chwilę niż ludziom, ale jestem niemal pewien, że mimo to nas rozumieją.
Otworzyłem drzwi prowadzące na klatkę i pozwoliłem Toi wyjść jako pierwszej. Jej ogon przestał poruszać się w tak szybkim tempie, ale wciąż przemieszczał się z jednej strony na drugą. Teraz już spokojniej, niemal leniwie. Patrzyłem na jej delikatne, puchate łapki. Kroczyły dumnie w idealnie zgranym schemacie. Układały się na betonie, aby po chwili zmienić miejsce. Toi chyba rozumiała gdzie idziemy, ponieważ ani na chwilę nie oglądała się do tyłu zostawiając mnie za sobą w odległości, na jakiej pozwalała jej regulowana smycz.
Odniosłem wrażenie, że mam deja vu, kiedy zobaczyłem Doi'ego stojącego przy ogromnej, metalowej bramie prowadzącej do parku. Było już późno, niebo właśnie zaczynało się ściemniać co oznaczało, że zbliżała się godzina dwudziesta. Podejrzewałem, że niewielki obszar zieleni był niemal całkowicie pusty.
Park z każdej strony otaczały drzewa, tworzyły  swego rodzaju dach, chroniący przed resztą świata. Na środku obszaru był staw, który sadowił się u dołu niewielkiego wzniesienia. Blisko znajdowały się  ciemnobrązowe ławki. Szeroki chodnik , pozwalał dotrzeć do kilku, moim zdaniem,  brzydkich rzeźb, innych ławek, kwiatów. Gdy odeszło się jeszcze dalej, znaleźć można było zapomnianą przez wielu ludzi część parku, którą dawno przejęły psy różnych ras w celu chociażby wybiegania się lub poznania innych pupilów.
Toi przystanęła. Jej ogon nagle znieruchomiał, a uszy uniosły się lekko. Między nimi pojawiły się niewielkie, pokryte włosami fałdy skóry. Blondyn oderwał wzrok od witryny sklepu stojącego po jego prawej stronie. Poczułem, jak jego spojrzenie zatrzymuje się na mojej twarzy. Uśmiechnął się w swój naturalny sposób, po czym zerknął niżej najpewniej wiedziony przeczuciem. Psiak wreszcie postanowił sie poruszyć. Kilka razy podniósł łapki, jednak pozostał w jednym miejscu. Wreszcie stojący niedaleko Doi postanowił schylić się nisko, aby poklepać swoje uda. Toi ruszyła z miejsca jak torpeda. Nie rozglądała się wokół, nie zważała na ewentualne konsekwencje. Biegłem za nią, ponieważ byłem świadom tego, jak krótka jest smycz i jak skończyłoby się zatrzymanie przez nią zwierzaka.
-Toi! Toi! - Zawołał mężczyzna dość cieńkim, wystylizowanym głosem, powodując, że właścicielka imienia jeszcze bardziej przyśpieszyła, aby wreszcie dotrzec do niego. Przez chwilę próbowała wskoczyć na jego kolana. Widząc, jak mój były chłopak schyla się, aby ją podnieść, puściłem smycz, pozwalając, by zawisła, gdy młody pies wylądował w ramionach swojego prawowitego właściciela. - Oj, jaka mądra. Poznałaś mnie, co ? - Zaśmiał się, a w jego głosie można było usłyszeć dziwną ulgę oraz zadowolenie.
-Ciebie też miło widzieć. - Powiedziałem, po jakichś pięciu minutach wpatrywania się w pełne miłości powitanie Toi i Doi'ego. Może po prostu byłem nieco zazdrosny. Pytanie tylko o kogo z nich. Doi uśmiechnął się, przez co jego oczy jeszcze bardziej zalśniły.
- Jesteś okropny. Powinienem być zły za to, ile czasu musiałem czekać na jakąkolwiek wiadomość od ciebie. -Stwierdził, dalej skupiony na uspokajaniu Toi, która co chwilę przebierała łapkami na jego torsie. Wreszcie mężczyzna postawił ją na ziemi, po czym wyciągnął do mnie dłoń. - Mógłbym? - Zapytał, na co niemal od razu podałem mu podniesioną przed chwilą smycz.
- Jasne. - Wzruszyłem ramionami podając mu przedmiot. Moja skóra delikatnie otarła się o jego, co sprawiło, że mogłem, poczuć jak gładka jest jego dłoń.
- Tęskniłem za Tobą. Myślałem, że już cię nie zobaczę. - Wyznał podchodząc nieco bliżej. Widziałem jak jego ciało nachyla się w moją stronę. Mój mózg zarejestrował jego zamiary całkowicie poprawnie, jednak nie robię nic, aby go powstrzymać. Poczułem wreszcie jego ciepłe ramiona, oplatające moje ciało. Zapragnąłem, abyśmy mogli zostać tak na zawsze.
Miałem ochotę oprzeć głowę o jego tors i przymknąć oczy. Wyznać, jak kocham jego uściski, jego dotyk. Nie zrobiłem tego. Nie zrobiłem nic poza delikatnym uśmiechem oraz ułożeniem ręki w jego pasie.
- Ja za tobą też tęskniłem. - Odparłem zbierając w sobie siły, aby odsunąć się od jego ciała. Wreszcie robię to. Przesówam się w bok i ruszam do przodu zostawiając jego oraz Toi w tyle. Szybko dorównują mi kroku. Toi, mimo, że nie zapięta, idzie wiernie przy nas, by po chwili wyprzedzić naszą dwójkę.
- Jak tam? Przypomniałeś już sobie wszystkie zakamarki miasta? - Zapytałem, aby przerwać ciszę panującą między nami. Nie była niezręczna, jednak skoro już się spotkaliśmy dobrze byłoby choć trochę porozmawiać. Zawsze lubiłem z nim to robić. Uwielbiałem wesoły, swobodny ton jakim raczył mnie przy każdym zdaniu. Tak samo jego promienny uśmiech kierowany w moją stronę.
- Powiedzmy. - Rzucił, ale usłyszałem w jego głosie zwątpienie. - Wiesz... Colin niespecjalnie ma ochotę zwiedzać.
- Nie mówiłeś, że chce zobaczyć Japonię? - Zapytałem zaskoczony. Nie było w moim głosie ani szczypty zgryźliwości czy żalu. Musiałem odrzucić od siebie te uczucia, niezależnie od tego jak dotychczas wyniszczały moją duszę. I być może szkody pozostaną jeszcze przez dłuższy czas, ale to nic. Bo idę do przodu. Samotnie, ale stale do przodu.
- Tak, tak mi powiedział, ale chyba już mu się odechciało. - Zaśmiał się cicho, odrzucając głowę do tyłu, tak aby jego twarz złapała choć kilka z ostatnich promieni słońca. - Chyba po prostu nie chciał, żebym jechał tu sam. - Wzruszył ramionami. - Byliśmy w kilku miejscach, wziąłem go na jeden wywiad, a wczoraj odwiedziliśmy mój dom rodzinny. Wiesz... To nie byłoby w porządku, gdybym będąc w Japonii ich nie odwiedził.
- Racja. - Przyznałem, idąc przy jego boku. - Gdzie teraz mieszkacie?
- W Hotelu. - Odpowiedział obojętnie. Musiałem powstrzymać westchnienie ulgi, ponieważ dotarło do mnie, że Toi nie zostanie mi odebrana. - Wiesz, nie chcę na razie nic wynajmować, bo nie wiem ile tutaj dokładnie zostanę...Może być to tydzień, może miesiąc, może dwa... - Wymieniał, zaś ja czułem na sobie jego wzrok. Swój własny skierowałem na poruszającą się przed nami Toi, która swoje leniwe kroki zmieniła na wolny bieg w kierunku sfery dla psów.
- Rozumiem. To musi być uciążliwe... Nie możesz mieć zbyt dużo odległych czasowo planów, prawda? Bo nie wiesz kiedy wrócisz do domu, ani kiedy z niego wyjedziesz...
- Domu?
- No... Otemachi ( nazwa miasta. dop.Aut.)- Wyjaśniłem posyłając mu delikatne wygięcie warg.
-Wiesz... Nie jestem pewny czy Japonia wciąż jest moim domem... Zwiedziłem wiele miejsc, niektóre z nich pokochałem. Tak samo jak miejsce, w którym mieszkam podczas kręcenia. - Wzruszył obojętnie ramionami, czujnymi oczami wypatrując mojej reakcji.
- Nie zamierzasz tu wrócić? - Dopytywałem zaskoczony jego słowami oraz delikatnym kłuciem w sercu, które pojawiło się znikąd i za nic nie chciało mnie opuścić. Wstrzymałem oddech w nadziei, że nieprzyjemne odczucie zniknie, ale nie. Ono nieustępliwie trwało.
- Wrócę. - Sprostował, odwracając się na pięcie w moim kierunku. - Pamiętasz? Obiecałem Ci, że wrócę. - Widząc moją niepewną minę wyciągnął dłoń, aby rozczochrać przydługie kosmyki moich włosów.
- Wiem… Ja... Cieszę się, że tu jesteś. - Wyznałem, tym razem w pełnej świadomości, bez śladu alkoholu we krwi i już wtedy wiedziałem, że nie powinienem był tego robić. Po co okazywać uczucia? To efekt uboczny pozostały po stworzeniu istot ludzkich. Mimo to Doi uśmiechnął się. Posłał mi ten sam uśmiech, który zwykłem widzieć przed jego wyjazdem. Szczery, wesoły, czuły, na swój sposób rozkoszny. Kiedyś każdy jego gest nosił podobne emocje. Teraz te wygięcie warg bywało inne. Mniej szczere, mniejsze.
Przez chwilę szliśmy w ciszy Doi schylił się, aby podnieść niewielki patyk, wołając przy tym Toi, która niemal od razu przystanęła, aby spojrzeć w jego kierunku.
 W oczach mężczyzny dostrzegłem zadowolenie z reakcji pupila, które trwało nawet, gdy patyk wylądował kilka metrów dalej zaś pies przebiegł obok nas nawet na moment się nie zatrzymując.
Toi przystanęła po czym zaczęła okrążać patyk. Skupiała na nim swoje oczy, jednak nie posniosła go jak uczyniłby każdy przeciętny pies.
- To chyba się nie zmieniło? - Zapytałem, podchodząc do zwierzaka.
- Pozornie zmieniło się wiele rzeczy, jednak tak naprawdę niemal nic nie uległo jakiemukolwiek przekształceniu.
*     *      *
-Może zobaczymy się jutro? - Rzucił mężczyzna oddając mi smycz, na którą zapięty był niewielkich rozmiarów psiak. Pokiwałem delikatnie głową, starając się przypomnieć sobie jutrzejsze plany.
-Jasne, ale popołudniu, dobrze? - Okolica wygląda tak samo, jak przy każdym naszym pożegnaniu. Wokół kilka niskich budynków, zza których ktoś uparty mógłby dostrzec niewielki plac zabaw. Zajmował on mały fragment ziemi, posiadał zaś dwie huśtawki oraz zjeżdżalnie i dziwny, drewniany domek. - Wcześniej muszę zrobić kilka rzeczy.
- W porządku. Więc... Do zobaczenia. - Doi uśmiechnął się szeroko, a następnie schylił się nieco. Czułem jak obejmuje moje policzki gładkimi, trochę zbyt chłodnymi dłońmi, aby złożyć delikatny pocałunek na moim czole.
- Do zobaczenia. - Odpowiedziałem, pozwalając, aby pogłaskał głowę Toi i po posłaniu mi ostatniego uśmiechu ruszył drogą powrotną. Przez chwilę patrzyłem za nim, jednak ten szybko zniknął za zakrętem. - Dobrze się bawiłaś? - Rzucam ze śmiechem w stronę Toi, która ze zdezorientowaniem patrzyła w miejsce, w którym zniknął Doi. Najpewniej liczyła na to, że pozostaniemy razem, w trójkę, jeszcze długo. Kucnąłem, aby mocno poczochrać jej sierść, niemal bliźniaczo do gestu, który wykonał starszy mężczyzna. Jej zdziwione, ciemne oczy spoczęły na mojej twarzy, zaś ciszę przerywa głośne szczeknięcie. - Tak... Ja też. - Mruczę. Po chwili wstaję i ruszam dobrze znaną sobie drogą do budynku, w którym przyszło mi mieszkać. Po wejściu na klatkę, biorę Toi na ręce i szybko wchodzę na ostatnie piętro. Odkąd pamiętam, Toi zawsze wahała się wchodząc na schody. Zawsze musiała iść powoli, samym środkiem trasy tak, aby nie czuć nic przy sobie. Dlatego czasami po prostu ułatwiałem jej zadanie, biorąc jej niewielki ciężar w ramiona. Na odpowiednim piętrze potrafiliśmy znaleźć się nawet cztery razy szybciej niż normalnie.
Mieszkanie było puste i ciche, co było miłą odmianą od nadpobudliwej ciotki, która wręcz kochała wytykać mi każde niedociągnięcie w czystości mieszkania, w wychowaniu Toi, czy nawet moim własnym zachowaniu. Tłumaczenia były niepotrzebne. Istnieje pewien typ człowieka, który zawsze uważa, że wie najlepiej. Taka właśnie stała się moja krewna. Jedna z ostatnich członkiń mojej rodziny.
Wziąłem Toi na kolana i postanowiłem ją wyczesać. Jej sierść była miękka i błyszcząca, co było niewątpliwą zaletą jej niewielkiego wieku. Przez jakiś czas zajmowałem się wyglądem psa. Następnie, z braku lepszego zajęcia zacząłem czyścić jej niewielkie miski. Obie były srebrne , ta na wodę, jak również ta na pokarm miały spore, okrągłe kropki na zewnątrz. Na napój błękitne, zaś na jedzenie pudrowo różowe. W chwili, gdy postanowiłem przetrzeć środek miski ostatni raz, drzwi wejściowe domu otworzyły się gwałtownie. Usłyszałem głośny trzask, jakieś przedmioty oraz siatki upadły na ziemie. Dotąd spokojnie leżąca Toi podniosła wysoko uszy oraz głowę, wypatrując ewentualnego zagrożenia.
-Wciąż tu jesteś, pedale?! - Warknięcie uprzedziło wejście kobiety do kuchni. Pies wstał na cztery łapy, aby podejść bliżej mnie. Nie czuła się dobrze w obecności mojej cioci. Jej dom, w którym dotąd czuła się świetnie, w takich chwilach przestawał być jej przyjaznym.
- O co ci chodzi? - Zapytałem spokojnie, ukrywając zaskoczenie spowodowane nieprzychylnym przezwiskiem. Kobieta nigdy nie wiedziała o moich partnerach, ani o mojej seksualności.
- Byłam z sąsiadką w sklepie. - Zaczęła nawet nie kryjąc zniesmaczenia. Jej twarz wyrażała tą emocje jak i złość. -Gdy wracałyśmy widziałam cię z jakimś mężczyzną! - Dodała wściekle wytrącając mi miskę z dłoni. Toi od razu zaczęła warczeć, kuląc się nieco, jakby do ataku. -Spójrz na mnie ty niewdzięczny gówniarzu! Dałam Ci mieszkanie, pieniądze, wolność! A Ty tak mi się odwdzięczasz?! Swoim pedalstwem?! - Krzyczała dalej.
- Uspokój się, przecież... - Chciałem coś powiedzieć, ale sam nie miałem pojęcia jak to skończyć. W mojej głowie nie pojawia się żaden schemat możliwych wypowiedzi, wyjaśnień. -To tylko mój kolega. - Wyjaśniam cicho.
- Kłamliwa pijawka. - Warknęła, odsuwając się ode mnie, aby podejść do blatu stołu, z dala od psa. - Wynoś się. Natychmiast, razem z tym kundlem. Nie wracaj tu więcej. - Nakazała dziwnie spokojnie. - Za pięć minut ma cię tu nie być. – Dopowiedziała, po czym odeszła w stronę drzwi. Nie zatrzymała się ani na chwilę. Spojrzałem na Toi. Mój wzrok był dość obojętny, oczy matowe i suche przez to, że długo nie mrugałem. Zrobiłem to natychmiast. Oczy zaczęły nieco łzawić, jednak doskonale wiedziałem, że powoduje to jedynie ciągłe mruganie.
Byłem zaskoczony moim spokojem, brakiem obrony oraz brakiem większych wyjaśnień. Nigdy nie broniłem się przed wyzwiskami czy niepotrzebnymi kłótniami. W takich chwilach moje ciało stawało się spięte, zaś głos wyprany z jakichkolwiek emocji. Umysł nagle pustoszał.
W tej chwili nie czułem wielu emocji, ponieważ wiedziałem, że wkrótce nadejdzie dzień mojej wyprowadzki. Było to konieczne, nie mógłbym tego przeciągnąć. Co ranek budziłem się ze świadomością, że wkrótce moja oaza zostanie mi odebrana, a ja zostanę bez niczego. Wiedziałem, że ta chwila nieubłagalnie się zbliża.
-Idziemy Toi. - Powiedziałem, patrząc jak pies, teraz już spokojniejszy, usiadł na zimnej podłodze. Podniosłem obie miski i wyszedłem do swojej sypialni. Nie miałem wielu wartościowych rzeczy. Nie miałem laptopa czy telewizora. Jedynie kilka par znoszonych ubrań oraz puchaty, szary koc, zakupiony kiedyś na jarmarku.
Wyciągnąłem spod łóżka walizkę. Jest granatowa, niezbyt duża. Najpierw umieściłem w niej miski oraz koc, potem wyszedłem do łazienki, skąd zabrałem kosmetyki, szczoteczkę do zębów oraz szczotkę do włosów.
Czułem, że oddycham coraz ciężej. Na dworze było zimno i ciemno, a ja nie miałem dokąd iść. Nie miałem żadnego miejsca awaryjnego. Nie miałem nikogo, kto mógłby się mną zająć, kto pokochałby i mnie i Toi. Nikogo kto przyjechałby po nas, przytulił, a następnie powiedział, że zabierze nas w miejsce, które od dawna jest naszym prawdziwym domem.
Byliśmy sami. Pies kochany przez wielu oraz człowiek, którego nikt już nie próbował pokochać.
-Cholera. - Mruknąłem cicho siadając na łóżku. Na moment. Krótki moment. Niemal od razu poderwałem się do góry, ponieważ wiedziałem, że siedząc w miejscu nic nie zdziałam. Będę jedynie żalił się nad sobą.
Podniosłem ze stołu zdjęcie z rodzicami i siostrą, oraz drugie z Doi'm. Zostało zrobione podczas naszego wyjazdu do dziadków. Siedzieliśmy w ogródku, było już dosyć ciemno. Dziadkowie postanowili, że chcieliby mieć jeszcze kilka moich zdjęć. To nie było zdjęcie typu " Teraz uśmiechnijcie się i przysuńcie do siebie!" . Siedzieliśmy przed domem rozmawiając o tym, jak wysokie są tam drzewa. To był dziwny temat. Pojawił się znienacka, po prostu wspomnieliśmy o tym. Miałem na sobie bluzę drugiego chłopaka, ponieważ swoją zostawiłem w domu. Nie sądziłem, że przyda się na tak krótkiej podróży. Nagle dziadek wyszedł i stanął na tarasie. "Babcia skończyła piec ciastka!" Zakrzyknął wesoło. Oboje spojrzeliśmy gwałtownie do góry, obracając się bokiem w kierunku mężczyzny. W tym samym momencie rozbłysnął flesz aparatu, przecinając przy tym nocną ciemność.
To zdjęcie nie było idealne.
Było dość ciemne, nasze twarze były jedynie delikatnie, naturalnie uśmiechnięte, policzki zaczerwienione od zimnego powietrza, ręce dziwnie ze sobą splecione, zaś włosy zmierzwione od całodziennych atrakcji.
Mimo to naturalność tej fotografii sprawiła, że szybko stała się jedną z moich ulubionych.
Wraz z ramką spakowałem ją między koszulki. Przypomniało mi to o niewielkiej kopercie, zostawionej na dnie szuflady. Była tam reszta zdjęć. Jeszcze kilka z danego wyjazdu, kilka z późniejszych wizyt u dziadków (samotnych), jedno, czy dwa zdjęcia z siostrą. Kilka fotografii z resztą rodziny oraz zdjęcie rodziców przed naszym narodzeniem. Zabrałem zabawki Toi. Doliczyłem się siedmiu, ale nie chciałem żadnej zostawić. To był jej malutki bagaż, coś co uwielbia. Wziąłem ze stołu gumkę do włosów, dwie spinki oraz tablet w etui. Wsadziłem jeszcze trzy ulubione książki, orientując się jak mało miejsca zostało w walizce. Wzdycham i pakuję dwie kolejne. Wiedziałem, że pozostawione rzeczy szybko znajdą się na śmietniku.
- MP4! – Powiedziałem, gwałtownie zszokowany swoją pamięcią. Wyszedłem do salonu i wyciągnąłem ją spod poduszki. Ulubionej poduszki, której nie mógłbym wziąć ze względu na niewielki bagaż. Z bólem zostawiłem ją na kanapie i wróciłem do walizki. Wylądował w niej odtwarzacz muzyki. Zabrałem jeszcze kilka rzeczy, po czym zacząłem wyjmować z szuflad ubrania, w myślach zastanawiając się, czy nie wziąć jakiejś siatki. Plecaka nie miałem. Rezygnuję, ponieważ może być konieczność niesienia Toi. Z jedną ręką będzie trudno, a bez nich? Przecież to ten psiak jest najważniejszy. Najpierw spakowałem bieliznę oraz potencjalną piżamę (czyli zbyt długie spodnie oraz luźną, bordową koszulkę wyciętą w serek), potem włożyłem dwie pary spodni. Nie zostaje wiele miejsca do zagospodarowania. Wybrałem najcieńsze koszulki, aby było ich więcej. Zrezygnowałem z zabierania kurtki czy butów. Kupię nowe gdy nadejdzie wypłata lub odpowiednia pora roku. Wziąłem tylko niewielką, żółtą bluzę Toi. To ostatnie co mieści mi się do walizki. Chwilę siłowałem się z nią, aby wreszcie zapiąć zamek.
- Nasza nowa przygoda za chwilę się rozpocznie. – Powiedziałem uspokajająco do zaciekawionej psiny. Ta jakby rozumiejąc, podeszła do drzwi i spojrzała na mnie wyczekująco. Założyłem na grzbiet ulubioną bluzę, zaś na nogi buty zakupione kilka miesięcy temu. Podniosłem walizkę do odpowiedniej pozycji i pociągnąłem ją za sobą, po czym otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Wziąłem ciemną, cienką obrożę Toi i zapiąłem ją na jej szyi. Upewniłem się, czy niewielki pojemniczek z moim adresem oraz numerem telefonu jest zawieszony przy smyczy, którą po chwili zapiąłem o odpowiednie kółeczko. Smycz jest długa, ma malutką rączkę, w której wnętrzu automatycznie układa się tasiemka. Drugą, krótką oraz bardziej klasyczną smycz włożyłem do kieszeni bluzy, którą od razu zapiąłem. To samo robię z całą bluzą. Rozważałem pożegnanie sie z ciotką, jednak zamiast tego po prostu wyszedłem na zimne, wieczorne powietrze. Tuż przede mną przejechał samochód. Byłem niemal pewny, że jechał z większą prędkością niż ta dozwolona, ale zignorowałem to. Westchnąłem ciężko i sprawdziłem, czy w kieszeni spodni mam telefon oraz czy w kieszeni bluzy znajduje się portfel. Były. Podejrzewałem, że już więcej nie wrócę do tej wymęczonej przez lata kamieniczki, dlatego postanowiłem na nią spojrzeć. Była zniszczona przez chuliganów, niedoszłych artystów oraz obojętność sąsiadów, którym nie zależy na czystości okolicy.
Ruszyłem przed siebie niepewny tego, gdzie zmierzam. Wyciągnąłem telefon i zacząłem przeglądać listy kontaktów, zastanawiając się nad miejscem, w którym mógłbym spędzić noc. Bez większych wątpliwości zdecydowałem się zadzwonić do Kobo. Dopiero kiedy usłyszałem pierwszy sygnał zacząłem się wahać, co spowodowało, że gwałtownie nacisnąłem na czerwony przycisk kończący połączenie.
Nie chodziło nawet o to, że przyjaciel mieszkał niezmiernie daleko. Przecież wraz z dwójką przyjaciół zajmował niewielkie mieszkanie. Nie sądziłem, aby chłopak mi odmówił, jednak on sam nie czuł się dobrze w zamieszkiwanym pomieszczeniach, to byłoby narzucanie się.
Przez myśl przeszło mi zadzwonienie do Doi'ego, jednak po krótkim przemyśleniu odrzuciłem od siebie tą myśl, przecież mężczyzna mieszkał w hotelu wraz ze swoim aktualnym chłopakiem. To wykluczone.
Yui. Wybrałem numer siostry, po czym nacisnąłem odpowiednią ikonkę. Już po chwili oczekiwałem jej głosu. Zmierzałem w stronę cmentarza. Nie zamierzałem wchodzić na teren obiektu, po prostu niedaleko znajdował się przystanek.
- Słucham? - Jej głos był zachrypnięty, zaspany, przez co jestem pewien, że obudziłem ją z głębokiego snu.
 - Cześć. Mam prośbę. - Powiedziałem od razu, aby mogła szybko wrócić do krainy Morfeusza. - Mógłbym dziś u ciebie przenocować? - Zapytałem, przerywając ciszę panującą na ulicy.
- Jest sobota. - Poinformowała mnie dziewczyna.
- Wiem. - Stwierdziłem zdziwiony otrzymaną odpowiedzią.
- Przecież w piątki wieczorem jeździmy do rodziców Jun'a... Wracamy w niedzielę. - Przypomniała mi, na co przystanąłem w miejscu, zmuszając Toi do tego samego.
- O boże, przepraszam Yui! Kompletnie zapomniałem! - Mówię szybko, pozostając w bezruchu.
- Wybacz... Dobranoc. - Odparła. W słuchawce usłyszałem sygnał zerwanego połączenia. Kucnąłem pod nieznanym mi blokiem, który znajdował się przy oświetlonej ulicy. Co jakiś czas przechodzili tu pojedynczy ludzie lub niewielkie, kilkuosobowe grupki. Chyba trwała gdzieś jakaś impreza. Nie zaprzątałem sobie tym głowy, w zamian z powrotem kierując wzrok na ekran.
Toi siedziała w miejscu co jakiś czas popiskując. Jej bok spotyka się z moim udem.
Spojrzałem na numer do Kochiko, zastanawiając się czy telefonem obudziłbym również Masao. Zamiast dzwonić wysłałem krótkiego sms'a z zapytaniem czy śpi. Nie wyjaśniałem dlaczego piszę. W chwili, gdy rozmyślałem nad zadzwonieniem do któregoś z współpracownika, słyszę nad sobą nazbyt wesoły głos.
- Co moja kicia robi tu po ciemku? – Wysoka postać przystanęła nade mną, aby w następnej chwili zacząć schylać się nad moim ciałem. - I to z walizką. Narozrabiałeś?
-Uciekł mi ostatni autobus. - Skłamałem automatycznie, nie chcąc przyznać, że byłem teraz bezdomny. Spojrzałem do góry, w ciemności wyszukując nieco przerażających, szarych tęczówek. Włosy Hidekiego były przyklapnięte i naprawdę nie wiem dlaczego zwróciłem na to uwagę.
- Biedactwo. Daleko stąd mieszkasz? - Dopytywał, przeczesując delikatnie moje włosy.
-Daleko. - Zaśmiałem się cicho, rozumiejąc jak łatwo wychodzi mi kłamstwo z ust. Toi podeszła bliżej czarnowłosego, zaczynając obwąchiwać ciekawsko jego ciało.
- Twój pies? - Zapytał mężczyzna, głaszcząc zwierzaka po głowie. Toi wydaje się być niepewna, chyba nie wiedziała jak zareagować.
- Mój. Nazywa się Toi. - Wyznałem, opierając się plecami o ścianę budynku za mną. Pies odsunął się od starszego mężczyzny, próbując wdrapać się na moje kolana. Puściłem trzymaną dotąd rączkę walizki i podniosłem ją. Czułem, że ma już zimne łapki. Przytuliłem ją do siebie, mamrocząc coś pod nosem o tym, że za chwilę będzie jej cieplej.
- Ładnie. - Ocenił. Dwie następne osoby minęły nas patrząc się dziwnie w naszym kierunku. - Przygarnąć was? - Uśmiechnąłem się lekko, od razu ukrywając to za przydługimi włosami. Liczyłem na taką propozycję, jednak wątpiłem, że ktoś tak zimny i ograniczony uczuciowo zechce przygarnąć mnie na noc, którą mógłby spędzić na przypadkowym seksie.
- Będę wdzięczny. - Powiedziałem, spoglądając w jego kierunku. - Przepraszam za problem. - Dodałem zachowując choć cień formalności.
 - Więc chodź mój problemie. - Rzucił przeczesując dłonią moje włosy. - Długo tu siedzisz? Zmarzłeś? -  Uśmiechnąłem się kwaśno, kiwając powoli głową.
- Troszkę, ale jest w porządku. – Odpowiadam, czując jak nakłada na moje ciało swoją bluzę. Miał pod nią koszulkę z długim rękawem. - Będzie ci zimno.
- To nic. - Wzruszył ramionami chwytając dłonią rączkę walizki. - Bierz Lori i chodźmy.
- Toi. - Poprawiłem od razu i ruszyłem z miejsca, pozwalając aby dwudziestoośmioletni mężczyzna wyrównał ze mną krok. Poprawiłem za długą bluzę (facet naprawdę był zbyt wysoki) i mocniej przytuliłem psa. - Naprawdę dziękuję, nie spodziewałbym się, że pozwolisz mi u siebie przenocować.
- Mieszkam sam, więc nie ma problemu, a ty kiedyś mi się odwdzięczysz.
- Jasne, dzięki.
*    *    *
Hideki zakluczył drzwi na zamek, po czym pociągnął mój bagaż do wąskiego przedpokoju, gdzie go pozostawił. Odkładam Toi na ziemię oczekując jakiejś negatywnej reakcji. Nie usłyszałem żadnych słów, dlatego spojrzałem w kierunku mężczyzny.
- Co?- Mruczy zaskoczony, zbliżając się do mnie. Poczułem, jak jego ręce spoczywają na moich biodrach, aby przyciągnąć je bliżej siebie.
- Nic... Po prostu... Ludzie z reguły od razu każą mi jej pilnować.. Żeby nie wskakiwała na meble, nie gryzła butów czy coś...
- To tylko pies. Niech robi co chce. –Zarządza, delikatnie składając pocałunki na mojej szczęce. Zadrżałem delikatnie, zaciskając dłoń na jego koszulce.
- Lubisz zwierzęta?- Zapytałem z jawnym zaciekawieniem, ponieważ wiedziałem o tym mężczyźnie naprawdę niewiele. Jedynie jego wiek, imię oraz miejsce zamieszkania. Same podstawowe informacje.
- Tylko psy i króliki. - Odpowiedział, całując mocno moje usta. Pozwoliłem mu na to, ponieważ doskonale wiedziałem, że nie oznacza to nic zobowiązującego. - Chcesz coś do picia, jedzenia? Czy jesteś zmęczony ? - Odsuwa się trochę od mojej twarzy po czym otwartą dłonią przejeżdża po moim czole, aby odsunąć kosmyki włosów.
-Zmęczony.
- Więc przebierz się, ja idę coś zjeść. – Zdecydował, po czym zniknął w korytarzu. Zawołałem Toi, a następnie wyjąłem piżamę oraz miski psiaka. Z domu wziąłem jedynie malutką saszetkę z porcją mokrej karmy, ale stwierdziłem, że dam ją jej w tej chwili, a nie następnego dnia. Wszedłem do kuchni, gdzie spotkałem mężczyznę robiącego jakiś posiłek na blacie.
- Mogę ją tu nakarmić?
- Jasne. - Odpowiedział krojąc warzywa. Najpierw nalałem wodę, po czym nałożyłem karmę do drugiego pojemnika. Wyrzuciłem opakowanie i przemyłem dłonie, czując jak te należące do mężczyzny lądują na moich ramionach. - Cieszę się, że tu jesteś. Zawsze jak przychodzisz to tylko na moment. - Wyznał, składając pocałunek na mojej szyi nie oznaczonej już żadną malinką.
- Też się cieszę. - Odpowiedziałem z uśmiechem po czym uciekam z jego ramion w stronę korytarza. - Wezmę prysznic, okej? - Uprzedziłem, patrząc na Toi, która zamiast jeść podąża za mną krok w krok.
- Ręczniki są tam gdzie zawsze. - Zamknąłem Toi za drzwiami, słysząc jej piski, które po chwili zmieniają się w szczekanie. Słyszałem też, że Hideki podchodzi do drzwi, zapewnie chcąc ją zabrać. Po chwili pojawiło się syknięcie. Następne odgłosy zagłusza szum prysznica. Szybko przemyłem ciało po czym wyszedłem i skierowałem się prosto do sypialni. O dziwo Toi wciąż siedziała pod drzwiami, dlatego po drodze wziąłem ją na ręce.
- Ugryzła mnie w rękę. - Uprzedził mężczyzna, jednak nie wydaje się mieć przez to wyrzutów. Wzruszyłem ramionami, zerkając na jego dłoń. Są tam malutkie siniaki pozostawione przez kły psiaka, jednak od razu było widać, że nie użyła całej swojej siły. Zostawiłem otwarte drzwi, aby mogła wyjść w nocy do misek, po czym położyłem ją na ziemi i sam padłem na łóżko.
- Dobranoc. - Pożegnałem się wzdychając ze zmęczenia. Słyszałem za sobą cichy śmiech i czułem jak ciało mężczyzny zbliża się do mojego. Jego ramiona objęły moją talię, zaś głos szeptał cichą odpowiedź. Wtuliłem się w poduszkę, zaś po męczących wydarzeniach dnia poprzedniego wreszcie udało mi się zasnąć.
________________
Rozdział betowała Nezumi ( o której za moment dopowiem ;3) 

Więc tak... Na początku mojej wypowiedzi chciałabym podziękować osobą, które zasugerowały, że pomogą mi z edytowaniem rozdziałów, jestem ogromnie, ogromnie wdzięczna. Nezu była pierwsza, dlatego ją wzięłam :3

Przepraszam, że znowu musieliście długo czekać.. Wiem, że nie powinnam się już tłumaczyć... Po prostu.. Wiecie... Wakacje. Jednego dnia byłam tu, kolejnego gdzieś indziej... Potem miałam gości, następnie dziadek miał operacje...
Mam nadzieję, że mimo to... Długość notki chociaż troszeczkę wynagrodzi wam moją nieobecność.

Kolejny punkt mojego monologuuu tooo... Hm..
Szczur na pokładzie Hosiowego statku!! o.o
 ( Nezumi  z japońskiego na polski oznacza szczura ^ ^ )
Nezumi będzie moją betą przez dwa kolejne rozdziały. Następnie zdecyduję, czy zagości tu na dłużej. Póki co jestem zadowolona z jej pracy, jednak jeśli widzicie jakieś błędy KRZYCZCIE! Piszcie i w ogóle. Żeby na laurach nie spoczęła ;3
Oceńcie jej pracę, hm? Ale moją także ;3 ( Rozdział był okropny, bo wszystko napisałam w złym czasie i musiałam na przeszły zmieniaaaać!! ;( )
Umówiłyśmy się, że będzie poprawiała tylko błędy ortograficzne i interpunkcyjne, a swoje uwagi zapisywała w kolorowym nawiasie. Więc... Wciąż wszystko jest moją pracą :3

Jeśli zostanie na dłużej to poproszę ją o to by się z wami przywitała. Wiecie jak bardzo zależy mi na dobrym kontakcie z wami <3

Proszę o komentarze i ten.. To bardzo zachęca mnie do dalszej pracy.
Może chociaż... 35? :3 Proszę? Hoshi prosi? XD

Kocham was promyczki ;*******

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń