czwartek, 23 kwietnia 2015

Stay - Rozdział 7


Życie niemal nigdy nie toczy się tak jak byśmy tego chcieli. Nawet jeśli na jakiś czas wstępuje na właściwy tor wkrótce z niego zjeżdża. Może wydawać nam się, że dosięgliśmy tego czego pragnęliśmy, jesteśmy na najwyższym poziomie piramidy naszych marzeń.
Kluczem jest zrozumienie tego, że marzenia co chwilę się zmieniają, przybywają kolejne, nowe i ważniejsze.
A gdy wszystko zaczyna się układać, jest wręcz perfekcyjnie... Wtedy też następuje swego rodzaju zaćmienie. Jest tak dobrze, że lepiej już nie będzie, co za tym idzie z dnia na dzień będzie gorzej, nasze szczęście i euforia zaczną zanikać.
Życie jest jak góra. U dołu coraz szersza, a im wyżej ta zwęża się by w końcu utworzyć niewielki czubek - Nasz koniec.
Gdy się nie niego wdrapiemy możemy już tylko spadać. Lecieć w ciemną, ukrytą za chmurami otchłań, wiedząc już, jak twarde będzie nasze lądowanie.
Nie jest to zbyt poetyckie określenie, ale idealnie oddaje moje życie.
Gdy odeszli opiekujący się mną ludzie byłem zagubiony, na samym dnie mojej drogi.
Wraz z poznaniem Doi'ego wznosiłem się coraz wyżej i wyżej by z pierwszym pocałunkiem wylądować na samej górze, gdzie nie utrzymałem się długo. Wyjazd mężczyzny zapoczątkował moje bolesne spadanie na dno. Przestałem walczyć o to,aby by utrzymać się na wyżynie i pozwoliłem duszy odpuścić.
W tej chwili, leżąc na miękkim materacu, czując pieczenie na nadgarstkach i oddech Hideki'ego na karku wiedziałem, że etap spadania na dno został zakończony i być może nie było z niego powrotu.
Ciężka ręka czarnowłosego dotąd przewieszona przez mój tors spłynęła na  posłanie w chwili, w której postanowiłem podnieść się do pozycji siedzącej.
-Już idziesz? - Usłyszałem głos drugiego mężczyzny, który powli przyciągnął do siebie jedną z moich dłoni aby ucałować otartą skórę przy nadgarstku.
- Przyjaciel na mnie czeka. - Odparłem delikatnie wyjmując rękę z jego uścisku. Hideki westchnął obracając się na plecy a ja odsunąłem się nieco w stronę rogu łóżka, jednak zanim zdążyłem wstać poczułem jak smukłe palce wślizguja się miedzy kosmyki moich włosów, by z przesadną brutalnością pociągnąć mnie spowrotem do poprzedniej, leżącej pozycji.
- Nie rób!- Krzyknąłem kiedy tylko zniżył się nad moja szyja. Oczywistym było, ze planuje pozostawić kolejny znak po sobie. Ciemnowłosy warknął cicho, podnosząc się na łokciu.
- Chcesz się komuś przypodobać, dziwko? - Zaśmiał się szorstko, na co odruchowo pokręciłem głową.
Byłem po prostu ostrożny. O ile Kobo by się nie gniewał (najprawdopodobniej zyskałbym kolejne pouczenie, mówiące abym nie sypiał z nieodpowiednimi facetami) tak Doi i Yui byliby mną rozczarowani.
-Wiec nie mów co mam robić, maleńki. - Zdałem sobie sprawę, ze użyte względem mnie określenie było dziwnie bolesne. Jakby drąwiące, a przecież takie przezwisko powinno sprawić komuś przyjemność, powodować, ze dana osoba czuje się kochana i potrzebna.
 Stęknąłem kiedy wargi mężczyzny zostały przez niego mocno przyciśnięte do mojej skóry. Na marne doszukiwać się w tym jakiejś słodkiej, delikatnej nutki ponieważ gest wcale nie obejmował takich sfer. Ukazywał jedynie pożądaną przez niego dominacje i kontrole. Był przeciwieństwem Doi'ego, ale w inny sposób niż ja.
Podczas, gdy ja i blondyn różniliśmy się głównie wyglądem i sytuacją życiową, tak Hideki i Doi mieli skrajnie inne charaktery.
Wolałem dla własnego opanowania nie dociekać dlaczego myślę o Doi'm będąc z innym mężczyzną.
-Kiedy znowu przyjdziesz? - Zapytał gdy tylko oderwał wargi od mojej skóry. Przyłożył palec do ciemniejącego punktu nad moim obojczykiem,boleśnie go naciskając po czym odsunął się i pozwolił mi podnieść się z przedmiotu.
- A kiedy chciałbyś mnie zobaczyć? - Podniosłem z ziemi luźną koszulkę i ruszyłem w stronę porzuconych niedaleko spodni. Od razu widać było, że ubrania ściągnięto w pośpiechu. Nie było to moja wina, po prostu po powitaniu Hiedki'ego zostałem wręcz wciągnięty do sypialni i pozbawiony noszonej garderoby.
- Najchętniej wcale bym cie stąd nie wypuścił. - Mruknął, a ja wyczułem w jego glosie dziwny sentyment tak skrajnie nie pasujący do czarnowłosego. - Rozumiem jednak, że nie mam wyboru.
- Przykro mi. - Wzruszyłem ramionami z udawanym smutkiem. Tak naprawdę bałbym się tego jak wyglądałoby moje ciało po dłuższej sesji z kochankiem. - W sobotę? Nie pracuję wtedy.
-Przyjdź w piątek po pracy. Zostaniesz ze mną na noc. - Namawiał starszy, rzucając w moją stronę cienki, zielonkawy rzemyk, który wraz z kilkoma innymi związany byl wcześniej na moim nadgarstku.Śmiałem podejrzewać, ze został po prostu zerwany.
- Kończę późno.
-To nic. - Zapewniał, kiedy obrałem kurs na łazienkę.
-Jak chcesz. Będę po 22.- Uprzedziłem wchodząc do drugiego pomieszczenia gdzie wziąłem ekspresowo szybki prysznic i nałożyłem spowrotem w większości ciemne ubrania. Zapiąłem wysoko bluzę, jednak po chwili zjechałem zamkiem nieco niżej. Niech malinka będzie widoczna dopóki stąd nie wyjdę, inaczej mężczyzna mógłby zechcieć stworzyć kolejną, w bardziej problematycznym miejscu.
Nigdy zbytnio nie przejmowałem się opiniami innych ludzi. Posiadałem małą ilość ważnych dla mnie istot, co pogłębiało moją obojętność. Żyłem dla siebie, w swoim małym światku nie przez wszystkich znanym czy rozumianym. Dlatego gdy nagle zacząłem przejmować się opiniami innych to zaburzyło mój codzienny system. Nagle każdy znak, blizna, malinka, wszystko było obserwowane przez wielu ludzi.
To nie było pożądane przeze mnie uczucie, ta uwaga.
Nie chciałem, nie potrzebowałem jej.
-Do piątku - Mruknąłem wciskając kilka długich, kolorowych rzemyków do kieszeni bluzy. Uwielbiałem je, służyły mi za sznurek, bransoletki czy nawet gumki do włosów.
- Napisz jak wyjdziesz z pracy. - Powiedział mężczyzna, podnosząc się do siadu. - Wieź parasolkę z przedpokoju, pada za oknem. - Dodał jeszcze, zanim nie nakrył twarzy poduszką. Zaśmiałem się cicho, mówiąc coś o tym, że posłucham jego rady po czym wyszedłem z zagraconego mieszkania po drodze łapiąc w dłonie wspomniany przez mężczyznę przedmiot. Zbiegłem schodami przed klatkę ( długo to nie zajęło ponieważ Hideki mieszkał na drugim piętrze niedawno odremontowanego budynku) i delikatnie przejechałem palcami po twardym, sztywnym materiale, który już po chwili został rozłożony, formując typową parasolkę. Uniosłem szerszą część nad głowę i zrobiłem kilka kroków do przodu, wychodząc spod daszka umieszczonego nad drzwiami prowadzącymi do mieszkań.
Pozwoliłem by wilgotne powietrze otuliło mnie podczas drogi do domu. Nie mieszkałem daleko od Hideki'ego. Właściwie aby dojść do mojej kochanej rudery wystarcza mi jakieś dwadzieścia minut pieszej drogi, co było w danym momencie naprawdę sprzyjające, ponieważ oprócz Toi w mieszkaniu czekał również Kobo.
Można by uznać to za dziwne, ale czasami miałem wrażenie, że brunet bywa częściej w moim domu niż ja sam. Mieszkał z dwójką głośnych współlokatorów, którzy przez związek jaki ich łączył czasami potrzebowali chwili dla siebie. Kobo kiedyś powiedział, że nigdy go nie wyprosili, jednak czasami czuł się tam jak piąte koło u wozu. I chyba właśnie wtedy pozwoliłem mu zabrać klucz niegdyś należący do Yui. Mniej więcej rok temu siostra postanowiła mi go oddać. Myślę, że w ten  sposób chciała mi w prosty sposób przekazać, że nie zamierza już odwiedzać mnie tak często, robić niespodzianek, czy wpadać żeby po prostu pobyć razem.
Yui miała teraz własne życie i własne problemy związane z... Własną rodziną.
Westchnąłem skupiając na sobie ni to przestraszone ni to zdziwione spojrzenie nieco starszej kobiety, która szła przy mnie od jakiś pięciu minut. Jej ubrania były trochę poobdzierane i przybrudzne, a włosy rozczochrane oraz rozdwojone przy końcach. Skóra była brudna, jednak spod tego brudu można było dostrzec przeraźliwie jasną karnacje. Nieznajoma bez wątpliwości była bezdomna.
Odwróciłem szybko wzrok, który spoczął na zmieniających barwy świateł przy jezdni.
Smutna świadomość promieniowała w moich myślach, ponieważ gdyby Miiko [ Przypomnienie by autorka- Miiko to biologiczna matka Haruhiko] zdecydowała się mnie zatrzymać byłaby duża możliwość, że albo przejąłbym zawód matki albo wyglądał jak ta bezdomna kobieta, która bez cienia wstydu, ale też ani grama dumy, kroczyła przy mnie, kierując się w tą samą stronę.
-Chyba skądś Cię znam. - Jej głos był przeraźliwie ochrypły. Mimowolnie zacząłem się zastanawiać, czy wypowiadanie słów nie sprawia jej bólu, ponieważ tak właśnie brzmiała. Jakby podstawy naszej codzienności powodowały u niej cierpienie.
-Widzę Panią pierwszy raz.
-Jesteś naprawdę podobny do mojej przyjaciółki. - Zaczęła kobieta, na co pokręciłem lekko głową, jakby do siebie. Przecież matka nie mogłaby znać kogoś takiego, prawda? - Właściwie, to ona mnie na ciebie nakierowała.
- Kiedy? - Zapytałem, po chwili ciszy, którą zakłócał jedynie dźwięk kropli deszczu ciężko opadających na betonową drogę. Dziwnie kojarzyło mi się to z niewielkimi koralikami nawleczonymi na sznurek, tworzącymi coś na wzór bransoletki. Wystarczyłoby ją delikatnie szarpnąć, aby drobne kuleczki posypały się na ziemię.
-Przed chwilą. - Odparła na co niemal natychmiast obróciłem się o 180 stopni, by wyszukać wzrokiem rudowłosej prostytutki. Szybko jednak zdałem sobie sprawę z tego, że bezdomna zdążyła przebyć ze mną naprawdę wiele metrów i zakrętów.
-Czyli to faktycznie o ciebie chodziło? - Zaśmiała się kobieta, na co przekląłem samego siebie w myślach. Moje zachowanie jasno pokazywało, że rozumiem kogo ma na myśli brunetka.
- Nie rozumiem o co Pani chodzi. Proszę mnie zostawić. - Tak naprawdę mało brakowało, abym zaczął na nią warczeć z frustracji i niepokoju. Przyśpieszyłem kroku, jednak bezdomna zrobiła to samo. Starałem się ją ignorować, jednak nie mogłem nie zauważyć paskudnego uśmiechu malującego się na jej ubrudzonej twarzy.
- Jesteś jej synem i chłopakiem tego gwiazdora? - Kontynuowała swoim przyciszonym głosem, tak bardzo pasującym do osoby umierającej.
- Moja matka nie żyje i nie jestem gejem. Naprawdę z kimś mnie Pani pomyliła. - Przystawałem przy swoim zdaniu i nie zamierzałem zmienić obranej strategii. Mimo to miałem ochotę skakać z radości, kiedy na horyzoncie pojawił się budynek, w którym mieszkałem. Od razu odnotowałem w myślach, aby przyjrzeć się nowemu grafitii, które ozdobiło boczną ścianę starego obiektu. - Proszę mnie już nie zamęczać.- Dodałem, kiedy znalazłem się kilka metrów od klatki. Jeszcze tylko kilka kroków. Kilka niewielkich kroków.
-Potrzebuję pieniędzy. - Głos brunetki ( o ile był to brązowy kolor włosów, a nie odcień brudu) nagle ukazał jej pewność siebie. Zdanie zostało wypowiedziane głośniej, jakby bała się, że mógłbym nie usłyszeć którejkolwiek jego części. Pochwyciłem je do przesady doskonale. Sens jednak był mniej zrozumiały. Po co by jej pieniądze od kogoś takiego jak ja. Człowieka, który utrzymuje się z naprawdę marnej pensji z kawiarni.
-Nie mam ich. - Odparłem jedynie i niemal biegiem dotarłem do klatki. Aż do ostatniej chwili czułem na sobie wzrok nieznajomej kobiety.
*    *     *
Wraz z wtorkiem miasto nawiedziło tak rzadko widziane przeze mnie słońce. Ostatni raz percypowałem je w pełnej okazałości prawie tydzień temu kiedy to po kilku dodatkowych godzinach pracy wracałem do domu. Była niedziela, a Kobo utknął w korkach po nocy spędzonej w rodzinnym domu. Skończyło się na tym, że pracowałem dwie godziny dłużej. Byłem tak zmęczony ostatnimi sześcioma dobami, że po pełnym słońca powrocie do domu, padłem na łóżko i tak też zasnąłem. Tym samym przespałem wspaniałą pogodę.
Teraz był ranek. Mniejsza wskazówka zegara za chwile miała wskazać punkt oznaczony liczbą jedenaście, co chwilę temu w skupieniu obserwowałem. Teraz w kawiarni było mało ludzi, wszyscy pracowali lub uczyli się, co powodowało, że w pomieszczeniu, oprócz pracowników były tylko trzy starsze kobiety pijące herbatę.
-Zrobić Ci herbaty? - Zapytała Koki, przygotowując napój na wynos dla nowo przybyłego klienta. Aromat kawy i słodki zapach karmelu wypełniły okolice jej stanowiska.
- Byłbym wdzięczny. - Odparłem. O jedenastej wraz z Koki i Sachi'm szliśmy na przerwę. Po naszym powrocie dziesięć minut wolnego zyskiwała reszta załogi czyli Kobo i Seki wraz z Jiro. W ten sposób podzieliła nas Koki, która dowodziła naszą grupką. Podświadomie czułem, że specjalnie rozłączyła mnie z Jiro, ponieważ nasze stosunki wciąż nie uległy polepszeniu. Właściwie od pierwszego dnia nie dogadywaliśmy się najlepiej, jednak nie było jakiegoś konkretnego powodu.
- Sachi, tobie zrobię kawę, bo wyglądasz jakbyś miał umrzeć. - Jak na zawołanie wszyscy wbiliśmy wzrok w pochylonego nad ladą bruneta, którego oczy okrążone ciemną obwódką zdawały się być zamknięte.
-Zajmowałem się siostrzeńcem. - Wyjaśnił na co na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Miałem okazję poznać tego sześcioletniego chłopca, tak niezmiernie podobnego do mojego współpracownika. Na początku wraz z Kobo mieliśmy podejrzenia, że to ukrywany przez starszego syn, ponieważ wyglądał jak młodsza miniaturka wiecznie zaspanego mężczyzny. Potem jednak poznaliśmy jego rodzicielkę i zrozumieliśmy, że to podobieństwo trzeba zwalić na silne geny.
-Haru, Twój telefon dzwoni.
*   *   *
Kanapa była twarda. Nieprzyjemnie twarda i szorstka w dotyku. Materiał, którym została pokryta był dziwny i naprawdę nieprzyjemny, dodatkowo miała duże wgłębienie przy jednym z oparć i nie potrafiłem wyzbyć się poczucia, mówiącego, że swoją ogromną rodzinę  wychowują tam pająki. To był taki dziecinny, absurdalny strach, który zmuszał mnie do dokładnego okrycia mebla dużym, malinowym kocem, zakupionym niegdyś przez Yui. W tej chwili ta nieporządana dziura była niczym przepowiednia mojej śmierci. Podczas, gdy różowe okrycie leżało na podłodze ja wpatrywałem się w wyrwę i starałem się uspokoić szybko bijące serce.
Nie widziałem żadnego dziwnego żyjątka ani pajęczyn, dlatego też szybko przysunąłem rękę stronę szczeliny.
-Akcje ratunkową czas zacząć. - Powiedziałem do Toi, która tęsknie wypatrywała niewielkiej piłeczki, za którą kochała ganiać. Przymknąłem powieki i po chwili moja dłoń wsunęła się między kanapę, a oparcie. Starałem się myśleć o czymś przyjemnym, kiedy to przeszukiwałem dane miejsce. Cicho krzyknąłem gdy uświadomiłem sobie, że coś sporych rozmiarów zaplątało się wokół moich palców. Niemal załkałem, starając się to zignorować tak samo jak absurdalny strach o swoje życie. Zacisnąłem dłoń wokół poszukiwanego przedmiotu i wyciągnąłem go. Miałem ochotę krzyczeć, kiedy uświadomiłem sobie, że zaplątana o moje palce niewiadoma ciągnie za sobą coś jeszcze, coś dużo cięższego.
Rozluźniłem palce, spośród których wypadła piłeczka. Zielonkawy przedmiot zleciał z kanapy i przeturlał się na drugą stronę pomieszczenia ciągnąc za sobą naiwną psinę. Wtedy też kolejny przedmiot spadł na ziemię.
Zszokowany patrzyłem na czarno-białą mp4 połączoną białym kabelkiem z słuchawkami. Była lekko porysowana i zakurzona, ale oprócz tego prezentowała się całkiem nieźle.
Była to ta sama mp4, którą dawno temu pożyczył mi Doi. Właściwie podarował, ponieważ gdy chciałem mu ją oddać stanowczo rozkazał mi jej zatrzymanie. Uśmiechnąłem się lekko, właściwie sam do siebie, ponieważ Toi wraz z piłką znikła z moich oczu.
Podniosłem przedmiot niemal z czcią, fakt, dostałem ją od samego Imady, ale to nie jego popularność sprawiała, że odtwarzacz był dla mnie tak ważny.
Tamten okres mojego życia dawno minął. Dojrzałem, Doi przyzwyczaił się do swoich obowiązków, pogodził się ze swoim życiem. Miałem nadzieję, że za te kilka lat, kiedy będę w tym wieku co on teraz posiądę podobną pokorę w stosunku do kapryśnego losu.
Opuszkiem palca obrysowałem niewielką rysę na ekranie, po czym dla próby przesunąłem boczny klawisz. Ekran rozbłysł, a w słuchawkach usłyszałem jakiś szum. Pośpiesznie podniosłem kabelki i wsunąłem słuchawki do uszu, dzięki czemu mogłem usłyszeć fragment, przerwanej podczas wcześniejszego słuchania piosenki.


Więc, czy nie widzisz
Nie dam ci odejść swoją drogą
Pozwolić ci zabrać najlepsze ze mnie
Po prostu potrzebuje wiedzieć
Czy ze mną skończyłeś?

Więc, czy ze mną skończyłeś?
Jeśli tak, czemu mi po prostu nie dasz trwać
Próbuję zrozumieć powody twego odejścia
Nie mogę uwierzyć

To miasto pije i krzyczy
Ta noc się nie skończy
To miasto stworzone z marzeń
Me marzenia obróciły się w proch*



Śpiewałem cicho wraz z wokalistką. Nie była to w prawdzie moja ulubiona piosenka,samo zrozumienie jej miejscami sprawiało mi spory problem, jednak pamiętam dobrze, że Doi ja doceniał. Sam dziwiłem się sobie, że wciąż pamiętam następujące po sobie słowa, ponieważ ostatni raz słyszałem dany utwór jakiś rok temu.

Wyłączyłem urządzenie w połowie piosenki i zsunąłem słuchawki na obicie kanapy. W dłoni obróciłem kilkakrotnie  niewielki odtwarzacz, po czym uśmiechnąłem się lekko. Nie miałem pojęcia jak dany przedmiot znalazł się w tak niegodnym miejscu.
Podniosłem ze szklanego stolika telefon i nieco natchniony wspomnieniami wybrałem numer byłego chłopaka. Pamiętam, jak kiedyś przed snem potrafiłem przegadać z nim kilka godzin. Zwykle o głupotach związanych z jego pracą, przyjaciółmi czy planami. Kochałem słuchać jego spokojnego, melodyjnego głosu. Wyobrażałem sobie, że blondyn tak samo jak ja spoczywa w ciepłej pościeli i wpatruje się w sufit, analogicznie do mnie mając w głowie pustkę, a na ustach łagodny uśmiech.
Teraz jednak to wszystko znikło w cieniu codziennych, ważniejszych spraw - Uświadomiłem sobie w chwili, w której na ekranie pojawiła się pusta wiadomość tekstowa. 
" Więc jak? Widzimy się jutro?" Po wysłaniu wiadomości wstałem i zacząłem drażnić się z Toi kocią myszką zawieszoną na sznurku. W jej posiadanie wszedłem w poprzednią zimę, kiedy to wraz z Kobo wędrowaliśmy po sklepach szukając zajęcia dla psiaka. Postanowiliśmy, że taki latający obiekt mógłby się jej spodobać.
Oczywiście sprytny zwierzak już nie raz ją zerwał, a po uszach myszki pozostały jedynie wspomnienia. 
Moją retrospekcje przerwało ciche, jakby zrezygnowane pukanie do drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Kobo, ale przecież brunet miał własną parę kluczy pasujących do mojego mieszkania. Nieco zaintrygowany przebiegłem przez pokój. Stojąc przy drzwiach wejściowych poprawiłem ciemne, falowane włosy i przekręciłem znajdujący się w zamku klucz.
-Wróciłam. - Powiedziała stojąca przy wejściu blond włosa kobieta o ciemnych jak noc tęczówkach. Przy jej nogach stały dwie oznaczone tysiącami kolorowych naklejek walizki. Z głębi domu usłyszeć można było przejęte szczeknięcie Toi.
-Witaj w domu. - Odpowiedziałem, przepuszczając ją w drzwiach. Ciocia nic nie mówiąc weszła do środka. Jej kroki były powolne oraz ciężkie, a włosy związane w niechlujnego koka raz po raz lekko podskakiwały.
-Co to za kundel?! - Wrzask rozbrzmiał w klatce schodowej, kiedy to chwyciłem rączki walizek, aby wciągnąć je do mieszkania. - Mówiłam, ze nie chce żadnych zwierzat w moim domu. - Awanturowała się 32-latka. Zostawiłem pakunki w przedpokoju po czym ruszyłem do salonu, gdzie ukazał mi się dość przykry obrazek. Toi siedząc na zimnej podłodze wpatrywała się w ciemne oczy członkini mojej rodziny, która w tym momencie przestała krzyczeć.
- To pies mojego przyjaciela, jest tu chwilowo.
-Nie zgadzam się, jutro ma zniknąć i nigdy więcej nie wrócić. - Powiedziała kobieta, a jej szorstki głos przez długi czas tkwil w mojej głowie. - Gdzie są moje kaktusy? Nawet ich nie umiesz dopilnować, a bierzesz na swoją odpowiedzialność żywe stworzenie. - Mówiła nieco ciszej. Ja jedynie przytaknąłem, biorąc nieprzyzwyczajoną do podniesionego głosu Toi na ręce.
Zapowiadał się długi wieczór.
A Doi wciąż nie odpisał.
*   *   *
Cześć kochani...
Mam pełno do powiedzenia, ale nie czujcie się zobowiązani do czytania tego.
W pierwszej kolejności chciałabym przeprosić za to co ukazało kilka godzin temu. Byłam w trakcie pisania rozdziału, kiedy to wezwała mnie inna czynność. Włączony przedmiot wpadł w posiadanie mojego brata, który.. No cóż.. Zamiast zapisać opublikował nie poprawioną, niedokończoną notkę.
Naprawdę przepraszam, głupio mi z tego powodu.
Kolejna sytuacja jaką chciałabym poruszyć to.. Ten.. Kochani.. Już w tamtym roku mówiłam, że 2015 będzie dla mnie trudny. Nowa szkoła w innym mieście, więcej japońskiego, więcej obowiązków, dwie dodatkowe prace.. Słoneczka.. Mówiłam nie raz - '' Mogę nie mieć czasu na pisanie'' Tak więc błagam.. Nie bądźcie źli. To dla mnie trudny okres. Dodatkowo jestem zagrożona z matematyki.. Kurcze, no.. Nie ma szans, ze zdam. Oczywiście dowiedziałam się o tym jakiś miesiąc temu ( okazało się, ze nauczycielka matematyki nie trzyma się przyjętego systemu oceniania w naszej szkole). Dobra, nie męczę was tym x3
Następna sprawa, chyba najważniejsza dla mnie, ponieważ sprawia, ze odechciewa mi się cokolwiek tworzyć na tym blogu..(a wiecie jak bardzo to kocham.) To strasznie smutne dla mnie, ale dla wielu z was może okazać się sprawą... No przyziemna.
'' Wygląda na to, że to koniec bloga'' 'Czyli już koniec'' '' Szkoda, że skończyłaś pisać''
Czy ja kiedykolwiek powiedziałam, że to koniec bloga? No ludzie, błagam... Czuję jakby ta decyzja nie należała do mnie. Proszę, abyście nie podejmowali tego za mnie. To nie pierwsza tak długa przerwa, przepraszam, postaram się poprawić, znaleźć więcej czasu, odnaleźć się w swojej codzienności.
Jednak póki pod nagłówkiem nie pojawi się ogromny, czerwony napis '' blog tymczasowo zawieszony'' '' blog zakończony'' Lub coś w tym klimacie, Proszę nie stawiajcie krzyżyka na mojej twórczości, ponieważ to zadanie należy do mnie.
Oczywiście tą wiadomość kieruję tylko do niewielkiej grupki ludzi. Mam nadzieję, że w ten sposób nikogo nie urażę ( w każdym razie nie tak jak poczułam się urażona osobiście)


Dziękuję wszystkim, którzy wytrwale czekają.

Dziękuję za życzenia urodzinowe. ( Tak, skończyłam 17 lat ;) )
Dziękuję za OGROMNĄ ilość komentarzy, które po prostu ubóstwiam.
Idąc tropem komentarzy, Dziękuję również za to, ze we mnie wierzycie i za to, ze potraficie sprawić, że mogę spojrzeć na świat nieco pozytywniej :]
To chyba tyle się nazbierało...
Dziękuję za to, że jesteście tu ze mną. Kocham was mocniutko i mam nadzieje, ze nowy rozdział nie jest dla was rozczarowaniem <3
Ps: ciekawe czy i tym razem dobijemy 45 komentarzy @.@ Proszę, proszę, proszę :(
Ps2: Przperaszam, jeśli w notce pojawiły się przekrecone lub pozbawione polskich znaków. Wciąż nie mam laptopa i pisze na ppozbawionej polskiech znaków klawiaturze i mega zacinającym się tablecie..
Kocham, Hoshi

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń