wtorek, 22 grudnia 2015

Stay - Rozdział 11

Cisza w nieznanym sobie mieszkaniu była nieco krępująca i nawet świadomość, że jego właściciel wkrótce wróci nie była zbyt pocieszająca. Toi spała przy kanapie wyglądając przy tym na całkowicie zrelaksowaną i wyzbytą jakichkolwiek wątpliwości. Być może traktowałem to zbyt poważnie, przecież to tylko niewielki zwierzak. Podobno one nie myślą. Starałem się zawsze brać to pod uwagę, mimo że chyba niepotrafiłbym w to uwierzyć niezależnie od autora tej teorii. Wszystkie stworzenia czują i myślą. To zawsze wydawało mi się oczywiste.
Spojrzałem raz jeszcze na drobną postać na ziemi, po czym podszedłem bliżej okna. Było już ponad dwadzieścia minut po dwudziestej, co oznaczało, że Hideki powinien wkrótce wrócić.
Mieszkałem z nim od pięciu dni. Pięciu szybko przemijających dni, które zdawały się trwać kilka, może kilkanaście godzin. Nie mieliśmy jeszcze żadnych rutyn czy uroczych zwyczajów niczym bohaterowie komedii romantycznych, co upodobaniało nas nieco do świeżo dobranych współlokatorów. Mijaliśmy się. Ten tydzień pracowałem rankiem, zaś czarnowłosy miał zawsze jedną i tę samą zmianę. Wychodził wczesnym południem, a wracał przed dziesiątą wieczorem.
Odszedłem od okna dochodząc do wniosku, że stanie przy nim jest bezcelowe. Przecież do powrotu Hide zostało sporo czasu.
Usiadłem przed telewizorem na ciemnej, szorstkiej kanapie, której fragment zasłaniały szare poduszki. One dla odmiany były miękkie i zdawały się wciąż pachnieć świeżością.
Po włączeniu urządzenia zacząłem powoli przełączać kanały zastanawiając się, który z nich jest odpowiedni na wieczorne nudzenie się. Odłożyłem pilota w chwili, gdy natrafiłem na jakiś serial. Yui go lubiła, więc wiedziałem mniej więcej na czym opiera się cała fabuła. Był to typowy, japoński romans, który połączył dwóch młodych nauczycieli. Posiadając tę wiedzę liczyłem na odnalezienie się w toczącej się akcji. Po kilku minutach mojego skupienia nadeszły reklamy. Nie specjalnie chciałem ponownie sięgać po pilota, dlatego postanowiłem je przeczekać. W innym przypadku znowu kręciłbym się bez skutku po wszystkich stacjach, jednocześnie czujnie oczekując kontynuacji odcinka.
Wyciągnąłem z kieszeni telefon. Było to trochę problematyczne, ponieważ wymagało ode mnie podniesienia się na krótki moment, ale mimo to nie zastanawiałem się nad tym.
Telefony i komputery przejęły świat na tyle, że wyciąganie ich w każdej wolnej chwili stało się rzeczą naturalną i mechaniczną dla większości ludzi.
Nie miałem żadnych wiadomości ani nieodebranych połączeń, co nie zmartwiło mnie w żaden sposób. Nie mając lepszego pomysłu odnalazłem kontakt Kochiko i wysłałem do niej sms'a z pytaniem, czy mogę odwiedzić ją w weekend. Podejrzewałem, że może być jeszcze w pracy więc nie oczekiwałem od niej szybkiej odpowiedzi. Zastanawiałem się, czy powinienem wejść na jakąś stronę, być może przeczytać wiadomości ze świata czy sprawdzić jutrzejszą pogodę, ale nie miałem na to najmniejszej ochoty. Nie korzystałem dużo z jakichkolwiek urządzeń elektrycznych, uważałem to za stratę czasu tym bardziej, że nie sprawiało mi to żadnej przyjemności.
Przez myśl przeszło mi, że powinienem napisać do Yui. Rzadko ze sobą rozmawialiśmy, ponieważ zawsze twierdziła, że jest zajęta. Nie wiem jak było naprawdę, nie potrafiłem się tego nawet domyślić. Miałem wrażenie, że z każdym miesiącem wiem o niej coraz mniej. Najpewniej gdybyśmy mieli się wkrótce spotkać zapanowałaby między nami krępująca cisza. Przecież ostatnimi czasy byliśmy dla siebie niemal jak obcy ludzie. Dalekie kuzynostwo, nie rodzeństwo. Rozmawialibyśmy o pogodzie, może trochę o rodzicach, o jej narzeczonym. Po kilku minutach doszlibyśmy do wniosku, że konwersacja nie ma sensu, kiedy rozmówca nie ma pojęcia o twoim życiu.
Bliżej byłem z Kochiko. Być może to brutalne, ale miałem wrażenie, jakby zjawiła się w odpowiednim momencie, aby sprawnie zająć miejsce mojej rodziny. Teraz to ona martwiła się o mnie, a ja o nią. Dzieliliśmy się sekretami, zajmowaliśmy się sobą. Niemal książkowy przykład rodzeństwa, brakowało jedynie więzów krwi.
Czasami zastanawiałem się, czy nie najlepiej byłoby gdybyśmy byli ze sobą. W końcu świetnie się traktowaliśmy i uwielbialiśmy spędzać ze sobą czas. Byłem biseksualny, co jedynie pomogłoby mi się w niej zakochać. Bo to przecież nie mogłoby być trudne. Pokochanie Kochiko na tyle, aby stworzyć z nią szczęśliwy, długotrwały związek.
Kochałem ją, ale jak siostrę. Kochiko najpewniej także widziała mnie jako młodszego braciszka.
Westchnąłem rezygnując z napisania do krewnej. Wróciłem wzrokiem na ekran, dopiero w tej chwili orientując się, że serial ponownie się rozpoczął. Jednak zanim udało mi się ponownie skupić, drzwi wejściowe otworzyły się i zamknęły z powrotem, wpuszczając do środka nie tylko jakąś postać, ale i zimne powietrze.
- Wróciłem. - Oznajmił mężczyzna, kierując się w moją stronę. Nachylił się nad oparciem kanapy i wbił twarz w telewizor. - Odpoczywasz?
- Tak jakby. - Przytaknąłem, obracając się trochę, aby móc spojrzeć na jego twarz. Wydawał się być zmęczony, a przecież była dopiero połowa tygodnia. Uśmiechnąłem się lekko, kiedy on także wbił wzrok w moje oczy. Chwilę trwaliśmy w ciszy, po czym mężczyzna zaśmiał się i niedelikatnie poczochrał moje włosy. - Dostałem trochę ciasta w pracy. Jest w tym białym pudełku. – Uprzedziłem, widząc jak kieruje się w stronę kuchni.
- Czyli są plusy pracowania tam. - Stwierdził. Słyszałem jak odkręca wodę w kranie, dlatego podejrzewałem, że myje dłonie. - Często dostajesz? - Zapytał, kiedy skończył.
- Nawet często. - Nieco naciągnąłem prawdę, ale nie sądziłem, aby było to kłamstwo. Co prawda często współpracownicy proponują mi, żebym wziął trochę ciasta, które się nie sprzedało, ale niemal zawsze odmawiam. W końcu dotąd mieszkałem sam, nie potrzebowałem czegoś takiego.
- To fajnie. - Odparł, otwierając lodówkę. W tym czasie odcinek serialu dobiegł końca, dlatego wyłączyłem telewizor i poszedłem śladami Hideki'ego do kuchni. Zdziwiłem się, zauważając, że Toi siedzi na ziemi wyraźnie oczekując czegoś od mężczyzny. Nie słyszałem kiedy się obudziła, zwykle po tym była bardzo głośna i skora do zabawy, dlatego zaczepiała każdego człowieka, który pojawił się na horyzoncie.
-Jadłeś już kolację? - Zapytał drugi mężczyzna, na co pokręciłem głową, starając się zerknąć mu przez ramię na to, czym się teraz zajmował. Był sporo wyższy, przez co musiałem stanąć na palcach, trzymając się jego koszulki, a i tak ciężko było cokolwiek dostrzec. Rezygnując z tego po prostu stanąłem obok i już swobodnie skierowałem wzrok na jajka, które rozbijał do miski.
- Nudziłem się. - Poskarżyłem się, kiedy pochwyciłem Toi na ręce. Zadowolony pies od razu starał się wyrwać, aby położyć łapki na blacie. Odsunąłem się trochę, aby nie miała takiej możliwości i sprawdziłem, czy miała jeszcze jedzenie w misce. Miała.
-Biedny chłopczyk. – Mruknął, dalej zajmując się gotowaniem. Westchnąłem mało zadawolony jego odpowiedzią. Z drugiej strony nie wiem, co innego mógłby powiedzieć na takie wyznanie.
- Twój telefon dzwoni. - Poinformowałem go słysząc charakterystyczną melodię rozbrzmiewającą w salonie, gdzie porzucił swoją kurtkę.
- Racja, poczekaj chwilę. - Niechlujnie wytarł ręce w papierowy ręcznik, po czym szybko wyszedł z kuchni. Zostałem w kuchni sam z Toi, ale nie przeszkadzało mi to. Zwykle byliśmy sami. Zastanawiałem się przez chwilę z kim rozmawia mężczyzna. Było dość późno.
Schyliłem się do Toi, aby pogłaskać ją po grzbiecie, po czym stwierdziłem, że przecież mogę stąd wyjść, nie muszę siedzieć w kuchni.
Kiedy to zrobiłem do moich uszu dotarły słowa współlokatora.
- Nie martw się, kochanie. Ze wszystkim sobie poradzimy, przecież wiesz, że ze wszystkim Ci pomogę.
Telefony to zło.
Stwierdziłem zazdroszcząc komuś, że mógł usłyszeć takie słowa. Ja nie mogłem liczyć na nikogo oprócz samego siebie.
*     *     *
- Śpisz? - Spytał Kobo, kucając przed krzesłem na którym siedziałem.
- Teorytycznie jem śniadanie. - Odparłem uchylając oczy. Spojrzałem na twarz mężczyzny, która jak zawsze powalała uśmiechem. Przeniosłem wzrok na przygotowaną herbatę oraz kupionego rano rogala, aby następnie skierować go na zegar ścienny. Miałem jeszcze sześć minut przerwy.
- A praktycznie?
- Śpię. - Zaśmiałem się, klepiąc jego głowę, niczym posłusznego szczeniaka. - Jesteś już zdrowy? - Zapytałem, ponieważ ostatnimi dniami brunet cały czas narzekał na ból gardła i przeziębienie, co skutkowało znacznym pogorszeniem jego humoru.
- Tak mi się zdaje. - Potwierdził, wstając, aby podejść do szafki i wyjąć z niej ostatnimi czasu znienawidzony przeze mnie przedmiot. Zaśmiał się cicho, czytając jakąś wiadomość, po czym usiadł naprzeciw mnie i zajął się swoim jedzeniem.
- To dobrze. Byłeś wredny. - Wytknąłem mu, po czym z powrotem oparłem głowę o dłoń i zamknąłem oczy.
- Każdemu się zdarza. - Prychnął niby urażony i zaczął zaczepiać swoją stopą moje oparte o ścianę nogi.
- Przestań.
-Nie. - Sięgnął dłonią do moich włosów i zaczął przeczesywać je palcami, co jakiś czas ciągnąc w swoją stronę. Uchyliłem powieki, aby ze zdziewieniem odnotować uważnie przyglądające mi się oczy przyjaciela, który odłożył swoje śniadanie na bok i zdawał się oczekiwać czegoś ode mnie. Pytanie tylko czego. - Jakoś... Mizernie wyglądasz. - Zauważył, przesuwając palcem po niewielkim rozcięciu przy obojczyku, które sprawiłem sobie, kiedy podczas zabawy z Toi oberwałem patykiem. Zjechał dłonią nieco niżej, delikatnie dotykając mojego ciała. - Dawno nigdzie razem nie wychodziliśmy. - Mruknął, sprawiając, że dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Faktycznie, nasze kontakty nieco się osłabiły.
- Przepraszam, nie myślałem o tym... Ale przecież wiesz, że trudno się spotkać w dni pracujące. No i byłeś chory, więc nawet bym Cię nigdzie nie wyciągnął. Nie przejmuj się tym. - Uśmiechnąłem się lekko, czując się przy tym nieco podle. Ostatnio dużo mniej myślałem o Kobo, skupiając się na innych ludziach, a przecież to on był moim najlepszym przyjacielem.
Mężczyzna westchnął, po czym puścił mnie i napił się wody, która leżała na stole.
- Nie zdążysz zjeść. - Powiedział wstając. Wziął butelkę i nachylił się aby pocałować sam czubek mojej głowy.
- To nic. - Wzruszyłem ramionami, pijąc ciepłą herbatę. Kiedy wypiłem połowę zauważyłem, że przerwa właśnie dobiegła końca. Zostawiłem kubek i szybko objąłem bruneta, ponieważ czułem, że właśnie to powinienem zrobić. Okazać mu trochę zainteresowania, na które zasługiwał. - Idę. - Poinformowałem, po czym wyszedłem z pomieszczenia i ruszyłem na salę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wśród klientów ujrzałem grupkę nastolatków razem z siostrą Doi'ego. Nie byłem już tak zszokowany jak ostatnio, ale nie specjalnie podobał mi się wzrok wbity we mnie, kiedy pomagałem przygotować napoje. Czułem się jak zwierzątko, na które ktoś polował. Tak, jakby dziewczyna tylko czekała na moją nieuwagę, aby to wykorzystać. Na szczęście ktoś wcześniej przyjął ich zamówienie, które było teraz z moją pomocą realizowane.
- Czy oni nie powinni być w szkole? - Prychnęła jedna ze współpracowniczek, nakładając ciasto na talerzyk.
- Najpewniej tak. - Oceniłem cicho, patrząc na Kobo, który właśnie wrócił z przerwy. Podejrzewałem, że mimo wszystko nie da mi zrobić sobie krzywdy, a to było dobre. Mieć kogoś, kto Cię ochroni. Uśmiechnąłem się do niego, patrząc jak idzie obsłużyć nowo przybyłych gości.
Kiedy odważyłem się spojrzeć na młodszą dziewczynę w kącie sali, ta rozmawiała z jednym z towarzyszy. Jej twarz jak zawsze pozostawała poważna, a oczy puste. Przerażające, niczym starej, szmacianej lalki. Kiedy skończyła jej wzrok znowu zawędrował w moją stronę, a ja szybko spuściłem swój na blat.
To było przerażające.
*     *     *
Właściwie nie wiem jak to się stało, ale od razu po zakończeniu pracy razem z Kobo ruszyłem w stronę jego mieszakania. Byłem trochę zmęczony, ale nie chciałem przegapić okazji naprawienia naszych stosunków. Może nie tyle naprawienia, bo nigdy się nie pokłóciliśmy, ale odnowienia.
Mężczyzna zdawał się być tym zadowolony. Co chwilę o coś pytał, interesował się moim życiem, co było przyjemną odmianą. Kiedy dotarliśmy do jego domu w środku było ciemno, co jasno wskazywało na to, że jego współlokatorów nie ma. Nie wiedziałem, kiedy wrócą, ale niespecjalnie mnie to obchodziło. Lubiłem, kiedy byliśmy tylko we dwójkę. Było spokojnie, ale nie nudno. Zwykle o czymś rozmawialiśmy, bo było to ulubione zajęcie bruneta. Paplanie na najróżniejsze tematy, które czasami były tak absurdalne, że nie potrafiłem zrozumieć jak to się stało, że je wynalazł.
Ruszyliśmy w stronę kanapy, a ja od razu poczułem jego ramiona obejmujące mnie od tyłu.
- Tęskniłem za tobą. - Stwierdził mężczyna, trzymając mnie w mocnym uścisku. Zaśmiałem się cicho, starając się obrócić w jego stronę. Kiedy w końcu mi się udało podniosłem nieco oczy, zarzucając ręce na jego kark.
-Ja za tobą też. - Oznajmiłem, całując delikatnie jego usta. Kobo od razu nachylił się, aby zrobić to samo, tylko o wiele bardziej namiętnie. Jego pocałunek był dłuższy i sięgał nie tylko warg, ale i środka ust.
Pamiętając o tym, że Hideki nie byłby zadowolony z jakiegokolwiek zbliżenia z kimś innym, odsunąłem się od mężczyzny i usiadłem na kanapie, od razu włączając telewizor, aby nieco rozjaśnić ciemne pomieszczenie. Dopiero dzięki temu mogłem ujrzeć twarz mężczyzny, który podszedł bliżej i usiadł tuż przy mnie.
- Wiesz, że ostatnio widziałem Doi'ego? - Zapytał niewinnie, kładąc dłoń na moim kolanie, zasłoniętym ciemnymi spodniami.
- Tak? - Obróciłem się nieco w jego stronę, aby móc swobodnie rozmawiać.
- Mhm, z tym chłopakiem. Faktycznie jest przystojny. - Zaśmiał się, sunąc dłonią wyżej, ale zignorowałem to. Przecież to Kobo. Najbardziej dotykalska osoba na świecie. Kiedy dotarł do moich ud odruchowo rozchyliłem nieco nogi, czekając na jego dalsze słowa. - Chyba gdzieś się śpieszyli. Byli z takim rudym chłopakiem i jakąś laską.
- Ciekawe jak długo zostaną. - Westchnąłem, po chwili czując jak mężczyzna powoli bawi się rogiem mojej koszulki, ciągnąc ją w swoją stronę. Miałem ochotę zaśmiać się z jego cichych podchodów, które w jakiś sposób były urocze. Takie... Bardzo Kobowate.
- Ciekawe. - Przytaknął, po chwili nieco brutalniej przyciągając mnie w swoją stronę. Pozwoliłem mu na to, wchodząc na jego kolana, aby mieć łatwy dostęp do jego ust. Po chwili całkowicie zdjął górną część mojej garderoby, dzięki czemu bez problemu mógł sunąć dłońmi po moim ciele, co też bez wahania zrobił.
Nie myślałem już o tym, czy po powrocie do Hidekiego nie będę miał przez to problemów. Przecież to Kobo. Nasze spotkania niemal zawsze dążą do tego samego. Jednak wiedziałem, że tym razem nie będę mógł zostać do rana, aby później razem zjeść śniadanie i śpieszyć się do pracy, co powodowało to, że zwykle za późno do niej wychodziliśmy. Będę musiał wrócić do współlokatora i tłumaczyć sie na temat tego, gdzie byłem.
Ale ostatnio... Kłamstwa zdawały się być prostsze od prawdy.
_____
Rozdział betowała Nezumi, która zgodziła się zostać z nami na dłużej, jako edytorka :3
_____
Witajcie słoneczka! Wiem- Rozdział miał być w weekend, ale ... Złośliwość rzeczy martwych... Ale tym razem nie u mnie! U Nezumi ^ ^ Internet jej padł, ale już jest ok ^ ^
Jak powiedziałam Nezumi zgodziła się zostać betą na stałe, cieszycie się?
Ja bardzo ^ ^ Dobrze nam się razem pracuje ( Przynajmniej według mnie XD)

Wesołych świąt kochani, bo nie jestem pewna czy w tym roku pojawi się świąteczny one shot. Właściwie mam kilka pomysłów.. Może wieczorkiem napiszę jeśli znajdę czas i wenę? Nyo zobaczymy.
Życzę wam spełnienia marzeń ( zawsze na pierwszym miejscu w moich życzeniach x3)  dobrych stopni w szkole, wielu świetnych yaoiców do czytania, a osobom piszącym miliona obserwatorów i miliarda komentarzy ^ ^
Mam nadzieję, że miło spędzicie święta :3
___________________________________
A teraz... Poprosiłam Nezumi, żeby oficjalnie się z wami przywitała, a więc oto i Nezu! X3
___________________________________
Ojeju, ojeju! No cóż, nadszedł czas na oficjalne przywitanie! A więc witam was serdecznie drodzy czytelnicy, z tej strony Nezumeł we własnej osobie! Jako, że razem z Hoshi zdecydowałyśmy, że zostaję tutaj na dłużej to wypadałoby coś nabaziać. >u<
 Na początku chciałabym podziękować kochanej Hoshi za przyjęcie mnie, za wspaniałą (dotychczas, ale mam nadzieję, że będzie to trwało długo, długo) współpracę i miłą atmosferę. Chciałabym też podziękować wam, za to, że czynnie wytykaliście mi błędy jakie popełniałam w mojej „pracy” tutaj i mam ogromną nadzieję, że je naprawiłam, chociaż w najmniejszym stopniu. Róbcie to dalej, bo to naprawdę motywuje do pracy i jak wiadomo- uczy. ^^
Co by tu jeszcze naskrobać… 
O sobie pisać raczej nie będę, bo uważam to za rzecz zbędną, aczkolwiek jeśli kogoś interesowałoby co nieco o mnie to śmiało- pytajcie. Chętnie odpowiem. ^^

Myślę, że to na tyle z mojej strony. Na koniec chciałabym wam złożyć serdeczne życzenia na święta, aby były cieplutkie, ale z dużą dozą śniegu, szczęśliwe, spędzone w najbliższym gronie, abyście pod choinką znaleźli wiele, wieeeele wspaniałych prezentów i wreszcie udanego (zapomnianego :> )Sylwestra.
(+bonusik! Wam jak i sobie szybszych rozdziałów od naszej zdolnej autorki! ^^ A dla niej samej dodatkowo- mnóstwo weny x3 )
Pozdrawiam cieplutko i widzimy się (poniekąd) w następnym rozdziale. 
Buziaczki, Nezumi ~
_____________________________________
Do zobaczenia wkrótce i jeszcze raz wesoooołychhhh świąt ! <3
Kocham mocniutko, Hoshi

czwartek, 15 października 2015

Stay - Rozdział 10

Zanim uchyliłem powieki usłyszałem głos Hidekiego, który jakby znikąd nawiedził moją jaźń. Na początku cichy, niezbyt wyraźny szept szybko zyskał na sile, aby wreszcie uzyskać status spokojnej, wciąż niespecjalnie głośnej mowy. Nie jestem pewny, do kogo kierował swoje słowa, jednak pomogło mi to zrozumieć skutki wczorajszych (a może działo się to po północy?) wydarzeń. Byłem wraz z Toi w domu, którego od początku mojej znajomości z właścicielem odwiedzałem jedynie w celu uzyskania odrobiny przyjemności fizycznej. Te niewielkie (aczkolwiek za duże na jedną osobę) domostwo w żaden sposób nie przypominało mi domu. Ani tego przysłowiowego kierującego się zasadą " Twój dom jest tam, gdzie twoje serce" , ani tego, który wczoraj w pośpiechu opuściłem.
Uchyliłem powieki tym samym pozwalając moim oczom spotkać mroźny, szarawy odcień ściany, do której byłem zwrócony. Wyciągnąłem powoli dłoń, aby poczuć pod palcami gładką powierzchnię. Poczułem niewielkie wgłębienie jakie stworzył jakiś ostry przedmiot, jednak nawet przez chwilę nie zastanawiałem się co było tego powodem.
Po chwili odsunąłem od niej rękę, aby swobodnie odwrócić się na drugi bok przodem do minimalistycznie urządzonej sypialni. Oprócz dużego łóżka było też niewielkie biurko i niska szafa.
Dopiero teraz zorientowałem się, że w mieszkaniu nastała niczym nie zmącona cisza. Hideki musiał gdzieś wyjść najpewniej biorąc ze sobą Toi. Wstałem z posłania i podszedłem do okna, dzięki czemu mogłem zobaczyć jak mężczyzna przechodzi wraz z suczką na drugą stronę pasiastego przejścia. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem martwić się tym, że ciemnowłosy zabrał ze sobą psiaka. Musiał tu wrócić, ponieważ było to jego mieszkanie.
Wszedłem do kuchni, nastawiając wodę na herbatę. Nigdy nie lubiłem kawy. Była za mocna, zbyt gorzka i po prostu niesmaczna. Rzadko ją piłem, a jeśli już to robiłem to w naprawdę znanej, polecanej kawiarni słynącej z dobrej kawy.
Przez chwilę nieskrępowany przeszukiwałem szafki, wreszcie jednak znalazłem odpowiednią półkę, na której w dość pedantyczny sposób ułożone były różne kawy i herbaty. Wyjąłem jedno z najbardziej ciekawiących mnie kartonowych pudełek, czyli te, które w swym wnętrzu powinno ukrywać miętową herbatę. Orzeźwiający zapach, który rozniósł się po pomieszczeniu upewnił mnie w tym, że opakowanie nie skłamało.
Zalałem torebkę herbaty po czym odłożyłem błękitny, zdobiony białymi elementami kubek na jasny, niewielki stolik w rogu kuchni. To mieszkanie było naprawdę idealnie przystosowane do życia pary ludzi. Nawet wspomniany, kwadratowy stół był idealny dla takiej ilości istot rozumnych ( w każdym razie istot, które według innych były jedynymi rozumnymi stworzeniami).
Zostawiłem napój, żeby nieco się ochłodził i powędrowałem do walizki, by wyjąć z niej najpotrzebniejsze rzeczy. Najpierw umyłem zęby, po czym rozebrałem się z aktualnie nałożonej na moje ciało garderoby i wszedłem pod ciepłe strumienie wody,  która rozluźniła nieco mięśnie. Umyłem włosy brzoskwiniowym szamponem, (który może i w założeniu miał służyć kobietom, ale co z tego?) zaś ciało jakimś żelem, który nie potrafił przebić się przez aromat wcześniej użytego specyfiku, dlatego też odpowiednim byłoby stwierdzenie, że nie miał żadnego specjalnego zapachu. Po wyjściu z kabiny wytarłem się mocno ręcznikiem i nałożyłem na twarz krem, dzięki czemu skóra nie wydawała się tak napięta.
Założyłem przygotowany wcześniej ubiór i wyszedłem z zaparowanego pomieszczenia prosto na zimną podłogę, którą czułem mimo skarpetek ściśle przylegających do stóp. Widząc stojące na lodówce radio włączyłem słuchany jako ostatni kanał. Podszedłem do okna i uchyliłem je. Na zewnątrz było okropnie zimno, ale w jakiś masochistyczny sposób podobało mi się to.
Telefon zadzwonił pierwszy raz od wczorajszego dnia. Zastanawiałem się przez chwilę, gdzie umieściłem przedmiot, jednak wodzony dobrym przeczuciem skierowałem się do sypialni. Przez myśl mi przeszło, że to może ciotka została odwiedzona w nocy przez trzy duszki, które sprawiły, że zechciała spojrzeć na naszą relacje pod innym kątem, ale nie. To nie ciocia, a Kochiko wyraziła zaciekawienie moim stanem.
- Słucham moja droga. - Rozpocząłem zaraz po podniesieniu telefonu z podłogi i naciśnięciu odpowiedniego klawisza.
- Pisałeś do mnie strasznie późno. Co się stało? - Zapytała przejęta. Usłyszałem w oddali radosny okrzyk Masao, która głośno krzyczała:  " Rozmawiasz z wujkiem Haru?!"
-Tak jakby. - Wyznałem ostrożnie, zastanawiając się, czy powinienem dzielić się z nią wydarzeniami z dnia poprzedniego.
- Opowiadaj, kochanie. - Poprosiła w swój troskliwy, matczyny sposób, który mimo, że miałem już swoje lata, sprawiał mi ogromną przyjemność.
- Chyba... Chyba... Zostałem bezdomny. - Powiedziałem czując jak do moich oczu napływają niechciane łzy. Dziś znalazłem się w sytuacji, przed którą rodzice starali się mnie uchronić za życia.
- Co Ty mówisz? Jak to bezdomny?!
-Ciocia mnie wyrzuciła. - Wyjaśniłem nieco mokrym głosem. Przetarłem oczy rękawem bluzy, zastanawiając się, czy rodzice tam na górze są mną zawiedzeni. Z pewnością byli, każdy szanujący się rodzic byłby niepocieszony tak oczywistą klęską swego potomka. - Jestem teraz u znajomego, spotkał mnie jak szukałem.. Szukałem miejsca, w którym mógłbym przespać noc. Cholera, Kochi, co ja mam zrobić? - Zapytałem w sposób niesamowicie bezradny.
- Jak to co? Weź swoje rzeczy, Toi i marsz do mnie! - Powiedziała jakby było to oczywiste.
- Nie chcę Ci przeszkadzać... Masz teraz tyle problemów...
- Jakie przeszkadzać? Jesteś moim niepisanym braciszkiem, Haru... - Przypomniała jakby z wyrzutem, że w ogóle pomyślałem o jej wygodzie. Usłyszałem jak drzwi od mieszkania się otwierają dlatego szybko przemknąłem na balkon, mocno pocierając przy tym policzki, po których co jakiś czas spływały pojedyncze łzy poniżenia i bezradności.
- Kocham Cię, wiesz? - Rzuciłem nieco wzruszony, jednak podejrzewałem, że w danym momencie nie byłem zbyt zrównoważony psychicznie. - Obiecuję, że Ci to wynagrodzę! Tobie i Masao! - Dodałem od razu nie zapominając o córce kobiety.
-Ja ciebie też. Przyjedź jak tylko poczujesz, że nie możesz dłużej zostać tam gdzie jesteś. Napisz mi tylko sms'a, abyś nie zastał zamkniętych drzwi.
- Dziękuję. - Powiedziałem raz jeszcze, a po szybkim pożegnaniu zakończyłem naszą rozmowę. Zacząłem się zastanawiać, czy powinienem od razu wyjść, czy zostać do wieczora, kiedy nagle przyszedł sms od osoby, o której nie pomyślałem aż od wczorajszej nocy.
" Pasuje Ci o 14.30? Zabiorę Cię do świetnej kawiarni, którą otworzyli przy moim domu. Podobno mają strasznie dobre ciasta" - Pisał jakże optymistycznie Doi. Zakląłem cicho pod nosem, po czym spojrzałem na zegarek w telefonie. Było parę minut przed 11.
Schowałem telefon do kieszeni, postanawiając odpisać dopiero gdy porozmawiam z Hidekim. Okazja nadarzyła się niemal od razu, ponieważ po otwarciu drzwi balkonu moje oczy spotkały się z szarawymi tęczówkami mężczyzny.
-Co się ukrywasz? - Zapytał podejrzliwie, podchodząc do mnie. Jego dłoń spoczęła na moim policzku, po chwili zjeżdżając coraz niżej, na szyję. - Dlaczego płakałeś? - Jego głos stał się nieco łagodniejszy.
-Strasznie wieje. Wiatr drażni mi oczy.
-Było nie wychodzić. Z kim się umawiałeś?
-Z nikim! Nie uprawiam seksu co noc. - Prychnąłem urażony, wchodząc w głąb mieszkania. Zamknąłem wrota na zewnątrz, w tej samej chwili czując jak jego dłoń zaciska się na moim nadgarstku.
- Jeśli chcesz tu zostać- zostań, ale mieszkając pod moim dachem masz należeć tylko do mnie. - Oznajmił uporczywie utrzymując ze mną kontakt wzrokowy. Byłem nieco zaskoczony, ale z drugiej strony przecież doskonale wiedziałem jak zaborczy jest ten mężczyzna.
-Rozmawiałem z przyjaciółką...
-Zostajesz?
- Co?
- Czy zostajesz tu na moich zasadach? - Zapytał. Byłem zaskoczony tą propozycją. To trochę jakby sprzedać swoje ciało za schronienie nad głową. Z drugiej strony... Mieszkanie tu zdawało się być dobrym pomysłem, miałem blisko do pracy, właściwie wszędzie, ponieważ budynek znajdował się niemal w centrum miasta. Z kolei od Kochiko musiałbym dojeżdżać najmniej godzinę w jedną stronę. Nie mogłem spóźniać się do pracy. Co więcej, Kochiko ma dziecko i kolejne w drodze, bałem się, że mógłbym jej zawadzać swoją obecnością, nieważne w jak ciepłych relacjach byliśmy.
- Przez jakiś czas.
- Świetnie. - Powiedział od razu wbijając się w moje usta. Pocałunek był szybki i niechlujny, odwzajemniłem go z nieco mniejszą zawziętością, czując jakbym właśnie naprawdę się sprzedał, jakbym zapieczętował przynależność do Hidekiego. To nie było nic przyjemnego. - Jakie masz plany na dzisiaj? - Zapytał, odsuwając ode mnie swoją twarz. W zamian jego dłonie objęły moje biodra.
- Myślałem, żeby spotkać się ze znajomym. - Wzruszyłem ramionami, spoglądając na Toi, która jak gdyby nigdy nic położyła się pod stołem i zamknęła oczy najpewniej oddając się w ręce Morfeusza. Nie byłem pewny, czy dobrym pomysłem byłoby zostawienie jej z Hide lub też samej w nowym miejscu. Z drugiej strony zdawała się całkowicie obojętnie przyjąć przeprowadzkę i zaakceptować mieszkanie.
- Jakim? - Dopytywał, zaciskając lekko ręce. Nie podobało mi się to.
- Z pracy. - Skłamałem gładko, skupiając wzrok na jego twarzy. Mężczyzna był dość wysoki, jak Doi. Już jakiś czas temu zauważyłem, że wolę wyższych partnerów, którzy potrafili schować mnie w swoich ramionach.
- Możesz iść, ja za jakąś godzinę muszę zbierać się do pracy. - Uprzedził, podnosząc dłoń, aby przeczesać moje przydługie włosy. Zakręcił część ich na jeden z palców, po czym pozwolił aby w naturalny sposób się z niego ześlizgnęły.
- O której wrócisz? - Odsunąłem się nieco i obróciłem, aby po chwili paść na kanapę stojącą kawałek dalej. Mężczyzna również usiadł, właściwie w podobny do mnie sposób położył się w rogu naprzeciw mnie. Nasze kolana ściśle do siebie przywarły, kiedy oboje spojrzeliśmy w stronę telewizora. Hideki podniósł pilota, dotąd leżącego na podłodze po czym włączył urządzenie na tyle cicho, abyśmy mogli rozmawiać.
- Zwykle wracam około dwudziestej pierwszej, ale wszystko zależy od tego ile będę miał dziś pracy.
*    *    *
Niedługo po wyjściu właściciela mieszkania odpisałem Doi'emu i umówiłem się z nim na jednej z alejek niedaleko parku. Nie chciałem umawiać się przed kamienicą, z której zostałem wczoraj wyrzucony, ponieważ ryzykowałbym spotkanie z krewną, a póki co wolałem trzymać się z dala od niej i jej specyficznego charakteru.
Powoli zaczynałem się zastanawiać jak wyjaśnić Doi'emu, że "nasza alejka" nie jest już nasza. Stała się bezpańska, a my najpewniej już więcej nie umówimy się w jej okolicy. Robiliśmy to od zawsze, właściwie to nie zawsze się na niej umawialiśmy, ale za każdym razem dotarcie na nią oznaczało pożegnanie. Po każdym spędzonym razem dniu zostawałem na nią odprowadzany, stało się tak nawet przy naszym pierwszym spotkaniu, które zdawało się być oddalone o lata świetlne od miejsca i sytuacji, w której teraz się znalazłem.
Oboje dorośliśmy, bez wątpienia dużej zmianie uległ również mój charakter. Nie byłem już tak pesymistyczny, nie patrzyłem na każdy kolejny dzień jak na karę za ogromny grzech, którego nawet nie pamiętałem. Zacząłem akceptować siebie oraz rzeczywistość, w której przyszło mi egzystować. Przestałem oceniać wszystkich wokół oraz siebie samego, przestałem karcić się za każdą źle podjętą decyzję, ponieważ jestem tylko człowiekiem i mam do nich prawo.
Wszystkie te złe sytuacje zostały zawczasu wpisane do mojego życiorysu. Dodały mu nieco ciemniejszych kolorów, aby nie był zbyt jasny, zbyt nudny.
Na ulicy było dziś naprawdę dużo ludzi. Być może było to spowodowane wczesną godziną, jednak najpewniej te rejony miasta po prostu tak już miały. Kiedy mieszkałem w starszej dzielnicy otaczali mnie sami rozleniwieni emeryci, teraz jednak znalazłem się w centrum, które najpewniej nigdy nie śpi.
Z daleka widziałem blondyna, opierającego się o masywną, stalową bramę chroniącą wejście do parku. Ludzie kierowali na niego swoje spojrzenia, mierzyli go od stóp do góry. Niektórzy nagle jakby ożywali, jednak dotyczyło to głównie młodych dziewcząt lub kobiet niewiele starszych ode mnie.
Sam Doi stał jakby znudzony przyglądając się telefonowi. Zdawało mi się, że coś czyta, ponieważ bardzo rzadko dotykał ekranu, a jak już to robił to miało to na celu wykonanie charakterystycznego, posuwistego ruchu palca. Nieco przyśpieszyłem, w pierwszej chwili nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
To było dziwne uczucie, kiedy mój szybki chód zmienił się w bieg, tylko po to, aby znaleźć się w jego silnych ramionach. Nie patrzyłem na ludzi, których nieumyślnie popychałem, czy na światła przy jezdni, które z chwili na chwile zmieniały kolory. Chciałem tylko poczuć to samo, co czułem kiedy byłem przy nim. To bezpieczeństwo, naiwną stabilność.
Niebieskie oczy spoczęły na mnie, w chwili, w której ktoś krzyknął, żebym nie wbiegał na jezdnię. Nie przejmowałem się tym. Samochody jeszcze nie ruszyły po przerwie na przepuszczenie pieszych więc na pewno wszyscy mnie dostrzegli.
-Doi! - Krzyknąłem nader głośno, od razu wpadając w jego rozłożone, zapraszające ramiona. Mężczyzna, zareagował nietypowo. Nie wydawał się ani trochę zdziwiony, tak jakby wiedział, że właśnie w ten sposób się z nim przywitam. Od razu objął mnie w pasie, przyciągając mocniej do siebie. Zdjął kaptur z mojej głowy, pozwalając abym wtulił policzek w miejsce między jego obojczykami. Przymknąłem powieki, całkowicie nie przejmując się ludźmi wokół nas.            
-Co jest? Stęskniłeś się? - Dopytywał delikatnie głaszcząc moje włosy. Czułem jak jego palce wsuwają się między miękkie kosmyki. Zadrżałem kiedy jeden z nich dotknął mojego karku.
-Bardzo. - Wyznałem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że to prawda. Wcześniej starałem się o nim nie myśleć, jednak kiedy przypomniałem sobie o dzisiejszym spotkaniu mężczyzna nie opuścił więcej mojej głowy.
Doi zdawał się być co najmniej usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Jego uścisk jeszcze bardziej się wzmocnił, jednak po chwili blondyn postanowił się odsunąć.
- Chodźmy, jest zimno. - Wyjaśnił wyciągając do mnie otwartą dłoń. Uśmiechnąłem się szeroko nie potrafiąc tego powstrzymać. Właściwie to chyba nie chciałem, przecież to Doi. Przy nim mogę być szczęśliwy nie martwiąc się niczym.
- Jasne. - Mruknąłem, w bliźniaczym geście wyciągając do niego rękę, aby palcami objąć jego dłoń. Poczułem jak zaciska ją mocniej, jednak nie tak, aby mnie to zabolało. Był to ruch, dający mi pewność, że jest blisko, jest tak samo blisko jak był przed wyjazdem.
Ruszyliśmy przez park, ponieważ w ten sposób mogliśmy szybciej dostać się do kawiarni. Nie było w nim wiele ludzi, jedynie ci, którzy postanowili sobie skrócić drogę w ten sam sposób co my. Nie rozmawialiśmy o niczym szczególnym, poruszaliśmy tematy dość powierzchowne. Przez dłuższy czas narzekaliśmy na to, jak zimna jest tegoroczna jesień, która wkrótce miała przemienić się w jeszcze chłodniejszą zimę. Potem poruszyliśmy temat Toi oraz mojej pracy, ponieważ Doi od dłuższego czasu upierał się w tym, że mnie tam odwiedzi. Oczywiście problemem było to, że nie miał pojęcia gdzie znajduje się kawiarnia. Na nic zdały się naiwne tłumaczenia ( "skręcisz w lewo, potem za przystankiem w prawo, dziesięć minut w górę autostrady, przed rondem skręcisz w prawo, koło zielonej budki sprzedającej herbatę, przy sklepie spożywczym w lewo, taką ciasną uliczką. Wychodzisz na większą ulicę i w prawo. Potem już zobaczysz") powtarzane ze cztery razy, ponieważ za każdym z nich blondyn z dumą w głosie oznajmiał, że "chyba wiem!", aby po następnej serii stwierdzić, że tylko mu się wydawało, że wie.
Kiedy wreszcie udało mi się zmienić temat, rozmawialiśmy przez chwilę o nowym programie rozrywkowym ukazującym się w TV. Wciąż go kontynuując weszliśmy do kawiarni.
Była niewielka, przez co wszystko zdawało się być blisko siebie. Było tu kilka stolików, z czego tylko dwa zajęte. Na ścianach było drewno w kolorze ciemnej czekolady. Podłoga miała nieco jaśniejszy odcień. Było tu dużo kwiatów i malutkich drzewek. Razem skręciliśmy w lewo, gdzie stała kasa, a za nią na ścianie aż do sufitu zawieszone były półki, zajmowane przez przeźroczyste słoje z różnymi rodzajami herbat i kaw. Wybraliśmy białą herbatę z pomarańczą oraz ciasta, po czym dostaliśmy numerek, który kazano nam postawić na stoliku. Wybraliśmy ten najbardziej w kącie, przy oknie. Zdjęliśmy okrycie wierzchnie, kończąc przy tym wcześniejszą rozmowę. Usiedliśmy naprzeciw siebie, stawiając na boku stołu plastikową wizytówkę z wydrukowanym numerem cztery.
-Właściwie dlaczego nie umówiliśmy się tam gdzie zawsze? - Zapytał, kiedy na naszym stole spoczęły dwa talerzyki. Mój z szarlotką i jego z jakimś czekoladowym ciastem. Młoda dziewczyna, która je przyniosła powiedziała, że za moment przyniesie herbatę po czym odeszła.
-Wyprowadziłem się. - Wyjawiłem, przyglądając się wypiekowi z owocami. Przysunąłem go nieco bliżej robiąc miejsce dla małego, białego dzbanka i filiżanek, które spoczęły na wolnej przestrzeni. Oboje podziękowaliśmy brunetce, cichnąc na moment.
- Dlaczego ? Nie mówiłeś, że planujesz zmienić mieszkanie. - Stwierdził, z ciekawością zaglądając do parzącej się herbaty, nachyliłem się aby zrobić to samo, dzięki czemu dotarł do mnie przyjemny, cytrusowy zapach.
-Ciocia wróciła, a że niespecjalnie się dogadujemy postanowiłem się ulotnić. - Wzruszyłem ramionami, udając, że wcale mnie to nie ruszyło, chociaż prawda była całkiem inna. - Teraz mieszkam z przyjacielem.
- Tym, którego poznałem? - Dopytywał. Niemal od razu zrozumiałem, że ma na myśli Kobo.
- Nie, to ktoś inny. - Wyjaśniłem, obejmując palcami malutki, srebrny widelczyk.
- Dlaczego nie Kochiko? Dawno nic o niej nie mówiłeś... Pokłóciliście się? - Zrobił to samo, od razu nabierając nieco czekoladowego ciasta, które znikło w jego ustach. - Pyszne. - Ocenił natychmiast.
- O Boziu, zapomniałem Ci powiedzieć! - Zachichotałem poruszony swoją nieuwagą. - Jest w ciąży, będzie miała drugie dziecko.
- Żartujesz! - Zakrzyknął z równym poruszeniem co ja. Pokręciłem leciutko głową, dając mu znak, że moje słowa są najprawdziwszą prawdą. - Masao musi być zachwycona.
- Nie byłem u nich od dawna... Ale pewnie jest. - Przyznałem mu racje, także próbując swojego ciasta. Było niesamowite.
- Chyba już się zaparzyła. - Stwierdził Doi, nalewając do filiżanek ciepłą herbatę. - Trzeba będzie je odwiedzić. - Stwierdził, a ja od razu przyznałem mu racje.
*    *    *
- Jakiś czas temu zastanawiałem się... - Rozpocząłem, świadom, że prędzej czy później będę musiał o to zapytać. Przecież nie jeden raz zastanawiałem się, czy zmieniłoby to nasze życie, czy pozwoliło by naszym drogą wciąż pleść się ze sobą. - Gdybym wtedy, dwa lata temu poprosił Cię, żebyś został w Japonii ... Zostałbyś? - Dokończyłem ciszej.
Byliśmy już w drodze powrotnej, właśnie wchodziliśmy do pustego, zimnego parku, który prowadził do miejsca, w którym dziś się umówiliśmy. Było już ciszej niż wcześniej, miasto jakby się uspokoiło, co było dziwne, ponieważ minęły zaledwie trzy godziny. Nikt już się nie śpieszył, nie przepychał. To miejsce było już całkowicie zapomniane. Szliśmy powoli, leniwie stawiając kroki. Nasze ręce były schowane w kieszeniach, przez co nie łączyło nas już nic. Szliśmy obok siebie, jednak nie dotykaliśmy się żadną częścią ciała. Oboje byliśmy wyciszeni, utkwieni w dość specyficznym nastroju. Patrzeliśmy przed siebie z kamiennymi twarzami, schowanymi za wciąż dość cienkimi szalikami. Było już dość ciemno, jakby nie patrzeć za chwilę miała zacząć się zima. Kolejna wspólna zima.
Mężczyzna spojrzał na mnie krótko, po czym westchnął dość ciężko. Podejrzewam, że spodziewał się tego pytania.
-Wtedy byłem gotów zrobić dla ciebie niemal wszystko. - Wyznał, spoglądając nieco wyżej, na łyse już gałęzie drzew. Uśmiechnąłem się lekko, chcąc odpowiedzieć, jednak Doi postanowił kontynuować swoją wypowiedź. - Z pewnością bym został... - Zaśmiał się cicho, brzmiało to dziwnie, dość smutno. - Właściwie... Czekałem na to. - Wzruszył ramionami, podążając wzrokiem za jakimś zbłąkanym ptakiem wnoszącym się w stronę słabo widocznych chmur. Zrobiłem to samo, pozwalając sobie śledzić czerń nieba. - Nawet w Londynie. Kiedy dotarłem do hotelu przez ponad tydzień trzymałem walizkę w rogu pokoju szczelnie zamkniętą. Pierwszego dnia wyjąłem najpotrzebniejsze rzeczy na dwa dni, zaś resztę trzymałem spakowaną. – Wspominał. - Chciałem być gotowy na chwilę, kiedy poprosisz, żebym wrócił. Ale ty nie poprosiłeś. Gdy rozmawialiśmy uśmiechałeś się w ten swój melancholijny sposób, tak samo jak przed moim wyjazdem. W ten sposób, który jasno mówił, że utknąłeś w przeszłości. Nie zmieniłeś się ani trochę, nie potrzebowałeś mnie już, ponieważ pomimo tego, że ten uśmiech pozostał, ty nauczyłeś się już cieszyć teraźniejszością. - Zakończył przenosząc na mnie swój wzrok. Jasne tęczówki biły ciepłem, niespodziewanym zaufaniem i sentymentem. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, jednak wreszcie nie wytrzymałem. Opuściłem wzrok na ziemię i zaśmiałem się cicho, nieco skrępowany.
- Ponieważ liczy się tylko to, co jest teraz.
_______________________________
Rozdział betowała Nezumi
Hej ho promyczki.
Rozdział przypadł do gustu? Proszę o komentarze!! To naprawdę dodaje weny.. Świadomość, że ma się dla kogo publikować swoje twory :3
Krytykujcie też pracę Nezumi :>

Byłam w Francji, jak już niektórzy z was wiedzą.. Troszkę spowolniło to moją pracę, wybaczcie.

Hm.. Rozdział miał ukazać się 7.10.. ale nie wyszło..
07.10 minęły trzy lata od założenia bloga. Jestem wyjątkowo rozczarowana moimi postępami, moją pracą.
Trzy lata, kurczaki...  Z Zadowoleniem spoglądałam na archiwum.  Wow. Wyglądało naprawdę ładnie! 2012, 2013, 2014,2015. Ślicznie, uporządkowanie, systematycznie. A potem spojrzałam w te małe nawiasy i cały mój entuzjazm znikł. 5 notatek. 5 notatek w ciągu 10 miesięcy! Kiedy to się stało?! Tamte ubiegłe lata prezentują się ładniej.. 22  i 25 notatek! Co się ze mną stało? Fakt faktem. Nowa szkoła, nowi znajomi, nowe zainteresowania, więcej obowiązków i coraz więcej problemów i nieudolnych prób odnalezienia siebie. Ciągła samotność. Za bardzo poświęciłam się tekstowi, który chcę wydać. Zapomniałam nieco o teraźniejszości, kierowałam się myślą " Po co pisać na blogu, skoro mogę poświęcić czas na to, co chcę wydać?!" Pierwszy raz coś udokumentowało moje starania. Brak starań, totalne olanie sprawy. A taka niby.. Natchniona dusza, taka niby niespełniona literacko marzycielka.
Musiałam się wygadać, hahaha :<
Obiecuję, że od teraz będę się bardziej starała.
Kocham was i czekam na komentarze!
HOOOOOOSHIIII <3

środa, 26 sierpnia 2015

Stay - Rozdział 9


Słyszałem swój własny, niezmiernie cichy oddech. Skupiałem się na nim. Był niespokojny, niemal niesłyszalny, ale jednak niespokojny. Nierówny i niepewny. Powietrze z moich uchylonych do nieuwolnionej odpowiedzi ust wydostawało się szorstko. Jakby z trudem. Zacisnąłem je, ponieważ wiedziałem, że dana odpowiedź nie może wyjść na zewnątrz. Musi zostać ukryta głęboko we mnie, ponieważ jest to właśnie moja opinia. Nie kogoś popularnego, sławnego, podziwianego czy po prostu docenionego. Jest ona moja. Człowieka bez rodziny, ambicji czy większych osiągnięć. Nikogo nie zainteresuje pogląd tak szarej, nudnej istoty.
Pokiwałem lekko głową niemo pokazując dziewczynie, że wyłapałem jej słowa spośród radosnych okrzyków dzieciaków oraz narzekań ich babć, zaś następnie spojrzałem w niebo. Chmury powoli zaczynały zasłaniać słońce. Oplatały je z każdej strony, jak ciasne odzienie lub silny uścisk młodych ramion.
-Jak chcesz abym zareagował? - Zapytałem, mrużąc lekko oczy, kiedy ostatnie promienie jesiennego słońca uderzyły w moje źrenice. Słyszałem w oddali głos Masao kierowany w stronę jakiegoś rówieśnika.
-Nie jestem pewna.
-Jestem Tobą rozczarowany.- Zacząłem swój krótki, nic nieznaczący monolog, jednak po chwili zrezygnowałem z wygłaszania go. On nic by nie zmienił. Nawet jeśli mówiłbym przez kilka godzin, moja odpowiedź wciąż nie potrafiłaby niczego przekształcić w lepszą formę. - Ale to twoje życie i układasz je według swojego planu, więc nie będę cię pouczać.
- Nie wiem co mam zrobić... - Wyznała siadając ciężko na pobliskiej, drewnianej ławce. Tak samo jak ja odchyliła głowę, kładąc jej tył na oparcie. Także patrzyła w niebo, jednak nasze spojrzenia nie potrafiły spotkać się w jednym miejscu. Właściwie to nie potrzebowaliśmy tego. Kontakt wzrokowy był czymś niepotrzebnym.
- Wychowaj to dziecko. Niezależnie od tego jak będzie, ono podziękuje ci kiedyś za to, że pozwoliłaś mu żyć. - Wymamrotałem cicho.
- Skąd wiedziałeś? - Podpytywała zaskoczona. Jej oczy spoczęły na mojej lekko odchylonej do tyłu sylwetce.
- Że myślisz o aborcji? To było do przewidzenia. Przecież ledwo dajesz sobie radę z Masao.  Zawsze starasz się trzymać z dala od problemów czy niepotrzebnych utrudnień. - Wyjaśniłem, po czym wyprostowałem się. Postanowiłem usiąść przy kobiecie, która zdawała się być nieco zawstydzona moimi szczerymi słowami.
- Postaram się być dla niego dobrą matką. - Obwieściła po chwili ciszy. Zdawała się odczuwać ulgę. Spomiędzy jej brwi zniknęła delikatna zmarszczka, zaś kąciki jej ust uniosły się lekko ku górze i pomimo, że wciąż wyglądała jakby nie spała od kilku dni, to jej twarz minimalnie pojaśniała.
-Na pewno będziesz wspaniała. - Uśmiechnąłem się, starając tym samym przekazać kobiecie choć resztki głęboko ukrytego we mnie optymizmu. - Jestem pewny, że pokochasz to dziecko tak samo jak pokochałaś Masao.
*    *    *
Przeniosłem wzrok z ekranu telefonu na Toi, która z entuzjazmem machała przypominającym pędzel ogonem, stojąc przy drzwiach wyjściowych. Słyszałem jak jej pazury uderzają w drewno dlatego postanowiłem podnieść się z kanapy.
Toi czuła. Na swój dziwny, psi sposób czuła, że dziś ponownie spotka osobę, której zawdzięcza dobrze spędzone lata swego psiego życia. To on nauczył ją wszystkiego.To on jako pierwszy wziął ją do parku, czy nad jezioro, pokazał jej swój dom, pozwolił, by stał się on jej oazą. Przy dokonywaniu ciężkich wyborów zwracał uwagę na jej dobro, nie na własne przekonania czy zyski.
Toi była jego malutkim światem ukrytym w ciemnych, błyszczących oczach.
- Mówiłam, żebyś pozbył się tego kundla. - Warknęła ciotka wychodząc z zaparowanej łazienki. - Albo sama się go pozbędę. - Dodała patrząc na mnie z niechęcią. W niczym już nie przypominała kobiety, która z uśmiechem na ustach postanowiła zwiedzać świat. Zestarzała się, jej charakter stał się zgorzkniały.
- Jest moim psem.
-Ale dom jest mój. - Rzuciła w moją stronę. - Możesz wynieść się razem z tym czymś. Nie będę cię zatrzymywać! - Wzdycham rozumiejąc, że tak najpewniej będzie najlepiej. Wiedziałem od początku, że moje życie z ciotką pod jednym dachem nie będzie takie, jakiego wyczekiwałbym od losu. Powinienem wrócić do dawno porzuconych myśli o przeprowadzce, jednak nawet jeśli nigdy nie czułem aby to mieszkanie było moim prawdziwym domem, to byłem przywiązany do tego cichego, nieraz aż zbyt cichego ,miejsca o ścianach wypełnionych samotnością.
- Chodź Toi, idziemy do parku. - Poinformowałem zwierzaka zapinając smycz do obroży.
- To pies. Po co do niego mówisz? Ona cię nie rozumie. - Dogryzła ciotka, wycierając białym ręcznikiem mokre włosy. Nic nie odpowiedziałem, ponieważ wierzyłem, że zwierzęta nas rozumieją. Nie potrafią odpowiedzieć nam słowami, zaś pojęcie naszych czasami zajmuje im nieco dłuższą chwilę niż ludziom, ale jestem niemal pewien, że mimo to nas rozumieją.
Otworzyłem drzwi prowadzące na klatkę i pozwoliłem Toi wyjść jako pierwszej. Jej ogon przestał poruszać się w tak szybkim tempie, ale wciąż przemieszczał się z jednej strony na drugą. Teraz już spokojniej, niemal leniwie. Patrzyłem na jej delikatne, puchate łapki. Kroczyły dumnie w idealnie zgranym schemacie. Układały się na betonie, aby po chwili zmienić miejsce. Toi chyba rozumiała gdzie idziemy, ponieważ ani na chwilę nie oglądała się do tyłu zostawiając mnie za sobą w odległości, na jakiej pozwalała jej regulowana smycz.
Odniosłem wrażenie, że mam deja vu, kiedy zobaczyłem Doi'ego stojącego przy ogromnej, metalowej bramie prowadzącej do parku. Było już późno, niebo właśnie zaczynało się ściemniać co oznaczało, że zbliżała się godzina dwudziesta. Podejrzewałem, że niewielki obszar zieleni był niemal całkowicie pusty.
Park z każdej strony otaczały drzewa, tworzyły  swego rodzaju dach, chroniący przed resztą świata. Na środku obszaru był staw, który sadowił się u dołu niewielkiego wzniesienia. Blisko znajdowały się  ciemnobrązowe ławki. Szeroki chodnik , pozwalał dotrzeć do kilku, moim zdaniem,  brzydkich rzeźb, innych ławek, kwiatów. Gdy odeszło się jeszcze dalej, znaleźć można było zapomnianą przez wielu ludzi część parku, którą dawno przejęły psy różnych ras w celu chociażby wybiegania się lub poznania innych pupilów.
Toi przystanęła. Jej ogon nagle znieruchomiał, a uszy uniosły się lekko. Między nimi pojawiły się niewielkie, pokryte włosami fałdy skóry. Blondyn oderwał wzrok od witryny sklepu stojącego po jego prawej stronie. Poczułem, jak jego spojrzenie zatrzymuje się na mojej twarzy. Uśmiechnął się w swój naturalny sposób, po czym zerknął niżej najpewniej wiedziony przeczuciem. Psiak wreszcie postanowił sie poruszyć. Kilka razy podniósł łapki, jednak pozostał w jednym miejscu. Wreszcie stojący niedaleko Doi postanowił schylić się nisko, aby poklepać swoje uda. Toi ruszyła z miejsca jak torpeda. Nie rozglądała się wokół, nie zważała na ewentualne konsekwencje. Biegłem za nią, ponieważ byłem świadom tego, jak krótka jest smycz i jak skończyłoby się zatrzymanie przez nią zwierzaka.
-Toi! Toi! - Zawołał mężczyzna dość cieńkim, wystylizowanym głosem, powodując, że właścicielka imienia jeszcze bardziej przyśpieszyła, aby wreszcie dotrzec do niego. Przez chwilę próbowała wskoczyć na jego kolana. Widząc, jak mój były chłopak schyla się, aby ją podnieść, puściłem smycz, pozwalając, by zawisła, gdy młody pies wylądował w ramionach swojego prawowitego właściciela. - Oj, jaka mądra. Poznałaś mnie, co ? - Zaśmiał się, a w jego głosie można było usłyszeć dziwną ulgę oraz zadowolenie.
-Ciebie też miło widzieć. - Powiedziałem, po jakichś pięciu minutach wpatrywania się w pełne miłości powitanie Toi i Doi'ego. Może po prostu byłem nieco zazdrosny. Pytanie tylko o kogo z nich. Doi uśmiechnął się, przez co jego oczy jeszcze bardziej zalśniły.
- Jesteś okropny. Powinienem być zły za to, ile czasu musiałem czekać na jakąkolwiek wiadomość od ciebie. -Stwierdził, dalej skupiony na uspokajaniu Toi, która co chwilę przebierała łapkami na jego torsie. Wreszcie mężczyzna postawił ją na ziemi, po czym wyciągnął do mnie dłoń. - Mógłbym? - Zapytał, na co niemal od razu podałem mu podniesioną przed chwilą smycz.
- Jasne. - Wzruszyłem ramionami podając mu przedmiot. Moja skóra delikatnie otarła się o jego, co sprawiło, że mogłem, poczuć jak gładka jest jego dłoń.
- Tęskniłem za Tobą. Myślałem, że już cię nie zobaczę. - Wyznał podchodząc nieco bliżej. Widziałem jak jego ciało nachyla się w moją stronę. Mój mózg zarejestrował jego zamiary całkowicie poprawnie, jednak nie robię nic, aby go powstrzymać. Poczułem wreszcie jego ciepłe ramiona, oplatające moje ciało. Zapragnąłem, abyśmy mogli zostać tak na zawsze.
Miałem ochotę oprzeć głowę o jego tors i przymknąć oczy. Wyznać, jak kocham jego uściski, jego dotyk. Nie zrobiłem tego. Nie zrobiłem nic poza delikatnym uśmiechem oraz ułożeniem ręki w jego pasie.
- Ja za tobą też tęskniłem. - Odparłem zbierając w sobie siły, aby odsunąć się od jego ciała. Wreszcie robię to. Przesówam się w bok i ruszam do przodu zostawiając jego oraz Toi w tyle. Szybko dorównują mi kroku. Toi, mimo, że nie zapięta, idzie wiernie przy nas, by po chwili wyprzedzić naszą dwójkę.
- Jak tam? Przypomniałeś już sobie wszystkie zakamarki miasta? - Zapytałem, aby przerwać ciszę panującą między nami. Nie była niezręczna, jednak skoro już się spotkaliśmy dobrze byłoby choć trochę porozmawiać. Zawsze lubiłem z nim to robić. Uwielbiałem wesoły, swobodny ton jakim raczył mnie przy każdym zdaniu. Tak samo jego promienny uśmiech kierowany w moją stronę.
- Powiedzmy. - Rzucił, ale usłyszałem w jego głosie zwątpienie. - Wiesz... Colin niespecjalnie ma ochotę zwiedzać.
- Nie mówiłeś, że chce zobaczyć Japonię? - Zapytałem zaskoczony. Nie było w moim głosie ani szczypty zgryźliwości czy żalu. Musiałem odrzucić od siebie te uczucia, niezależnie od tego jak dotychczas wyniszczały moją duszę. I być może szkody pozostaną jeszcze przez dłuższy czas, ale to nic. Bo idę do przodu. Samotnie, ale stale do przodu.
- Tak, tak mi powiedział, ale chyba już mu się odechciało. - Zaśmiał się cicho, odrzucając głowę do tyłu, tak aby jego twarz złapała choć kilka z ostatnich promieni słońca. - Chyba po prostu nie chciał, żebym jechał tu sam. - Wzruszył ramionami. - Byliśmy w kilku miejscach, wziąłem go na jeden wywiad, a wczoraj odwiedziliśmy mój dom rodzinny. Wiesz... To nie byłoby w porządku, gdybym będąc w Japonii ich nie odwiedził.
- Racja. - Przyznałem, idąc przy jego boku. - Gdzie teraz mieszkacie?
- W Hotelu. - Odpowiedział obojętnie. Musiałem powstrzymać westchnienie ulgi, ponieważ dotarło do mnie, że Toi nie zostanie mi odebrana. - Wiesz, nie chcę na razie nic wynajmować, bo nie wiem ile tutaj dokładnie zostanę...Może być to tydzień, może miesiąc, może dwa... - Wymieniał, zaś ja czułem na sobie jego wzrok. Swój własny skierowałem na poruszającą się przed nami Toi, która swoje leniwe kroki zmieniła na wolny bieg w kierunku sfery dla psów.
- Rozumiem. To musi być uciążliwe... Nie możesz mieć zbyt dużo odległych czasowo planów, prawda? Bo nie wiesz kiedy wrócisz do domu, ani kiedy z niego wyjedziesz...
- Domu?
- No... Otemachi ( nazwa miasta. dop.Aut.)- Wyjaśniłem posyłając mu delikatne wygięcie warg.
-Wiesz... Nie jestem pewny czy Japonia wciąż jest moim domem... Zwiedziłem wiele miejsc, niektóre z nich pokochałem. Tak samo jak miejsce, w którym mieszkam podczas kręcenia. - Wzruszył obojętnie ramionami, czujnymi oczami wypatrując mojej reakcji.
- Nie zamierzasz tu wrócić? - Dopytywałem zaskoczony jego słowami oraz delikatnym kłuciem w sercu, które pojawiło się znikąd i za nic nie chciało mnie opuścić. Wstrzymałem oddech w nadziei, że nieprzyjemne odczucie zniknie, ale nie. Ono nieustępliwie trwało.
- Wrócę. - Sprostował, odwracając się na pięcie w moim kierunku. - Pamiętasz? Obiecałem Ci, że wrócę. - Widząc moją niepewną minę wyciągnął dłoń, aby rozczochrać przydługie kosmyki moich włosów.
- Wiem… Ja... Cieszę się, że tu jesteś. - Wyznałem, tym razem w pełnej świadomości, bez śladu alkoholu we krwi i już wtedy wiedziałem, że nie powinienem był tego robić. Po co okazywać uczucia? To efekt uboczny pozostały po stworzeniu istot ludzkich. Mimo to Doi uśmiechnął się. Posłał mi ten sam uśmiech, który zwykłem widzieć przed jego wyjazdem. Szczery, wesoły, czuły, na swój sposób rozkoszny. Kiedyś każdy jego gest nosił podobne emocje. Teraz te wygięcie warg bywało inne. Mniej szczere, mniejsze.
Przez chwilę szliśmy w ciszy Doi schylił się, aby podnieść niewielki patyk, wołając przy tym Toi, która niemal od razu przystanęła, aby spojrzeć w jego kierunku.
 W oczach mężczyzny dostrzegłem zadowolenie z reakcji pupila, które trwało nawet, gdy patyk wylądował kilka metrów dalej zaś pies przebiegł obok nas nawet na moment się nie zatrzymując.
Toi przystanęła po czym zaczęła okrążać patyk. Skupiała na nim swoje oczy, jednak nie posniosła go jak uczyniłby każdy przeciętny pies.
- To chyba się nie zmieniło? - Zapytałem, podchodząc do zwierzaka.
- Pozornie zmieniło się wiele rzeczy, jednak tak naprawdę niemal nic nie uległo jakiemukolwiek przekształceniu.
*     *      *
-Może zobaczymy się jutro? - Rzucił mężczyzna oddając mi smycz, na którą zapięty był niewielkich rozmiarów psiak. Pokiwałem delikatnie głową, starając się przypomnieć sobie jutrzejsze plany.
-Jasne, ale popołudniu, dobrze? - Okolica wygląda tak samo, jak przy każdym naszym pożegnaniu. Wokół kilka niskich budynków, zza których ktoś uparty mógłby dostrzec niewielki plac zabaw. Zajmował on mały fragment ziemi, posiadał zaś dwie huśtawki oraz zjeżdżalnie i dziwny, drewniany domek. - Wcześniej muszę zrobić kilka rzeczy.
- W porządku. Więc... Do zobaczenia. - Doi uśmiechnął się szeroko, a następnie schylił się nieco. Czułem jak obejmuje moje policzki gładkimi, trochę zbyt chłodnymi dłońmi, aby złożyć delikatny pocałunek na moim czole.
- Do zobaczenia. - Odpowiedziałem, pozwalając, aby pogłaskał głowę Toi i po posłaniu mi ostatniego uśmiechu ruszył drogą powrotną. Przez chwilę patrzyłem za nim, jednak ten szybko zniknął za zakrętem. - Dobrze się bawiłaś? - Rzucam ze śmiechem w stronę Toi, która ze zdezorientowaniem patrzyła w miejsce, w którym zniknął Doi. Najpewniej liczyła na to, że pozostaniemy razem, w trójkę, jeszcze długo. Kucnąłem, aby mocno poczochrać jej sierść, niemal bliźniaczo do gestu, który wykonał starszy mężczyzna. Jej zdziwione, ciemne oczy spoczęły na mojej twarzy, zaś ciszę przerywa głośne szczeknięcie. - Tak... Ja też. - Mruczę. Po chwili wstaję i ruszam dobrze znaną sobie drogą do budynku, w którym przyszło mi mieszkać. Po wejściu na klatkę, biorę Toi na ręce i szybko wchodzę na ostatnie piętro. Odkąd pamiętam, Toi zawsze wahała się wchodząc na schody. Zawsze musiała iść powoli, samym środkiem trasy tak, aby nie czuć nic przy sobie. Dlatego czasami po prostu ułatwiałem jej zadanie, biorąc jej niewielki ciężar w ramiona. Na odpowiednim piętrze potrafiliśmy znaleźć się nawet cztery razy szybciej niż normalnie.
Mieszkanie było puste i ciche, co było miłą odmianą od nadpobudliwej ciotki, która wręcz kochała wytykać mi każde niedociągnięcie w czystości mieszkania, w wychowaniu Toi, czy nawet moim własnym zachowaniu. Tłumaczenia były niepotrzebne. Istnieje pewien typ człowieka, który zawsze uważa, że wie najlepiej. Taka właśnie stała się moja krewna. Jedna z ostatnich członkiń mojej rodziny.
Wziąłem Toi na kolana i postanowiłem ją wyczesać. Jej sierść była miękka i błyszcząca, co było niewątpliwą zaletą jej niewielkiego wieku. Przez jakiś czas zajmowałem się wyglądem psa. Następnie, z braku lepszego zajęcia zacząłem czyścić jej niewielkie miski. Obie były srebrne , ta na wodę, jak również ta na pokarm miały spore, okrągłe kropki na zewnątrz. Na napój błękitne, zaś na jedzenie pudrowo różowe. W chwili, gdy postanowiłem przetrzeć środek miski ostatni raz, drzwi wejściowe domu otworzyły się gwałtownie. Usłyszałem głośny trzask, jakieś przedmioty oraz siatki upadły na ziemie. Dotąd spokojnie leżąca Toi podniosła wysoko uszy oraz głowę, wypatrując ewentualnego zagrożenia.
-Wciąż tu jesteś, pedale?! - Warknięcie uprzedziło wejście kobiety do kuchni. Pies wstał na cztery łapy, aby podejść bliżej mnie. Nie czuła się dobrze w obecności mojej cioci. Jej dom, w którym dotąd czuła się świetnie, w takich chwilach przestawał być jej przyjaznym.
- O co ci chodzi? - Zapytałem spokojnie, ukrywając zaskoczenie spowodowane nieprzychylnym przezwiskiem. Kobieta nigdy nie wiedziała o moich partnerach, ani o mojej seksualności.
- Byłam z sąsiadką w sklepie. - Zaczęła nawet nie kryjąc zniesmaczenia. Jej twarz wyrażała tą emocje jak i złość. -Gdy wracałyśmy widziałam cię z jakimś mężczyzną! - Dodała wściekle wytrącając mi miskę z dłoni. Toi od razu zaczęła warczeć, kuląc się nieco, jakby do ataku. -Spójrz na mnie ty niewdzięczny gówniarzu! Dałam Ci mieszkanie, pieniądze, wolność! A Ty tak mi się odwdzięczasz?! Swoim pedalstwem?! - Krzyczała dalej.
- Uspokój się, przecież... - Chciałem coś powiedzieć, ale sam nie miałem pojęcia jak to skończyć. W mojej głowie nie pojawia się żaden schemat możliwych wypowiedzi, wyjaśnień. -To tylko mój kolega. - Wyjaśniam cicho.
- Kłamliwa pijawka. - Warknęła, odsuwając się ode mnie, aby podejść do blatu stołu, z dala od psa. - Wynoś się. Natychmiast, razem z tym kundlem. Nie wracaj tu więcej. - Nakazała dziwnie spokojnie. - Za pięć minut ma cię tu nie być. – Dopowiedziała, po czym odeszła w stronę drzwi. Nie zatrzymała się ani na chwilę. Spojrzałem na Toi. Mój wzrok był dość obojętny, oczy matowe i suche przez to, że długo nie mrugałem. Zrobiłem to natychmiast. Oczy zaczęły nieco łzawić, jednak doskonale wiedziałem, że powoduje to jedynie ciągłe mruganie.
Byłem zaskoczony moim spokojem, brakiem obrony oraz brakiem większych wyjaśnień. Nigdy nie broniłem się przed wyzwiskami czy niepotrzebnymi kłótniami. W takich chwilach moje ciało stawało się spięte, zaś głos wyprany z jakichkolwiek emocji. Umysł nagle pustoszał.
W tej chwili nie czułem wielu emocji, ponieważ wiedziałem, że wkrótce nadejdzie dzień mojej wyprowadzki. Było to konieczne, nie mógłbym tego przeciągnąć. Co ranek budziłem się ze świadomością, że wkrótce moja oaza zostanie mi odebrana, a ja zostanę bez niczego. Wiedziałem, że ta chwila nieubłagalnie się zbliża.
-Idziemy Toi. - Powiedziałem, patrząc jak pies, teraz już spokojniejszy, usiadł na zimnej podłodze. Podniosłem obie miski i wyszedłem do swojej sypialni. Nie miałem wielu wartościowych rzeczy. Nie miałem laptopa czy telewizora. Jedynie kilka par znoszonych ubrań oraz puchaty, szary koc, zakupiony kiedyś na jarmarku.
Wyciągnąłem spod łóżka walizkę. Jest granatowa, niezbyt duża. Najpierw umieściłem w niej miski oraz koc, potem wyszedłem do łazienki, skąd zabrałem kosmetyki, szczoteczkę do zębów oraz szczotkę do włosów.
Czułem, że oddycham coraz ciężej. Na dworze było zimno i ciemno, a ja nie miałem dokąd iść. Nie miałem żadnego miejsca awaryjnego. Nie miałem nikogo, kto mógłby się mną zająć, kto pokochałby i mnie i Toi. Nikogo kto przyjechałby po nas, przytulił, a następnie powiedział, że zabierze nas w miejsce, które od dawna jest naszym prawdziwym domem.
Byliśmy sami. Pies kochany przez wielu oraz człowiek, którego nikt już nie próbował pokochać.
-Cholera. - Mruknąłem cicho siadając na łóżku. Na moment. Krótki moment. Niemal od razu poderwałem się do góry, ponieważ wiedziałem, że siedząc w miejscu nic nie zdziałam. Będę jedynie żalił się nad sobą.
Podniosłem ze stołu zdjęcie z rodzicami i siostrą, oraz drugie z Doi'm. Zostało zrobione podczas naszego wyjazdu do dziadków. Siedzieliśmy w ogródku, było już dosyć ciemno. Dziadkowie postanowili, że chcieliby mieć jeszcze kilka moich zdjęć. To nie było zdjęcie typu " Teraz uśmiechnijcie się i przysuńcie do siebie!" . Siedzieliśmy przed domem rozmawiając o tym, jak wysokie są tam drzewa. To był dziwny temat. Pojawił się znienacka, po prostu wspomnieliśmy o tym. Miałem na sobie bluzę drugiego chłopaka, ponieważ swoją zostawiłem w domu. Nie sądziłem, że przyda się na tak krótkiej podróży. Nagle dziadek wyszedł i stanął na tarasie. "Babcia skończyła piec ciastka!" Zakrzyknął wesoło. Oboje spojrzeliśmy gwałtownie do góry, obracając się bokiem w kierunku mężczyzny. W tym samym momencie rozbłysnął flesz aparatu, przecinając przy tym nocną ciemność.
To zdjęcie nie było idealne.
Było dość ciemne, nasze twarze były jedynie delikatnie, naturalnie uśmiechnięte, policzki zaczerwienione od zimnego powietrza, ręce dziwnie ze sobą splecione, zaś włosy zmierzwione od całodziennych atrakcji.
Mimo to naturalność tej fotografii sprawiła, że szybko stała się jedną z moich ulubionych.
Wraz z ramką spakowałem ją między koszulki. Przypomniało mi to o niewielkiej kopercie, zostawionej na dnie szuflady. Była tam reszta zdjęć. Jeszcze kilka z danego wyjazdu, kilka z późniejszych wizyt u dziadków (samotnych), jedno, czy dwa zdjęcia z siostrą. Kilka fotografii z resztą rodziny oraz zdjęcie rodziców przed naszym narodzeniem. Zabrałem zabawki Toi. Doliczyłem się siedmiu, ale nie chciałem żadnej zostawić. To był jej malutki bagaż, coś co uwielbia. Wziąłem ze stołu gumkę do włosów, dwie spinki oraz tablet w etui. Wsadziłem jeszcze trzy ulubione książki, orientując się jak mało miejsca zostało w walizce. Wzdycham i pakuję dwie kolejne. Wiedziałem, że pozostawione rzeczy szybko znajdą się na śmietniku.
- MP4! – Powiedziałem, gwałtownie zszokowany swoją pamięcią. Wyszedłem do salonu i wyciągnąłem ją spod poduszki. Ulubionej poduszki, której nie mógłbym wziąć ze względu na niewielki bagaż. Z bólem zostawiłem ją na kanapie i wróciłem do walizki. Wylądował w niej odtwarzacz muzyki. Zabrałem jeszcze kilka rzeczy, po czym zacząłem wyjmować z szuflad ubrania, w myślach zastanawiając się, czy nie wziąć jakiejś siatki. Plecaka nie miałem. Rezygnuję, ponieważ może być konieczność niesienia Toi. Z jedną ręką będzie trudno, a bez nich? Przecież to ten psiak jest najważniejszy. Najpierw spakowałem bieliznę oraz potencjalną piżamę (czyli zbyt długie spodnie oraz luźną, bordową koszulkę wyciętą w serek), potem włożyłem dwie pary spodni. Nie zostaje wiele miejsca do zagospodarowania. Wybrałem najcieńsze koszulki, aby było ich więcej. Zrezygnowałem z zabierania kurtki czy butów. Kupię nowe gdy nadejdzie wypłata lub odpowiednia pora roku. Wziąłem tylko niewielką, żółtą bluzę Toi. To ostatnie co mieści mi się do walizki. Chwilę siłowałem się z nią, aby wreszcie zapiąć zamek.
- Nasza nowa przygoda za chwilę się rozpocznie. – Powiedziałem uspokajająco do zaciekawionej psiny. Ta jakby rozumiejąc, podeszła do drzwi i spojrzała na mnie wyczekująco. Założyłem na grzbiet ulubioną bluzę, zaś na nogi buty zakupione kilka miesięcy temu. Podniosłem walizkę do odpowiedniej pozycji i pociągnąłem ją za sobą, po czym otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Wziąłem ciemną, cienką obrożę Toi i zapiąłem ją na jej szyi. Upewniłem się, czy niewielki pojemniczek z moim adresem oraz numerem telefonu jest zawieszony przy smyczy, którą po chwili zapiąłem o odpowiednie kółeczko. Smycz jest długa, ma malutką rączkę, w której wnętrzu automatycznie układa się tasiemka. Drugą, krótką oraz bardziej klasyczną smycz włożyłem do kieszeni bluzy, którą od razu zapiąłem. To samo robię z całą bluzą. Rozważałem pożegnanie sie z ciotką, jednak zamiast tego po prostu wyszedłem na zimne, wieczorne powietrze. Tuż przede mną przejechał samochód. Byłem niemal pewny, że jechał z większą prędkością niż ta dozwolona, ale zignorowałem to. Westchnąłem ciężko i sprawdziłem, czy w kieszeni spodni mam telefon oraz czy w kieszeni bluzy znajduje się portfel. Były. Podejrzewałem, że już więcej nie wrócę do tej wymęczonej przez lata kamieniczki, dlatego postanowiłem na nią spojrzeć. Była zniszczona przez chuliganów, niedoszłych artystów oraz obojętność sąsiadów, którym nie zależy na czystości okolicy.
Ruszyłem przed siebie niepewny tego, gdzie zmierzam. Wyciągnąłem telefon i zacząłem przeglądać listy kontaktów, zastanawiając się nad miejscem, w którym mógłbym spędzić noc. Bez większych wątpliwości zdecydowałem się zadzwonić do Kobo. Dopiero kiedy usłyszałem pierwszy sygnał zacząłem się wahać, co spowodowało, że gwałtownie nacisnąłem na czerwony przycisk kończący połączenie.
Nie chodziło nawet o to, że przyjaciel mieszkał niezmiernie daleko. Przecież wraz z dwójką przyjaciół zajmował niewielkie mieszkanie. Nie sądziłem, aby chłopak mi odmówił, jednak on sam nie czuł się dobrze w zamieszkiwanym pomieszczeniach, to byłoby narzucanie się.
Przez myśl przeszło mi zadzwonienie do Doi'ego, jednak po krótkim przemyśleniu odrzuciłem od siebie tą myśl, przecież mężczyzna mieszkał w hotelu wraz ze swoim aktualnym chłopakiem. To wykluczone.
Yui. Wybrałem numer siostry, po czym nacisnąłem odpowiednią ikonkę. Już po chwili oczekiwałem jej głosu. Zmierzałem w stronę cmentarza. Nie zamierzałem wchodzić na teren obiektu, po prostu niedaleko znajdował się przystanek.
- Słucham? - Jej głos był zachrypnięty, zaspany, przez co jestem pewien, że obudziłem ją z głębokiego snu.
 - Cześć. Mam prośbę. - Powiedziałem od razu, aby mogła szybko wrócić do krainy Morfeusza. - Mógłbym dziś u ciebie przenocować? - Zapytałem, przerywając ciszę panującą na ulicy.
- Jest sobota. - Poinformowała mnie dziewczyna.
- Wiem. - Stwierdziłem zdziwiony otrzymaną odpowiedzią.
- Przecież w piątki wieczorem jeździmy do rodziców Jun'a... Wracamy w niedzielę. - Przypomniała mi, na co przystanąłem w miejscu, zmuszając Toi do tego samego.
- O boże, przepraszam Yui! Kompletnie zapomniałem! - Mówię szybko, pozostając w bezruchu.
- Wybacz... Dobranoc. - Odparła. W słuchawce usłyszałem sygnał zerwanego połączenia. Kucnąłem pod nieznanym mi blokiem, który znajdował się przy oświetlonej ulicy. Co jakiś czas przechodzili tu pojedynczy ludzie lub niewielkie, kilkuosobowe grupki. Chyba trwała gdzieś jakaś impreza. Nie zaprzątałem sobie tym głowy, w zamian z powrotem kierując wzrok na ekran.
Toi siedziała w miejscu co jakiś czas popiskując. Jej bok spotyka się z moim udem.
Spojrzałem na numer do Kochiko, zastanawiając się czy telefonem obudziłbym również Masao. Zamiast dzwonić wysłałem krótkiego sms'a z zapytaniem czy śpi. Nie wyjaśniałem dlaczego piszę. W chwili, gdy rozmyślałem nad zadzwonieniem do któregoś z współpracownika, słyszę nad sobą nazbyt wesoły głos.
- Co moja kicia robi tu po ciemku? – Wysoka postać przystanęła nade mną, aby w następnej chwili zacząć schylać się nad moim ciałem. - I to z walizką. Narozrabiałeś?
-Uciekł mi ostatni autobus. - Skłamałem automatycznie, nie chcąc przyznać, że byłem teraz bezdomny. Spojrzałem do góry, w ciemności wyszukując nieco przerażających, szarych tęczówek. Włosy Hidekiego były przyklapnięte i naprawdę nie wiem dlaczego zwróciłem na to uwagę.
- Biedactwo. Daleko stąd mieszkasz? - Dopytywał, przeczesując delikatnie moje włosy.
-Daleko. - Zaśmiałem się cicho, rozumiejąc jak łatwo wychodzi mi kłamstwo z ust. Toi podeszła bliżej czarnowłosego, zaczynając obwąchiwać ciekawsko jego ciało.
- Twój pies? - Zapytał mężczyzna, głaszcząc zwierzaka po głowie. Toi wydaje się być niepewna, chyba nie wiedziała jak zareagować.
- Mój. Nazywa się Toi. - Wyznałem, opierając się plecami o ścianę budynku za mną. Pies odsunął się od starszego mężczyzny, próbując wdrapać się na moje kolana. Puściłem trzymaną dotąd rączkę walizki i podniosłem ją. Czułem, że ma już zimne łapki. Przytuliłem ją do siebie, mamrocząc coś pod nosem o tym, że za chwilę będzie jej cieplej.
- Ładnie. - Ocenił. Dwie następne osoby minęły nas patrząc się dziwnie w naszym kierunku. - Przygarnąć was? - Uśmiechnąłem się lekko, od razu ukrywając to za przydługimi włosami. Liczyłem na taką propozycję, jednak wątpiłem, że ktoś tak zimny i ograniczony uczuciowo zechce przygarnąć mnie na noc, którą mógłby spędzić na przypadkowym seksie.
- Będę wdzięczny. - Powiedziałem, spoglądając w jego kierunku. - Przepraszam za problem. - Dodałem zachowując choć cień formalności.
 - Więc chodź mój problemie. - Rzucił przeczesując dłonią moje włosy. - Długo tu siedzisz? Zmarzłeś? -  Uśmiechnąłem się kwaśno, kiwając powoli głową.
- Troszkę, ale jest w porządku. – Odpowiadam, czując jak nakłada na moje ciało swoją bluzę. Miał pod nią koszulkę z długim rękawem. - Będzie ci zimno.
- To nic. - Wzruszył ramionami chwytając dłonią rączkę walizki. - Bierz Lori i chodźmy.
- Toi. - Poprawiłem od razu i ruszyłem z miejsca, pozwalając aby dwudziestoośmioletni mężczyzna wyrównał ze mną krok. Poprawiłem za długą bluzę (facet naprawdę był zbyt wysoki) i mocniej przytuliłem psa. - Naprawdę dziękuję, nie spodziewałbym się, że pozwolisz mi u siebie przenocować.
- Mieszkam sam, więc nie ma problemu, a ty kiedyś mi się odwdzięczysz.
- Jasne, dzięki.
*    *    *
Hideki zakluczył drzwi na zamek, po czym pociągnął mój bagaż do wąskiego przedpokoju, gdzie go pozostawił. Odkładam Toi na ziemię oczekując jakiejś negatywnej reakcji. Nie usłyszałem żadnych słów, dlatego spojrzałem w kierunku mężczyzny.
- Co?- Mruczy zaskoczony, zbliżając się do mnie. Poczułem, jak jego ręce spoczywają na moich biodrach, aby przyciągnąć je bliżej siebie.
- Nic... Po prostu... Ludzie z reguły od razu każą mi jej pilnować.. Żeby nie wskakiwała na meble, nie gryzła butów czy coś...
- To tylko pies. Niech robi co chce. –Zarządza, delikatnie składając pocałunki na mojej szczęce. Zadrżałem delikatnie, zaciskając dłoń na jego koszulce.
- Lubisz zwierzęta?- Zapytałem z jawnym zaciekawieniem, ponieważ wiedziałem o tym mężczyźnie naprawdę niewiele. Jedynie jego wiek, imię oraz miejsce zamieszkania. Same podstawowe informacje.
- Tylko psy i króliki. - Odpowiedział, całując mocno moje usta. Pozwoliłem mu na to, ponieważ doskonale wiedziałem, że nie oznacza to nic zobowiązującego. - Chcesz coś do picia, jedzenia? Czy jesteś zmęczony ? - Odsuwa się trochę od mojej twarzy po czym otwartą dłonią przejeżdża po moim czole, aby odsunąć kosmyki włosów.
-Zmęczony.
- Więc przebierz się, ja idę coś zjeść. – Zdecydował, po czym zniknął w korytarzu. Zawołałem Toi, a następnie wyjąłem piżamę oraz miski psiaka. Z domu wziąłem jedynie malutką saszetkę z porcją mokrej karmy, ale stwierdziłem, że dam ją jej w tej chwili, a nie następnego dnia. Wszedłem do kuchni, gdzie spotkałem mężczyznę robiącego jakiś posiłek na blacie.
- Mogę ją tu nakarmić?
- Jasne. - Odpowiedział krojąc warzywa. Najpierw nalałem wodę, po czym nałożyłem karmę do drugiego pojemnika. Wyrzuciłem opakowanie i przemyłem dłonie, czując jak te należące do mężczyzny lądują na moich ramionach. - Cieszę się, że tu jesteś. Zawsze jak przychodzisz to tylko na moment. - Wyznał, składając pocałunek na mojej szyi nie oznaczonej już żadną malinką.
- Też się cieszę. - Odpowiedziałem z uśmiechem po czym uciekam z jego ramion w stronę korytarza. - Wezmę prysznic, okej? - Uprzedziłem, patrząc na Toi, która zamiast jeść podąża za mną krok w krok.
- Ręczniki są tam gdzie zawsze. - Zamknąłem Toi za drzwiami, słysząc jej piski, które po chwili zmieniają się w szczekanie. Słyszałem też, że Hideki podchodzi do drzwi, zapewnie chcąc ją zabrać. Po chwili pojawiło się syknięcie. Następne odgłosy zagłusza szum prysznica. Szybko przemyłem ciało po czym wyszedłem i skierowałem się prosto do sypialni. O dziwo Toi wciąż siedziała pod drzwiami, dlatego po drodze wziąłem ją na ręce.
- Ugryzła mnie w rękę. - Uprzedził mężczyzna, jednak nie wydaje się mieć przez to wyrzutów. Wzruszyłem ramionami, zerkając na jego dłoń. Są tam malutkie siniaki pozostawione przez kły psiaka, jednak od razu było widać, że nie użyła całej swojej siły. Zostawiłem otwarte drzwi, aby mogła wyjść w nocy do misek, po czym położyłem ją na ziemi i sam padłem na łóżko.
- Dobranoc. - Pożegnałem się wzdychając ze zmęczenia. Słyszałem za sobą cichy śmiech i czułem jak ciało mężczyzny zbliża się do mojego. Jego ramiona objęły moją talię, zaś głos szeptał cichą odpowiedź. Wtuliłem się w poduszkę, zaś po męczących wydarzeniach dnia poprzedniego wreszcie udało mi się zasnąć.
________________
Rozdział betowała Nezumi ( o której za moment dopowiem ;3) 

Więc tak... Na początku mojej wypowiedzi chciałabym podziękować osobą, które zasugerowały, że pomogą mi z edytowaniem rozdziałów, jestem ogromnie, ogromnie wdzięczna. Nezu była pierwsza, dlatego ją wzięłam :3

Przepraszam, że znowu musieliście długo czekać.. Wiem, że nie powinnam się już tłumaczyć... Po prostu.. Wiecie... Wakacje. Jednego dnia byłam tu, kolejnego gdzieś indziej... Potem miałam gości, następnie dziadek miał operacje...
Mam nadzieję, że mimo to... Długość notki chociaż troszeczkę wynagrodzi wam moją nieobecność.

Kolejny punkt mojego monologuuu tooo... Hm..
Szczur na pokładzie Hosiowego statku!! o.o
 ( Nezumi  z japońskiego na polski oznacza szczura ^ ^ )
Nezumi będzie moją betą przez dwa kolejne rozdziały. Następnie zdecyduję, czy zagości tu na dłużej. Póki co jestem zadowolona z jej pracy, jednak jeśli widzicie jakieś błędy KRZYCZCIE! Piszcie i w ogóle. Żeby na laurach nie spoczęła ;3
Oceńcie jej pracę, hm? Ale moją także ;3 ( Rozdział był okropny, bo wszystko napisałam w złym czasie i musiałam na przeszły zmieniaaaać!! ;( )
Umówiłyśmy się, że będzie poprawiała tylko błędy ortograficzne i interpunkcyjne, a swoje uwagi zapisywała w kolorowym nawiasie. Więc... Wciąż wszystko jest moją pracą :3

Jeśli zostanie na dłużej to poproszę ją o to by się z wami przywitała. Wiecie jak bardzo zależy mi na dobrym kontakcie z wami <3

Proszę o komentarze i ten.. To bardzo zachęca mnie do dalszej pracy.
Może chociaż... 35? :3 Proszę? Hoshi prosi? XD

Kocham was promyczki ;*******

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Stay - Rozdział 8

Kolorowe, smukłe ptaki wznosiły się ku niebu. Pnęły się coraz wyżej i wyżej, stając się przy tym mniejszymi dla kogoś znajdującego się tak nisko jak ja tym momencie. Na czele gromady był niewielki, błękitny zwierzak, zdawający się pochwycić odrobinę odcieniu nieba. Jego skrzydła, szeroko rozpostarte sprawiały wrażenie kruszyć się, rozpadać przez pióra znajdujące się w okolicy postaci. Na samym dole muru widniała pusta klatka z uchylonymi drzwiczkami pokrytymi finezyjnymi wzorami. Cały, dość prosty malunek otoczony był szarawymi chmurami, jakby dymem, którego rogi barwiły się na nieco ciemniejszy kolor. Na jednej z mniejszych chmur widniał napis " Jesteś jak ptak, który ulatuje prosto w chmurę, już nigdy nie wrócisz tu naprawdę." Jego białe kontury niemal łączyły się z tłem. Grafitii było delikatne, dziewczęce. Niezbyt dopracowane, ale z pomysłem, weną i chęcią zawartymi w dziele. Czasami nagle nawiedza cię wizja, którą musisz gdzieś przelać. Szuka ona ujścia, aż wreszcie chwyta się możliwych sposobów, byle tylko uwolnić duszę autora od wiecznej męki, pytań typu " Co by było gdyby... ". Ludzie są ssakami ogromnie potrzebującymi towarzystwa, pochwał, wewnętrznego spokoju oraz uczucia mówiącego, że zrobiłeś wszystko co mogłeś. Gdy wszystkie te przykłady zostaną spełnione stajesz się niespełna usatysfakcjonowany.
Niespełna, ponieważ każdy człowiek jest inny, każdy człowiek potrzebuje jeszcze wielu dodatków, do wymienionego kompletu podstawowego.
Za tym sznurem myśli ciągnie się kolejna. Czego ja tak właściwie potrzebuję? Czego oczekuję od życia, co sprawi, że uznam swoją egzystencje za szczęśliwą.
Otóż, nie wiem. Na dobrą sprawę niema niczego, co mógłbym dopisać do wcześniejszych potrzeb. Jestem prostym człowiekiem. Prostym człowiekiem o szarym(, ponieważ jeszcze nie czarnym) sercu.
-Podoba ci się? - Spytała młoda, może dwudziestopięcio letnia dziewczyna, która znikąd pojawiła się przy moim boku. Jej rozwiane, niemal białe włosy kończyły się tuż przed ramionami, a ciemne oczy śledziły malowidła zdobiące ścianę. Jej ubrania były w większości ciemne, granatowo-czarne. Z słuchawek luźno przewieszonych przez szyje płynęły ciche dźwięki jakiejś popowej piosenki.
- Jest ciekawe. Wszystkie grafitii należące do tego bloku to głównie napisy, wyznania miłosne czy patyczaki mniej lub bardziej udane. - Odparłem w myślach doceniając różnorodność kolorów zawartych w tym tworze. Posłałem nieznajomej pytające spojrzenie, mając nadzieje, że dobrze odczyta moją ciekawość. Tak też się stało.
- Nie, nie. Ja tego nie zrobiłam. To moja siostrzenica. Ma osiemnaście lat i za dużo wolnego czasu. - Zachichotała cicho, podchodząc do budynku, aby dotknąć rysunku. Po chwili odchyliła lekko dłoń, jakby chciała sprawdzić, czy któryś z kolorów nie zabarwił jej skóry.
-Skąd wiesz, że to ona?
- Ma szkicownik, a w szkicowniku bardzo podobny wzór.- Odparła odwracając się do mnie twarzą. - Nazywam się Risa. Pisane przez kanji na powód oraz wspierać. - Dopowiedziała.
-Oficjalnie. - Uśmiechnąłem się lekko, uściskając jej wyciągniętą dłoń. Nader grzeczne powitanie niespecjalnie komponowało się wraz z jej wyglądem oraz dziwnie przyjazną postawą.
- Lepiej powiedzieć za dużo niż za mało. Niedopowiedzenia stwarzają konflikty, a tak.. Przynajmniej wiesz, że mogę być twoim powodem i twoim wsparciem.
- Do czego powodem? - Spytałem, kiedy kobieta puściła moją dłoń. Na moje słowa wzruszyła lekko ramionami oraz poprawiła zawieszoną torbę zapełnioną jakimiś notatkami, które wystawały przez rozpięty zamek.
- A do czego potrzebujesz powodu?
- Nie wiem... - Zamyśliłem się, spoglądając na parkujący przy nas samochód.
- W takim razie pomyśl. Swoją drogą wprowadziłam się tu dwa dni temu, jesteś pierwszą, oprócz mojej rodziny osobą, którą znam w tym mieście. - Zmieniła temat. - Też mieszkasz w tym bloku, prawda? - Zapytała, na co domyśliłem się, że musiała widzieć jak zirytowany krzykami ciotki wychodzę z klatki. - Będziemy sąsiadami.
- Racja. Gdybyś potrzebowała pomocy śmiało możesz się do mnie zwrócić. - Zastrzegłem, patrząc na Toi, która podbiegła do mojej nogi, by po chwili ponownie powędrować na pobliską trawę.
- Kogo mam szukać?
-Haruhiko. - Odpowiedziałem szybko. Wcześniej nawet nie zwróciłem uwagi na to, ze mimo rozmowy się nie przedstawiłem.
- W takim razie liczę na ciebie. Teraz muszę już iść, ale mam nadzieję, że wkrótce znów cię spotkam. - Pożegnała się kobieta, która po mojej krótkiej odpowiedzi zniknęła za jednym zza zakrętów.
Ostatni raz spojrzałem na grafitii po czym zawołałem psa i ruszyłem wyludnioną uliczką w stronę cmentarza.
*    *    *
Pięć nowych wiadomości.
Westchnąłem odkładając telefon na malutki blat przy naszej graciarni. Jej głównymi elementami były płótna, mniej lub bardziej zniszczone oraz do połowy opróżnione tubki z farbami. Toi leżała tuż przy jednej z palet, gryząc niewielką piłkę. Często tu ze mną przychodziła. Cała grupa plastyczna składała się z dziewczyn, które kochały drobnego, przyjacielskiego psiaka. Podejrzewałem, że to wina jej wielkich, ciemnych oczu, które wręcz przyciągały ludzi. Sposób w jaki błyszczały, gdy była szczęśliwa powodował, że ludzie wpadali w jej pułapkę. Co za tym idzie w kąciku Toi ( zaczęliśmy go tak nazywać ponieważ przez to, że znajdował się blisko mojego stanowiska psina go sobie upodobała) oprócz sterty zabawek można było znaleźć niewielkie legowisko, miski i smakołyki. Prawda jest taka, że większość z przedmiotów otrzymaliśmy, a nie zakupiliśmy.
Odchyliłem się nieco od płótna sięgając po większy pędzel w momencie kiedy na telefonie pojawiła się informacja o szóstej tego dnia wiadomości.
Odsunąłem dłoń od drewna i sięgnąłem po urządzenie.
Rozmowa: Doi
Przepraszam, że nie odpisałem na twoją wiadomość. Byliśmy z moimi znajomymi, a jak wróciliśmy do domu kompletnie o tym zapomniałem. 08:34
Jeśli chcesz możemy spotkać się dzisiaj? 08:46
Westchnąłem, starając się wmówić samemu sobie, że użyta w wiadomości liczba mnoga wcale mnie nie rani. To nie tak, że byłem zazdrosny o nowego chłopaka Doi'ego. Najpewniej zerwanie więzi między nami było najlepszym krokiem jaki wykonaliśmy, krokiem, który pozwolił mu iść na przód. Znaleźć szczęście, zostawić serie rozterek i porażek, jaką byłem, jaką wciąż jestem.
Rozmowa: Kochiko
Musimy porozmawiać, odpisz szybko. 08:57
To naprawdę ważne 09:01
Po prostu zadzwoń kiedy to zobaczysz 09:04
Potrzebuję twojej pomocy... 09:25
Spojrzałem na Toi, na pracę stojącą na drewnianej sztaludze i inne osoby, bardziej skupione na swoich malunkach. Oceniłem wzrokiem realizowany przeze mnie projekt ciemnego, tajemniczego lasu, w którego głębi kryły się zielonkawe oczy nocnych zwierząt. Następnie zakręciłem tubki z farbami i podniosłem psiaka.
- Muszę już iść, trzymajcie się! - Ogłosiłem, na co otrzymałem osiem radosnych okrzyków niosących pożegnania.
Pożegnania nie są takie złe. Zawsze patrzę na nie z perspektywy mojego związku z Doi'm, ostatnich słów. Na dobrą sprawę pożegnania to tylko kilka słów łączących się w często radosne zdania. W każdym pożegnaniu kryje się jednak nadzieja. Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale nie ma rozstania bez nadziei.
Gdy żegnamy przyjaciół, mamy nadzieję, że wkrótce ponownie ich ujrzymy.
Gdy żegnamy schorowanych dziadków lub rodziców, niesiemy w sercu nadzieję, że to nie ostatnie słowa wypowiedziane w ich kierunku.
Żegnając kogoś oddającego się w ramiona śmierci, mamy nadzieję, że tam gdzie się znajdzie, będzie mu lepiej.
Pożegnania nie są jedynie smutne, są też radosne.
Ponieważ nie raz pożegnanie kogoś na zawsze jest najlepszą rzeczą jaką możemy zrobić.
Spojrzałem na niewielkie, srebrne kółeczko wczepione w obrożę Toi po czym zahaczyłem o nie cienką, błękitną smycz. Była dość dziewczęca, wykonana z delikatnego materiału, ale mimo to była moją ulubioną. Rzadko kiedy podpinałem smycz jednak, gdy już to robiłem najczęściej wykorzystywałem właśnie ten przedmiot.
Razem z psiakiem ruszyłem dobrze znaną sobie drogą. Na szczęście Kochiko mieszkała naprawdę blisko naszej pracowni. Po krótkiej drodze między ogromnym tłumem ludzi dotarłem pod dobrze znany sobie budynek. Wziąłem Toi na ręce zamierzając wejść z nią do środka, jednak w tej samej chwili drzwi z dużą siłą otworzyły się, dzięki czemu mogłem ujrzeć zmartwioną twarz Kochiko oraz Masao, która w jednej dłoni trzymała niewielką lalkę zaś paluszkami drugiej przeczesywała jej włosy.
- Wujek! - Zakrzyknęła mocno obejmując mnie w pasie. Wtuliła policzek w mój brzuch zaś po chwili odsunęła się nieco, głaskając łepek rozleniwionej Toi.
- Dlaczego nie odpisywałeś? - Zapytała starsza kobieta, masując się po skroniach.
- Byłem zajęty. Idziemy na plac zabaw? - Tym razem spojrzałem na najmłodszą z nas. Dziewczynka pokiwała gorliwie głową. Odłożyłem psiaka na ziemie, co siedmiolatka od razu wykorzystała, aby chwycić jedną z moich dłoni. Jak na zawołanie oboje spojrzeliśmy w stronę drugiej brunetki. Obie miały bardzo podobne odcienie włosów, jednak Masao miała nieco jaśniejszy, żywszy, zaś Kochiko miała dość matowe, ale bardzo gęste i grube włosy.
-Tak, chodźmy. - Westchnęła, wyprzedzając nas nieco. Kiedy wyrównaliśmy kroku uważnie przyjrzałem się jej twarzy, udając przy tym, że słucham wywodu Masao o jej nowej przyjaciółce z podwórka, której kiedyś bardzo nienawidziła nie mając ku temu żadnego powodu.
Twarz jej matki była blada, jakby zmęczona. Kąciki ust dziwnie opadały w dół, mimo, że na co dzień układały się w miły, łagodny uśmiech. Policzki kobiety były lekko zaróżowione, tak samo jak skóra przy oczach.
Zdawała się być naprawdę smutna.
Kiedy dotarliśmy na sporych rozmiarów plac zabaw Masao puściła moją dłoń i pobiegła przed siebie, do dzieci, które widzieliśmy jeszcze zanim weszliśmy na teren placu.
-Co się stało? - Zapytałem od razu. Obróciłem się na pięcie, aby spojrzeć na kobietę, której oczy zaczęły niebezpiecznie się szklić.
- Jestem w ciąży.
_______________________________
Powiem tak...
W wordzie rozdział wydawał się dłuższy, wybaczcie, poprawię się.
                                                   +
Hoshi poszukuję bety, jeśli ktoś byłby chętny zapraszam na mail ( hoshi.matsuri13@onet.pl)
                                                   +
Jestem zraniona waszą maleńką aktywnością * płacz, lament, ryk*
                                                   +
Wakacje, Wakacje, Wakacje!!! <3
Kocham, Hoshi.

sobota, 13 czerwca 2015

Informacja ( Nie nie zamykam bloga XD)

Witajcie kochani moi najcudowniejsi :*
Dzisiejsza notatka niespecjalnie będzie dotyczyła moich opowiadań ani dalszej twórczości ( Rozdział najpewniej pojawi się dzisiaj [zaczęła się niedziela])
Chciałabym tylko zwrócić wam na coś uwagę. Oczywiście nie wszystkim. To taka drobna informacja, o ^ ^


...Czym są cytaty...
Według mojej definicji to odtworzenie czyiś słów, rodzaj, w który możemy ukazać nasz podziw do autora, to jak go doceniamy. To odpowiednio oznaczone zdania czy też akapity. Z koniecznym podpisem kogo słowa cytujemy.

Według wikipedii  "cytat to dosłowne przytoczenie fragmentu innej publikacji lub sparafrazowane powołanie się na dane pochodzące z innej publikacji. Cytować można nie tylko dane zawarte w postaci tekstu, ale także zawarte w formie wykresu, schematu, rysunku czy tabeli. W publikacjach naukowych i technicznych cytaty powinny być zawsze jawne i z dokładnym wskazaniem źródła w formie przypisu"
Coś tam się nakłada, coś nie.. Ale najważniejsza część podobna :3

Teraz jest ta chwila, kiedy możecie zacząć zastanawiać się, czy ściągnęłam was tu bez żadnego powodu.
Nope :3
Spotkałam się dziś ( nie pierwszy raz) z sytuacją, podczas której ktoś cytuje moje słowa na jakimś portalu. Okej, nic w tym złego, wręcz przeciwnie! Jestem naprawdę szczęśliwa z tego powodu, bo .. Skoro cytujecie to doceniacie, nie ? :3
Ale kochani... ( Po raz kolejny czuję, że muszę zaznaczyć, że nikogo z was o nic nie oskarżam. To niewielka grupa ludzi, a nie wy wszyscy kopiujecie treści mojego bloga. Jestem świadoma ) Cytując coś niezależnie od tego gdzie... Musimy zaznaczyć, że coś kopiujemy.
Dodać takie dwa dziwne cosie.. ( " ...")
* musi się zastanowić jak to się nazywa*... nie pamiętam...
oraz źródło ^ ^
Niestety.. Cytują mnie.. Mało kto to robi...
Kocham was bardzo i nie jestem zła ( chociaż takie sytuacje zdarzają się coraz częściej i boje się, że nie wytrzymam i usunę bloga ><)
Spędzam na pisaniu trochę czasu, ogromnie się staram dlatego boli mnie gdy ktoś adoptuje moje słowa.. Przywłaszcza je sobie.. 
Proszę tylko abyście zwrócili na to uwagę ^ ^ 
Kocham was, Hoshi :***
No i ten... Do dziś, ew. Jutra :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Stay - Rozdział 7


Życie niemal nigdy nie toczy się tak jak byśmy tego chcieli. Nawet jeśli na jakiś czas wstępuje na właściwy tor wkrótce z niego zjeżdża. Może wydawać nam się, że dosięgliśmy tego czego pragnęliśmy, jesteśmy na najwyższym poziomie piramidy naszych marzeń.
Kluczem jest zrozumienie tego, że marzenia co chwilę się zmieniają, przybywają kolejne, nowe i ważniejsze.
A gdy wszystko zaczyna się układać, jest wręcz perfekcyjnie... Wtedy też następuje swego rodzaju zaćmienie. Jest tak dobrze, że lepiej już nie będzie, co za tym idzie z dnia na dzień będzie gorzej, nasze szczęście i euforia zaczną zanikać.
Życie jest jak góra. U dołu coraz szersza, a im wyżej ta zwęża się by w końcu utworzyć niewielki czubek - Nasz koniec.
Gdy się nie niego wdrapiemy możemy już tylko spadać. Lecieć w ciemną, ukrytą za chmurami otchłań, wiedząc już, jak twarde będzie nasze lądowanie.
Nie jest to zbyt poetyckie określenie, ale idealnie oddaje moje życie.
Gdy odeszli opiekujący się mną ludzie byłem zagubiony, na samym dnie mojej drogi.
Wraz z poznaniem Doi'ego wznosiłem się coraz wyżej i wyżej by z pierwszym pocałunkiem wylądować na samej górze, gdzie nie utrzymałem się długo. Wyjazd mężczyzny zapoczątkował moje bolesne spadanie na dno. Przestałem walczyć o to,aby by utrzymać się na wyżynie i pozwoliłem duszy odpuścić.
W tej chwili, leżąc na miękkim materacu, czując pieczenie na nadgarstkach i oddech Hideki'ego na karku wiedziałem, że etap spadania na dno został zakończony i być może nie było z niego powrotu.
Ciężka ręka czarnowłosego dotąd przewieszona przez mój tors spłynęła na  posłanie w chwili, w której postanowiłem podnieść się do pozycji siedzącej.
-Już idziesz? - Usłyszałem głos drugiego mężczyzny, który powli przyciągnął do siebie jedną z moich dłoni aby ucałować otartą skórę przy nadgarstku.
- Przyjaciel na mnie czeka. - Odparłem delikatnie wyjmując rękę z jego uścisku. Hideki westchnął obracając się na plecy a ja odsunąłem się nieco w stronę rogu łóżka, jednak zanim zdążyłem wstać poczułem jak smukłe palce wślizguja się miedzy kosmyki moich włosów, by z przesadną brutalnością pociągnąć mnie spowrotem do poprzedniej, leżącej pozycji.
- Nie rób!- Krzyknąłem kiedy tylko zniżył się nad moja szyja. Oczywistym było, ze planuje pozostawić kolejny znak po sobie. Ciemnowłosy warknął cicho, podnosząc się na łokciu.
- Chcesz się komuś przypodobać, dziwko? - Zaśmiał się szorstko, na co odruchowo pokręciłem głową.
Byłem po prostu ostrożny. O ile Kobo by się nie gniewał (najprawdopodobniej zyskałbym kolejne pouczenie, mówiące abym nie sypiał z nieodpowiednimi facetami) tak Doi i Yui byliby mną rozczarowani.
-Wiec nie mów co mam robić, maleńki. - Zdałem sobie sprawę, ze użyte względem mnie określenie było dziwnie bolesne. Jakby drąwiące, a przecież takie przezwisko powinno sprawić komuś przyjemność, powodować, ze dana osoba czuje się kochana i potrzebna.
 Stęknąłem kiedy wargi mężczyzny zostały przez niego mocno przyciśnięte do mojej skóry. Na marne doszukiwać się w tym jakiejś słodkiej, delikatnej nutki ponieważ gest wcale nie obejmował takich sfer. Ukazywał jedynie pożądaną przez niego dominacje i kontrole. Był przeciwieństwem Doi'ego, ale w inny sposób niż ja.
Podczas, gdy ja i blondyn różniliśmy się głównie wyglądem i sytuacją życiową, tak Hideki i Doi mieli skrajnie inne charaktery.
Wolałem dla własnego opanowania nie dociekać dlaczego myślę o Doi'm będąc z innym mężczyzną.
-Kiedy znowu przyjdziesz? - Zapytał gdy tylko oderwał wargi od mojej skóry. Przyłożył palec do ciemniejącego punktu nad moim obojczykiem,boleśnie go naciskając po czym odsunął się i pozwolił mi podnieść się z przedmiotu.
- A kiedy chciałbyś mnie zobaczyć? - Podniosłem z ziemi luźną koszulkę i ruszyłem w stronę porzuconych niedaleko spodni. Od razu widać było, że ubrania ściągnięto w pośpiechu. Nie było to moja wina, po prostu po powitaniu Hiedki'ego zostałem wręcz wciągnięty do sypialni i pozbawiony noszonej garderoby.
- Najchętniej wcale bym cie stąd nie wypuścił. - Mruknął, a ja wyczułem w jego glosie dziwny sentyment tak skrajnie nie pasujący do czarnowłosego. - Rozumiem jednak, że nie mam wyboru.
- Przykro mi. - Wzruszyłem ramionami z udawanym smutkiem. Tak naprawdę bałbym się tego jak wyglądałoby moje ciało po dłuższej sesji z kochankiem. - W sobotę? Nie pracuję wtedy.
-Przyjdź w piątek po pracy. Zostaniesz ze mną na noc. - Namawiał starszy, rzucając w moją stronę cienki, zielonkawy rzemyk, który wraz z kilkoma innymi związany byl wcześniej na moim nadgarstku.Śmiałem podejrzewać, ze został po prostu zerwany.
- Kończę późno.
-To nic. - Zapewniał, kiedy obrałem kurs na łazienkę.
-Jak chcesz. Będę po 22.- Uprzedziłem wchodząc do drugiego pomieszczenia gdzie wziąłem ekspresowo szybki prysznic i nałożyłem spowrotem w większości ciemne ubrania. Zapiąłem wysoko bluzę, jednak po chwili zjechałem zamkiem nieco niżej. Niech malinka będzie widoczna dopóki stąd nie wyjdę, inaczej mężczyzna mógłby zechcieć stworzyć kolejną, w bardziej problematycznym miejscu.
Nigdy zbytnio nie przejmowałem się opiniami innych ludzi. Posiadałem małą ilość ważnych dla mnie istot, co pogłębiało moją obojętność. Żyłem dla siebie, w swoim małym światku nie przez wszystkich znanym czy rozumianym. Dlatego gdy nagle zacząłem przejmować się opiniami innych to zaburzyło mój codzienny system. Nagle każdy znak, blizna, malinka, wszystko było obserwowane przez wielu ludzi.
To nie było pożądane przeze mnie uczucie, ta uwaga.
Nie chciałem, nie potrzebowałem jej.
-Do piątku - Mruknąłem wciskając kilka długich, kolorowych rzemyków do kieszeni bluzy. Uwielbiałem je, służyły mi za sznurek, bransoletki czy nawet gumki do włosów.
- Napisz jak wyjdziesz z pracy. - Powiedział mężczyzna, podnosząc się do siadu. - Wieź parasolkę z przedpokoju, pada za oknem. - Dodał jeszcze, zanim nie nakrył twarzy poduszką. Zaśmiałem się cicho, mówiąc coś o tym, że posłucham jego rady po czym wyszedłem z zagraconego mieszkania po drodze łapiąc w dłonie wspomniany przez mężczyznę przedmiot. Zbiegłem schodami przed klatkę ( długo to nie zajęło ponieważ Hideki mieszkał na drugim piętrze niedawno odremontowanego budynku) i delikatnie przejechałem palcami po twardym, sztywnym materiale, który już po chwili został rozłożony, formując typową parasolkę. Uniosłem szerszą część nad głowę i zrobiłem kilka kroków do przodu, wychodząc spod daszka umieszczonego nad drzwiami prowadzącymi do mieszkań.
Pozwoliłem by wilgotne powietrze otuliło mnie podczas drogi do domu. Nie mieszkałem daleko od Hideki'ego. Właściwie aby dojść do mojej kochanej rudery wystarcza mi jakieś dwadzieścia minut pieszej drogi, co było w danym momencie naprawdę sprzyjające, ponieważ oprócz Toi w mieszkaniu czekał również Kobo.
Można by uznać to za dziwne, ale czasami miałem wrażenie, że brunet bywa częściej w moim domu niż ja sam. Mieszkał z dwójką głośnych współlokatorów, którzy przez związek jaki ich łączył czasami potrzebowali chwili dla siebie. Kobo kiedyś powiedział, że nigdy go nie wyprosili, jednak czasami czuł się tam jak piąte koło u wozu. I chyba właśnie wtedy pozwoliłem mu zabrać klucz niegdyś należący do Yui. Mniej więcej rok temu siostra postanowiła mi go oddać. Myślę, że w ten  sposób chciała mi w prosty sposób przekazać, że nie zamierza już odwiedzać mnie tak często, robić niespodzianek, czy wpadać żeby po prostu pobyć razem.
Yui miała teraz własne życie i własne problemy związane z... Własną rodziną.
Westchnąłem skupiając na sobie ni to przestraszone ni to zdziwione spojrzenie nieco starszej kobiety, która szła przy mnie od jakiś pięciu minut. Jej ubrania były trochę poobdzierane i przybrudzne, a włosy rozczochrane oraz rozdwojone przy końcach. Skóra była brudna, jednak spod tego brudu można było dostrzec przeraźliwie jasną karnacje. Nieznajoma bez wątpliwości była bezdomna.
Odwróciłem szybko wzrok, który spoczął na zmieniających barwy świateł przy jezdni.
Smutna świadomość promieniowała w moich myślach, ponieważ gdyby Miiko [ Przypomnienie by autorka- Miiko to biologiczna matka Haruhiko] zdecydowała się mnie zatrzymać byłaby duża możliwość, że albo przejąłbym zawód matki albo wyglądał jak ta bezdomna kobieta, która bez cienia wstydu, ale też ani grama dumy, kroczyła przy mnie, kierując się w tą samą stronę.
-Chyba skądś Cię znam. - Jej głos był przeraźliwie ochrypły. Mimowolnie zacząłem się zastanawiać, czy wypowiadanie słów nie sprawia jej bólu, ponieważ tak właśnie brzmiała. Jakby podstawy naszej codzienności powodowały u niej cierpienie.
-Widzę Panią pierwszy raz.
-Jesteś naprawdę podobny do mojej przyjaciółki. - Zaczęła kobieta, na co pokręciłem lekko głową, jakby do siebie. Przecież matka nie mogłaby znać kogoś takiego, prawda? - Właściwie, to ona mnie na ciebie nakierowała.
- Kiedy? - Zapytałem, po chwili ciszy, którą zakłócał jedynie dźwięk kropli deszczu ciężko opadających na betonową drogę. Dziwnie kojarzyło mi się to z niewielkimi koralikami nawleczonymi na sznurek, tworzącymi coś na wzór bransoletki. Wystarczyłoby ją delikatnie szarpnąć, aby drobne kuleczki posypały się na ziemię.
-Przed chwilą. - Odparła na co niemal natychmiast obróciłem się o 180 stopni, by wyszukać wzrokiem rudowłosej prostytutki. Szybko jednak zdałem sobie sprawę z tego, że bezdomna zdążyła przebyć ze mną naprawdę wiele metrów i zakrętów.
-Czyli to faktycznie o ciebie chodziło? - Zaśmiała się kobieta, na co przekląłem samego siebie w myślach. Moje zachowanie jasno pokazywało, że rozumiem kogo ma na myśli brunetka.
- Nie rozumiem o co Pani chodzi. Proszę mnie zostawić. - Tak naprawdę mało brakowało, abym zaczął na nią warczeć z frustracji i niepokoju. Przyśpieszyłem kroku, jednak bezdomna zrobiła to samo. Starałem się ją ignorować, jednak nie mogłem nie zauważyć paskudnego uśmiechu malującego się na jej ubrudzonej twarzy.
- Jesteś jej synem i chłopakiem tego gwiazdora? - Kontynuowała swoim przyciszonym głosem, tak bardzo pasującym do osoby umierającej.
- Moja matka nie żyje i nie jestem gejem. Naprawdę z kimś mnie Pani pomyliła. - Przystawałem przy swoim zdaniu i nie zamierzałem zmienić obranej strategii. Mimo to miałem ochotę skakać z radości, kiedy na horyzoncie pojawił się budynek, w którym mieszkałem. Od razu odnotowałem w myślach, aby przyjrzeć się nowemu grafitii, które ozdobiło boczną ścianę starego obiektu. - Proszę mnie już nie zamęczać.- Dodałem, kiedy znalazłem się kilka metrów od klatki. Jeszcze tylko kilka kroków. Kilka niewielkich kroków.
-Potrzebuję pieniędzy. - Głos brunetki ( o ile był to brązowy kolor włosów, a nie odcień brudu) nagle ukazał jej pewność siebie. Zdanie zostało wypowiedziane głośniej, jakby bała się, że mógłbym nie usłyszeć którejkolwiek jego części. Pochwyciłem je do przesady doskonale. Sens jednak był mniej zrozumiały. Po co by jej pieniądze od kogoś takiego jak ja. Człowieka, który utrzymuje się z naprawdę marnej pensji z kawiarni.
-Nie mam ich. - Odparłem jedynie i niemal biegiem dotarłem do klatki. Aż do ostatniej chwili czułem na sobie wzrok nieznajomej kobiety.
*    *     *
Wraz z wtorkiem miasto nawiedziło tak rzadko widziane przeze mnie słońce. Ostatni raz percypowałem je w pełnej okazałości prawie tydzień temu kiedy to po kilku dodatkowych godzinach pracy wracałem do domu. Była niedziela, a Kobo utknął w korkach po nocy spędzonej w rodzinnym domu. Skończyło się na tym, że pracowałem dwie godziny dłużej. Byłem tak zmęczony ostatnimi sześcioma dobami, że po pełnym słońca powrocie do domu, padłem na łóżko i tak też zasnąłem. Tym samym przespałem wspaniałą pogodę.
Teraz był ranek. Mniejsza wskazówka zegara za chwile miała wskazać punkt oznaczony liczbą jedenaście, co chwilę temu w skupieniu obserwowałem. Teraz w kawiarni było mało ludzi, wszyscy pracowali lub uczyli się, co powodowało, że w pomieszczeniu, oprócz pracowników były tylko trzy starsze kobiety pijące herbatę.
-Zrobić Ci herbaty? - Zapytała Koki, przygotowując napój na wynos dla nowo przybyłego klienta. Aromat kawy i słodki zapach karmelu wypełniły okolice jej stanowiska.
- Byłbym wdzięczny. - Odparłem. O jedenastej wraz z Koki i Sachi'm szliśmy na przerwę. Po naszym powrocie dziesięć minut wolnego zyskiwała reszta załogi czyli Kobo i Seki wraz z Jiro. W ten sposób podzieliła nas Koki, która dowodziła naszą grupką. Podświadomie czułem, że specjalnie rozłączyła mnie z Jiro, ponieważ nasze stosunki wciąż nie uległy polepszeniu. Właściwie od pierwszego dnia nie dogadywaliśmy się najlepiej, jednak nie było jakiegoś konkretnego powodu.
- Sachi, tobie zrobię kawę, bo wyglądasz jakbyś miał umrzeć. - Jak na zawołanie wszyscy wbiliśmy wzrok w pochylonego nad ladą bruneta, którego oczy okrążone ciemną obwódką zdawały się być zamknięte.
-Zajmowałem się siostrzeńcem. - Wyjaśnił na co na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Miałem okazję poznać tego sześcioletniego chłopca, tak niezmiernie podobnego do mojego współpracownika. Na początku wraz z Kobo mieliśmy podejrzenia, że to ukrywany przez starszego syn, ponieważ wyglądał jak młodsza miniaturka wiecznie zaspanego mężczyzny. Potem jednak poznaliśmy jego rodzicielkę i zrozumieliśmy, że to podobieństwo trzeba zwalić na silne geny.
-Haru, Twój telefon dzwoni.
*   *   *
Kanapa była twarda. Nieprzyjemnie twarda i szorstka w dotyku. Materiał, którym została pokryta był dziwny i naprawdę nieprzyjemny, dodatkowo miała duże wgłębienie przy jednym z oparć i nie potrafiłem wyzbyć się poczucia, mówiącego, że swoją ogromną rodzinę  wychowują tam pająki. To był taki dziecinny, absurdalny strach, który zmuszał mnie do dokładnego okrycia mebla dużym, malinowym kocem, zakupionym niegdyś przez Yui. W tej chwili ta nieporządana dziura była niczym przepowiednia mojej śmierci. Podczas, gdy różowe okrycie leżało na podłodze ja wpatrywałem się w wyrwę i starałem się uspokoić szybko bijące serce.
Nie widziałem żadnego dziwnego żyjątka ani pajęczyn, dlatego też szybko przysunąłem rękę stronę szczeliny.
-Akcje ratunkową czas zacząć. - Powiedziałem do Toi, która tęsknie wypatrywała niewielkiej piłeczki, za którą kochała ganiać. Przymknąłem powieki i po chwili moja dłoń wsunęła się między kanapę, a oparcie. Starałem się myśleć o czymś przyjemnym, kiedy to przeszukiwałem dane miejsce. Cicho krzyknąłem gdy uświadomiłem sobie, że coś sporych rozmiarów zaplątało się wokół moich palców. Niemal załkałem, starając się to zignorować tak samo jak absurdalny strach o swoje życie. Zacisnąłem dłoń wokół poszukiwanego przedmiotu i wyciągnąłem go. Miałem ochotę krzyczeć, kiedy uświadomiłem sobie, że zaplątana o moje palce niewiadoma ciągnie za sobą coś jeszcze, coś dużo cięższego.
Rozluźniłem palce, spośród których wypadła piłeczka. Zielonkawy przedmiot zleciał z kanapy i przeturlał się na drugą stronę pomieszczenia ciągnąc za sobą naiwną psinę. Wtedy też kolejny przedmiot spadł na ziemię.
Zszokowany patrzyłem na czarno-białą mp4 połączoną białym kabelkiem z słuchawkami. Była lekko porysowana i zakurzona, ale oprócz tego prezentowała się całkiem nieźle.
Była to ta sama mp4, którą dawno temu pożyczył mi Doi. Właściwie podarował, ponieważ gdy chciałem mu ją oddać stanowczo rozkazał mi jej zatrzymanie. Uśmiechnąłem się lekko, właściwie sam do siebie, ponieważ Toi wraz z piłką znikła z moich oczu.
Podniosłem przedmiot niemal z czcią, fakt, dostałem ją od samego Imady, ale to nie jego popularność sprawiała, że odtwarzacz był dla mnie tak ważny.
Tamten okres mojego życia dawno minął. Dojrzałem, Doi przyzwyczaił się do swoich obowiązków, pogodził się ze swoim życiem. Miałem nadzieję, że za te kilka lat, kiedy będę w tym wieku co on teraz posiądę podobną pokorę w stosunku do kapryśnego losu.
Opuszkiem palca obrysowałem niewielką rysę na ekranie, po czym dla próby przesunąłem boczny klawisz. Ekran rozbłysł, a w słuchawkach usłyszałem jakiś szum. Pośpiesznie podniosłem kabelki i wsunąłem słuchawki do uszu, dzięki czemu mogłem usłyszeć fragment, przerwanej podczas wcześniejszego słuchania piosenki.


Więc, czy nie widzisz
Nie dam ci odejść swoją drogą
Pozwolić ci zabrać najlepsze ze mnie
Po prostu potrzebuje wiedzieć
Czy ze mną skończyłeś?

Więc, czy ze mną skończyłeś?
Jeśli tak, czemu mi po prostu nie dasz trwać
Próbuję zrozumieć powody twego odejścia
Nie mogę uwierzyć

To miasto pije i krzyczy
Ta noc się nie skończy
To miasto stworzone z marzeń
Me marzenia obróciły się w proch*



Śpiewałem cicho wraz z wokalistką. Nie była to w prawdzie moja ulubiona piosenka,samo zrozumienie jej miejscami sprawiało mi spory problem, jednak pamiętam dobrze, że Doi ja doceniał. Sam dziwiłem się sobie, że wciąż pamiętam następujące po sobie słowa, ponieważ ostatni raz słyszałem dany utwór jakiś rok temu.

Wyłączyłem urządzenie w połowie piosenki i zsunąłem słuchawki na obicie kanapy. W dłoni obróciłem kilkakrotnie  niewielki odtwarzacz, po czym uśmiechnąłem się lekko. Nie miałem pojęcia jak dany przedmiot znalazł się w tak niegodnym miejscu.
Podniosłem ze szklanego stolika telefon i nieco natchniony wspomnieniami wybrałem numer byłego chłopaka. Pamiętam, jak kiedyś przed snem potrafiłem przegadać z nim kilka godzin. Zwykle o głupotach związanych z jego pracą, przyjaciółmi czy planami. Kochałem słuchać jego spokojnego, melodyjnego głosu. Wyobrażałem sobie, że blondyn tak samo jak ja spoczywa w ciepłej pościeli i wpatruje się w sufit, analogicznie do mnie mając w głowie pustkę, a na ustach łagodny uśmiech.
Teraz jednak to wszystko znikło w cieniu codziennych, ważniejszych spraw - Uświadomiłem sobie w chwili, w której na ekranie pojawiła się pusta wiadomość tekstowa. 
" Więc jak? Widzimy się jutro?" Po wysłaniu wiadomości wstałem i zacząłem drażnić się z Toi kocią myszką zawieszoną na sznurku. W jej posiadanie wszedłem w poprzednią zimę, kiedy to wraz z Kobo wędrowaliśmy po sklepach szukając zajęcia dla psiaka. Postanowiliśmy, że taki latający obiekt mógłby się jej spodobać.
Oczywiście sprytny zwierzak już nie raz ją zerwał, a po uszach myszki pozostały jedynie wspomnienia. 
Moją retrospekcje przerwało ciche, jakby zrezygnowane pukanie do drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Kobo, ale przecież brunet miał własną parę kluczy pasujących do mojego mieszkania. Nieco zaintrygowany przebiegłem przez pokój. Stojąc przy drzwiach wejściowych poprawiłem ciemne, falowane włosy i przekręciłem znajdujący się w zamku klucz.
-Wróciłam. - Powiedziała stojąca przy wejściu blond włosa kobieta o ciemnych jak noc tęczówkach. Przy jej nogach stały dwie oznaczone tysiącami kolorowych naklejek walizki. Z głębi domu usłyszeć można było przejęte szczeknięcie Toi.
-Witaj w domu. - Odpowiedziałem, przepuszczając ją w drzwiach. Ciocia nic nie mówiąc weszła do środka. Jej kroki były powolne oraz ciężkie, a włosy związane w niechlujnego koka raz po raz lekko podskakiwały.
-Co to za kundel?! - Wrzask rozbrzmiał w klatce schodowej, kiedy to chwyciłem rączki walizek, aby wciągnąć je do mieszkania. - Mówiłam, ze nie chce żadnych zwierzat w moim domu. - Awanturowała się 32-latka. Zostawiłem pakunki w przedpokoju po czym ruszyłem do salonu, gdzie ukazał mi się dość przykry obrazek. Toi siedząc na zimnej podłodze wpatrywała się w ciemne oczy członkini mojej rodziny, która w tym momencie przestała krzyczeć.
- To pies mojego przyjaciela, jest tu chwilowo.
-Nie zgadzam się, jutro ma zniknąć i nigdy więcej nie wrócić. - Powiedziała kobieta, a jej szorstki głos przez długi czas tkwil w mojej głowie. - Gdzie są moje kaktusy? Nawet ich nie umiesz dopilnować, a bierzesz na swoją odpowiedzialność żywe stworzenie. - Mówiła nieco ciszej. Ja jedynie przytaknąłem, biorąc nieprzyzwyczajoną do podniesionego głosu Toi na ręce.
Zapowiadał się długi wieczór.
A Doi wciąż nie odpisał.
*   *   *
Cześć kochani...
Mam pełno do powiedzenia, ale nie czujcie się zobowiązani do czytania tego.
W pierwszej kolejności chciałabym przeprosić za to co ukazało kilka godzin temu. Byłam w trakcie pisania rozdziału, kiedy to wezwała mnie inna czynność. Włączony przedmiot wpadł w posiadanie mojego brata, który.. No cóż.. Zamiast zapisać opublikował nie poprawioną, niedokończoną notkę.
Naprawdę przepraszam, głupio mi z tego powodu.
Kolejna sytuacja jaką chciałabym poruszyć to.. Ten.. Kochani.. Już w tamtym roku mówiłam, że 2015 będzie dla mnie trudny. Nowa szkoła w innym mieście, więcej japońskiego, więcej obowiązków, dwie dodatkowe prace.. Słoneczka.. Mówiłam nie raz - '' Mogę nie mieć czasu na pisanie'' Tak więc błagam.. Nie bądźcie źli. To dla mnie trudny okres. Dodatkowo jestem zagrożona z matematyki.. Kurcze, no.. Nie ma szans, ze zdam. Oczywiście dowiedziałam się o tym jakiś miesiąc temu ( okazało się, ze nauczycielka matematyki nie trzyma się przyjętego systemu oceniania w naszej szkole). Dobra, nie męczę was tym x3
Następna sprawa, chyba najważniejsza dla mnie, ponieważ sprawia, ze odechciewa mi się cokolwiek tworzyć na tym blogu..(a wiecie jak bardzo to kocham.) To strasznie smutne dla mnie, ale dla wielu z was może okazać się sprawą... No przyziemna.
'' Wygląda na to, że to koniec bloga'' 'Czyli już koniec'' '' Szkoda, że skończyłaś pisać''
Czy ja kiedykolwiek powiedziałam, że to koniec bloga? No ludzie, błagam... Czuję jakby ta decyzja nie należała do mnie. Proszę, abyście nie podejmowali tego za mnie. To nie pierwsza tak długa przerwa, przepraszam, postaram się poprawić, znaleźć więcej czasu, odnaleźć się w swojej codzienności.
Jednak póki pod nagłówkiem nie pojawi się ogromny, czerwony napis '' blog tymczasowo zawieszony'' '' blog zakończony'' Lub coś w tym klimacie, Proszę nie stawiajcie krzyżyka na mojej twórczości, ponieważ to zadanie należy do mnie.
Oczywiście tą wiadomość kieruję tylko do niewielkiej grupki ludzi. Mam nadzieję, że w ten sposób nikogo nie urażę ( w każdym razie nie tak jak poczułam się urażona osobiście)


Dziękuję wszystkim, którzy wytrwale czekają.

Dziękuję za życzenia urodzinowe. ( Tak, skończyłam 17 lat ;) )
Dziękuję za OGROMNĄ ilość komentarzy, które po prostu ubóstwiam.
Idąc tropem komentarzy, Dziękuję również za to, ze we mnie wierzycie i za to, ze potraficie sprawić, że mogę spojrzeć na świat nieco pozytywniej :]
To chyba tyle się nazbierało...
Dziękuję za to, że jesteście tu ze mną. Kocham was mocniutko i mam nadzieje, ze nowy rozdział nie jest dla was rozczarowaniem <3
Ps: ciekawe czy i tym razem dobijemy 45 komentarzy @.@ Proszę, proszę, proszę :(
Ps2: Przperaszam, jeśli w notce pojawiły się przekrecone lub pozbawione polskich znaków. Wciąż nie mam laptopa i pisze na ppozbawionej polskiech znaków klawiaturze i mega zacinającym się tablecie..
Kocham, Hoshi

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń