niedziela, 31 sierpnia 2014

Stay - Rozdział 3

Sobota. Mimo wszystko kochałem soboty. Niczym spragniony weekendu nastolatek wyczekiwałem tego dnia, a przecież nastolatkiem już nie byłem. Ostatni dzień tygodnia zawsze wydawał mi się najlepszym. Nie musiałem z samego rana wstawać do pracy i całą dobę mogłem zaplanować sobie całkowicie sam. Nie potrzebowałem do tego zgody opiekunów ani szefa, nie musiałem o niczym informować Yui, która jeździła w każdej wolnej chwili do rodziców Jun'a.
W pewnym sensie jej tego zazdrościłem. Tego, że zdobyła nową, być może lepszą od poprzedniej rodzinę.
Przeciągnąłem się, biorąc głęboki wdech. Usłyszałem zniecierpliwiony chód w pokoju obok więc niewiele myśląc wyszedłem z sypialni by chwilę później stanąć oko w oko z Kobo.
-Chodźmy staruszku. - Mruknąłem wychodząc z mieszkania i nasłuchując  czy dzisiejszy solenizant podąża za mną.
- Jestem tylko dwa lata starszy. - Burknął, jednak doskonale widziałem pełen samozadowolenia uśmiech widniejący na jego twarzy. Czerpał satysfakcję z tego, że pod wieloma względami jest ode mnie bardziej doświadczony. To ja byłem tym, który potrzebował jego rad czy ramienia, by wylać słone łzy.
  Po wyjściu z kamienicy mogliśmy wsiąść w stojący na uboczu samochód należący do mojego przyjaciela, jednak nie zrobiliśmy tego świadomi, że bar do którego zmierzaliśmy jest tylko kilka uliczek dalej. Wybraliśmy spokojny spacer zamiast jazdy w dusznym po deszczu pojeździe.
-Kobo! Haruhiko! - Usłyszeliśmy za sobą wesoły głos, który kazał nam zastanowić się nad trzeźwością jego właściciela. Brunet idący przy mnie zaprzestał opowieści o przyjeździe swojej siostry, jednak mimo to nie zdążyliśmy się obrócić. Ciężkie ciało Wataru spadło na nas niczym z nieba, co najpewniej było spowodowane jego wysokim wzrostem. Mimo to poczułem jak zafarbowane na głęboką czerwień włosy muskają moją twarz.
-Idioto! Miałeś nie pić, dopóki się nie spotkamy! - Wrzasnął zirytowany Kobo, jednak wiedziałem, że za chwilę jego złość minie. Przecież uwielbiał tego dryblasa- byli najlepszymi przyjaciółmi od rozpoczęcia gimnazjum.
-Byłem zbyt podekscytowany. - Wyznał. - Zresztą Iku też piła i to więcej ode mnie! - Dodał jakby ten fakt był najbardziej znaczący. Uśmiechnąłem się lekko, dopiero teraz dostrzegając, że wspomniana dwudziestojedno latka zrównała z nami kroku, idąc po mojej prawej stronie.
-Mieliśmy spotkać się w barze. - Mruknął zaskoczony brunet przeczesując palcami bujną czuprynę. Czerwonowłosy zaśmiał się jedynie, mówiąc coś o zbiegu okoliczności.
*   *   *

W niskim budynku będącym naszym celem było naprawdę dużo ludzi, wiedziałem, że większość z nich to kumple Kobo, co dodatkowo mnie dołowało. Ja miałem jego, Doi'ego i Kochiko, zaś brunet miał znajomych na pęczki. Wszyscy wraz ze mną przyszli świętować urodziny mojego przyjaciela.
Choć czy faktycznie łączyła nas przyjaźń? Nasz warunek był prosty- Dać sobie przyjemność bez żadnych większych zobowiązań, a jednak... Polubiłem go na tyle by nazwać kimś więcej niż tylko współpracownikiem. Ta świadomość wcale mi nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, napawała dumą.
Spojrzałem kontem oka na Kobo, który stał niedaleko śmiejąc się z garstką nieznanych mi ludzi. Ja zaś wiernie trzymałem się Wataru, sącząc błękitnego drinka, którego nazwy nawet nie pamiętałem. Nie dociekałem, wystarczyły mi słowa czerwonowłosego, który chwile temu z zaangażowaniem tłumaczył mi dlaczego muszę spróbować tego napoju.
Cóż, nieco przesadził mówiąc, że to najlepszy alkohol świata, jednak nie przeczyłem, że znajduje się w czołówce. Już chciałem mu to powiedzieć, jednak gdy się obróciłem dojrzałem przy przeciwległej ścianie nieznajomego mi mężczyznę rozmawiającego z jakąś starszą od niego dziewczyną.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wbijany we mnie wzrok. Z tej odległości wydziałem jedynie że jest wysoki i ma dość krótkie, bardzo ciemne włosy. Skupiłem wzrok na jego wargach, po których wolno sunął językiem patrząc prosto na mnie. Uśmiechnąłem się, próbując ukryć zadowolenie po czym puściłem mu tzw. oczko i skierowałem wzrok na czerwonowłosego.
-Nie nazwałbym go ósmym cudem świata, ale faktycznie jest bardzo dobry. - Mruknąłem do stojącego za barem Wataru, który dorabiał sobie jako barman od przeszło pół roku. Słysząc moje słowa prychnął tak głośno, że usłyszałem to mimo ogłuszającej muzyki.
-A ten? - Zapytał podsuwając mi porcje innego alkoholu.
- Bawimy się w testera? - Zaśmiałem się lekko, obejmując naczynie dłonią. Po chwili zimne szkło spotkało moje rozgrzane wargi. Obróciłem się z powrotem, szukając wzrokiem nieznajomego, który zdążył mnie zaintrygować. Stał, możnaby pomyśleć, że w tym samym miejscu. Czując na sobie mój wzrok, spojrzał w  moje oczy i wyginając wargi w kuszącym uśmiechu przechylił głowę kiwając w stronę niemal niezauważalnych drzwi z napisem " wyjście ewakuacyjne". Kiwnąłem lekko głową i szybko wypiłem drinka do końca.
- Poprzedni był lepszy. - Wyznałem, wstając z miejsca. Czułem na sobie palący wzrok nieznajomego. - Do zobaczenia, Wataru. - Mruknąłem, nawet na niego nie patrząc. Zabrałem skórzaną kurtkę i pognałem w stronę drzwi. W połowie drogi poczułem czyjąś dłoń w dole pleców, jednak zignorowałem ją wiedząc do kogo należy.
Z klubu wyszliśmy popchnięci przez tłum bezimiennych ludzi. Od razu dopadliśmy do siebie znacząc swoje ciała palącym dotykiem. W tym ciemnym zaułku byliśmy całkowicie sami, podejrzewam, że nikt nawet nie zauważył naszego wyjścia.
Poczułem jak duża dłoń ciemnowłosego wplata się w moje włosy, po czym ciągnie je tak bym ze stęknięciem odchylił głowę do tyłu. Szorstkie usta od razu ściśle przyległy do mojej szyi, zostawiając na niej zaczerwienione ślady znaczące o obecności warg nieznajomego.
Szybko oklasowałem go spojrzeniem spod przymrużonych oczu. Mężczyzna nie miał więcej niż trzydzieści lat. Był wysportowany, jednak nie przesadnie napakowany. Jego skóra była blada, zaś oczy miały nieco przerażający, szarawy odcień.
Zacisnąłem dłonie na ramionach mężczyzny, nieumyślnie drapiąc jego skórę niemal do krwi. Dłoń puściła moje lekko falowane włosy, po czym wraz z drugą wślizgnęła się pod przylegającą do ciała koszulkę i spoczęła na mojej tali. Mocne szarpnięcie przyciągnęło mnie jeszcze bliżej czarnowłosego, który silnie odciągnął mnie od drzwi. Westchnąłem, gdy dłonie zjechały niżej, prosto na moje pośladki. Ściskały je mocno, jakby ich właściciel chciał mi dać do zrozumienia, że dzisiejszego wieczoru należę wyłącznie do niego.
W następnej chwili jego smukłe, długie palce zakleszczyły się na moich nadgarstkach, które od razu zostały przyciśnięte do chropowatej powierzchni ściany. Jęknąłem czując jak ta ociera mi skórę na dłoniach. Mężczyzna wsunął kolano między moje nogi ocierając je o krocze w symulującym ruchu. Usta wyższego zsunęły się na moją szczękę, momentami drapiąc ją zębami. Zjeżdżał niżej i niżej, wciąż mocno trzymając mnie w jednej pozycji co było dość trudne, kiedy przez ogarniającą mnie przyjemność starałem się otrzeć o niego czy wygiąć ciało w kierunku jego dotyku.
Naprawdę był silny. Podejrzewałem, że przez to na moim ciele pozostanie wiele ran i siniaków.
Czarnowłosy złożył ostatnią malinkę nad moim obojczykiem po czym przełożył moje dłonie do jednej ręki zaś drugą szarpnął za pasek należących do mnie spodni.
-Weź mnie mocno. - Sapnąłem czując jak jego dłoń ociera się o mojego penisa, okrytego materiałem bokserek.
- Skoro tego pragniesz... -Szepnął zniżonym głosem posiadającym lekką chrypę. Najprawdopodobniej nie stronił od papierosów, jednak w tej chwili nie miałem ochoty o tym myśleć. Puścił moje dłonie, gwałtownie obracając mnie twarzą do ściany. Zaś następnie zacisnął zęby na moim karku.
 Podejrzewałem, że na długo zostanie tam ślad.

Po chwili moje spodnie wraz z bokserkami zostały zsunięte na łydki.
Mężczyzna odsunął się na chwilę, ułamek sekundy. Słyszałem dźwięk odpinanego zamka i muzykę, która zajmowała towarzystwo znajdujące się w budynku, o który opierałem dłonie.
Moje biodra zostały pociągnięte do tyłu zaś w następnym momencie poczułem jak penis nieznajomego gwałtownie, boleśnie wsuwa się do mojego wnętrza. Jednym płynnym ruchem znalazł się w środku, zaś przykry dyskomfort szybko znikł.
Jęknąłem głośno czując, jak niemal od razu uderza w ten jeden, specyficzny punkt. Zaczął szybko poruszać biodrami, mocno trzymając mnie w jednej pozycji.
- Szybciej. - Jęknąłem, odchylając głowę mocno do tyłu. Poczułem jego usta na swoich odkrytych ramionach. Moje drżące jęki mieszały się z jego sapnięciami, aż do chwili kiedy doszedłem brudząc ścianę naprzeciw mnie. Starszy wykonał jeszcze kilka mocnych pchnięć po czym zrobił to samo, jednak głęboko w moim ciele.
Gdy tylko mnie puścił upadłem na ziemie, ponieważ drżące kolana nie były w stanie utrzymać mojego ciała. Kontem oka widziałem jak zdejmuje prezerwatywę po czym odrzuca ją w stronę śmietników.
Byłem mu niewyobrażalnie wdzięczny, za to, że pomyślał o zabezpieczeniu. Nie chciałem uprawiać seksu bez niego, jednak po wyjściu na zimne powietrze nawet nie upewniałem się, czy czarnowłosy pomyślał o konsekwencjach naszych planów.
Najwyżej mimo wszystko pozostał przy zdrowych zmysłach.
- Jak się nazywasz? - Zapytał poprawiając swój strój. Niechętnie wstałem podpierając się ściany, po czy zacząłem na nowo się ubierać. Właściwie to tylko dolną część garderoby.
-Haruhiko. - Odpowiedziałem w międzyczasie.
-Wezmę twój numer od Kobo, teraz nie mam telefonu. Trzymaj się. - Mruknął, patrząc na moje poczynania z uśmiechem pełnym zadowolenia.
-Czekaj! - Krzyknąłem widząc jak odwraca się w stronę wejścia do klubu. - Powiedz mi swoje imię.  - Rozkazałem opierając się o ścianę.
 Zdecydowanie byłem usatysfakcjonowany przyjemnie spędzonym wieczorem.
-Hideki. - Odparł, poprawiając wygniecioną koszule. - Napisze w tygodniu. - Dodał jeszcze pchając drzwi. Po chwili czarnowłosy zniknął z moich oczu.
 Byłem jednak pewny, że nie na długo.

*   *    *
-Helo! - Krzyknął Doi w tej samej chwili pojawiając się na ekranie tableta opartego o stos książek. Poprawiłem koc, pod którym ukrywałem wielokrotnie naznaczone ciało po czym uśmiechnąłem się szeroko.
-Cześć, Doi. - Czułem jak na moje policzki wkrada się lekki rumieniec, kiedy tylko zobaczyłem jego lśniące, błękitno szare oczy. Przez jakieś dwadzieścia minut rozmawialiśmy głównie na tematy przyziemne. Jak praca, co porabiał,  jak się ma jego chłopak ( Który jak się okazało, również siedział w sypialni i wsłuchiwał się w mój głos.) Śmialiśmy się z Toi, która spała na fotelu za mną i delikatnie, nieświadomie przebierała łapami; rozmawialiśmy o nowym zespole, który wszedł na scenę w ubiegły poniedziałek.
Wszystko było dobrze, do czasu kiedy nie sięgnąłem po herbatę. Upiłem niewielki łyk ciepłego naparu, patrząc jak z twarzy Doi'ego gwałtownie spływa uśmiech.
- Poczekaj chwilę. - Mruknął podnosząc laptopa. - Zaraz wrócę. - Rzucił do Colin'a, który zajęty telewizorem nawet nie przejął się zmianą w jego nastroju. Po raz kolejny napiłem się malinowej herbaty, widząc jak tło blondyna się zmienia. Wyszedł z sypialni i usiadł na kanapie w salonie.
-Co jest? -Zapytałem wciąż szczelnie okrywając się narzutą.
- Haruhiko... - Pierwszy raz usłyszałem swoje pełne imię z jego ust, co sprawiło, że poczułem się niewyobrażalnie niezręcznie. - Wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważny, prawda? - Rozpoczął swój monolog. Słysząc jego poważny ton i widząc złość na twarzy od razu odłożyłem błękitny kubek. - Zależy mi na tobie i mimo dzielącej nas odległości chcę wiedzieć jak się masz. - Dodał biorąc głęboki wdech. - I wiesz, że gdyby ktoś Cię zranił, skrzywdził... Niewiele myśląc wsiadłbym do pierwszego samolotu kierującego się do Japonii by zabić tą osobę. - Zakończył wplątując palce we włosy. - Więc powiedz mi, proszę... Kto tak pokaleczył twoje dłonie? Ktoś cię pobił? Zostaw ten cholerny koc i wstań, żebym mógł zobaczyć czy nic ci nie jest.
Poczułem jak po moim ciele przepływa stado zimnych dreszczy. Otworzyłem szeroko oczy niemal plując sobie w brodę, za nie dopilnowanie swojej tajemnicy. Spojrzałem na jedną z dłoni przełykając głośno ślinę.
Wierzch ręki był cały podrapany, zaś nadgarstek fioletowy od siniaków, które zdobiły go z każdej strony. Wewnętrzna część nie wyglądała lepiej- Skaleczenia zdobiły niemal każdy fragment skóry.
Podniosłem przestraszony wzrok prosto na oczy Doi'ego.
Pierwszy raz od dłuższego czasu nie wiedziałem, co powiedzieć.
____________________
Teraz pasuje tu tylko : Ciąg dalszy nastąpi.
Nie sądzicie? :3

Idę spać, pamiętajcie by nakarmić Awenir.
Dobranoc :*
Kocham was
Ah! Jeszcze coś. Jutro wieczorem uzupełnię skrót fabuły w spisie treści. ;)

sobota, 9 sierpnia 2014

Stay - Rozdział 2

Nie lubiłem wracać do własnego mieszkania. Uważałem je za małe i ciasne. Farby znaczące ściany już dawno wyblakły, zaś meble zostały poobcierane. Denerwowało mnie to, coś w moim umyśle stale podpowiadało mi, że to nigdy nie będzie moje miejsce. Śmieszne. Mieszkam tu od ponad czterech lat, a pomieszczenia wciąż nie potrafiły przywitać mnie nieco bardzie optymistycznie.
-Toi! Przyniosłem ci ciastka! - Krzyknąłem u progu drzwi wejściowych. Właściwie nie musiałem tak bardzo podnosić głosu ponieważ psiak liczący sobie nieco ponad dwa lata już czaił się za kątem i wyczekiwał mojego powrotu.
Zawsze, gdy wracałem po całonocnej nieobecności czułem okropne wyrzuty sumienia. Kiedy ja świetnie się bawiłem Toi nieustannie czekała na mój powrót.
Pamiętam, że kiedyś naszła mnie myśl jakby to było, gdybym wciąż był z Doi'm. Czy zamieszkalibyśmy ze sobą i wyczekiwali siebie równie niecierpliwie co Toi?
Nie wiem, ale też nie chcę zaprzątać sobie tym głowy.
To nigdy się nie będzie mogło zdarzyć.
Rzuciłem Toi ciastka, kupione przeze mnie w pobliskim sklepie zoologicznym, chwile się z nią podrażniłem po czym ruszyłem by zwiedzić mieszkanie. Robiłem to odkąd psiak zamieszkał tu na stałe, ponieważ nigdy nie wiedziałem, czy gdzieś nie spotka mnie niespodzianka w postaci przewróconych doniczek czy porozdzieranych poduszek. Kiedy była młodsza niemal codziennie mój dom ponosił jakieś straty. Teraz chyba nieco dojrzała - O ile tak można nazwać dodanie półtora roku do życia zwierzęcia.
-Dziś przyjdzie Masao. - Powiedziałem do stworzenia, które podbiegło do mnie radośnie machając ogonem. Wątpiłem w to by rozumiał choć jedno wypowiedziane przeze mnie słowo, ale dobrze czułem się ze świadomością, że zawsze mogę się przed nią wygadać. -Na trzy godziny. - Dodałem patrząc w czarne oczy drobnej istotki. Uśmiechnąłem się lekko i przez chwile miałem wrażenie, że pies odpowiada tym samym.
*    *    *
W całym domu unosił się niemal mdlący, ciężki zapach czekolady. Nie przeszkadzał mi, jednak niespecjalnie mnie zachwycał. Stojąc przy kuchence zręcznie mieszałem ciemną paćkę znajdującą się w rondle. Była gęsta ale gładka i ku mojemu zadowoleniu coraz bardziej przypominała typowy budyń.
-Nie martw się Wujku, będzie dobre. - Usłyszałem radosny głosik siedzącej na blacie dziewczynki. Spojrzałem na Masao nieco zdziwiony, odrywając się od pilnego zajęcia.
-Wiem, dlatego się nie martwię. - Odparłem wyłączając palnik.
- To czemu tak się w niego wpatrujesz?
-Zastanawiam się, czy nie mamy już owoców. - Wyznałem. Schyliłem się i wyjąłem z szafki dwie szklane czareczki do których starannie przelałem swoje dzieło.
- Mamy jeszcze te fioletowe. - Podchwyciła siedmiolatka, zeskakując z blatu. Wyszła z kuchni a po chwili wróciła niosąc w lekko opalonych dłoniach naczynie pełne drobnych kuleczek.
-Borówki. - Poprawiłem ją, kiedy postawiła przy mnie owoce. Wyjąłem łyżeczkę i z jej pomocą nasypałem do swojej porcji sporą ilość tych koralików. Spojrzałem pytająco na dziewczynkę, a gdy kiwnęła głową również na jej budyniu wylądowały owoce. - Uważaj, bo może być gorące. - Ostrzegłem podając jej naczynie, w którym ilość budyniu znacząco przekraczała moją. Jednak u mnie było nieco więcej dodatków.
Oboje ruszyliśmy do salonu, by po chwili wylądować na kanapie z psem u swych stóp i czarkami w dłoniach.
Nie pamiętam zbytnio kiedy dokładnie Masao zaczęła spędzać u mnie więcej czasu. Chyba niedługo po wyjeździe Doi'ego, kiedy to Pani Endo pożegnała nasz świat zostawiając swoją córkę- Kochiko, bez pomocy.
Wszyscy byliśmy przygotowani na śmierć Matki mojej przyjaciółki. Była już dość stara, a jej zdrowie nie było godne pozazdroszczenia.  Wiedziała, że wkrótce umrze. " Jak przyjdzie czas na mnie to odejdę." Zwykła mawiać, gdy wraz Kochiko przesiadywaliśmy u niej i opowiadaliśmy o spędzonych dniach. Często wspominaliśmy o uciążliwej samotności, ponieważ ani Ja ani ona nie byliśmy w związkach.

Któregoś ranka, właściwie to kilka dni przed śmiercią Pani Endo przyszedłem do kobiet zabrać Masao do kina, na obiecany jej wcześniej film. Matka Kochiko zatrzymała mnie u siebie, ponieważ córka wraz z wnuczką wyszły do pobliskiego sklepu po ciasto.
Zaprosiła mnie do kuchni, gdzie od przeszło półgodziny tworzyła jakieś danie. Niestety nie pamiętam już jakie.
Usiadłem na stołku przy dwuosobowym stole, stojącym pod oknem i delektowałem się świeżym sokiem pomarańczowym, który po prostu uwielbiałem.
-Haruhiko? - Zapytała starsza kobieta, najprawdopodobniej by sprawdzić czy jestem gotów wysłuchać jej pytania. Byłem i potwierdziłem to przerzuceniem wzroku na twarz starszej. - Kim właściwie był dla ciebie ten chłopak? Ten, który wyjechał ostatnio? 
-Doi? Ten blondyn?
-Tak, Tak! On. - Potwierdziła, najpewniej zadowolona, że wiem o kogo jej chodzi. Ja nie byłem aż tak bardzo zachwycony. Właściwie, nie było co ukrywać. Znaczna część Azji wiedziała, co tak naprawdę łączy mnie z tym wokalistą. Nikt nawet nie śmiał tego kwestionować.
-To mój były chłopak. Zerwaliśmy jak wyjechał, ponieważ żaden z nas nie wierzy by związek na odległość miał przyszłość. - Wyznałem, patrząc wytrwale w jej oczy.
-Oh, to przykre. Nie chcieliście nawet spróbować?- Zapytała jak gdyby nigdy nic. Jakbyśmy mówili o pogodzie, a nie mojej orientacji seksualnej, o której dotąd nie miała pojęcia.
-Um, nie. To zbyt trudne. - Oznajmiłem, próbując się otrząsnąć po małym szoku spowodowanym jej całkowitą tolerancją.
- To źle, ale jeśli macie być razem, to Bóg ponownie was połączy. Będę wam kibicowała z góry. - Oznajmiła uśmiechając się w swój całkowicie niewinny i pogodzony z losem sposób.

-Już mogę? - Z tej krótkiej retrospekcji wyrwał mnie głos młodszej, która prosząco patrzała na mnie to na gorący jeszcze budyń.
-Poparzysz sobie język jak ostatnio. - Ostrzegłem widząc jak monotonnie miesza łyżeczką w gęstym deserze.
- Ale już jest prawie zimny.
- Nie prawda. - Zaśmiałem się, zerkając na budyń. Faktycznie, para już przestawała się nad nim unosić. - A może i prawda. Jedz, ale uważaj. - Uśmiechnąłem się, samemu wsuwając niewielką ilość w usta. Kontem oka widziałem, że mała robi to samo.
Jak dla mnie budyń był za gęsty i za mało czekoladowy. Jego słodki smak opanowywał całe usta.
- Nawet dobry. - Mruknąłem, próbując wyłowić borówkę.
-Też taki jadłeś, jak byłeś w moim wieku? - Zapytała niewinnie.
- Ja wciąż jestem prawie w twoim wieku. - Stwierdziłem udając urażenie formułą jej zdania. - Mógłbym być twoim bratem! - Dodałem by udowodnić swój nikły wiek, jednak miałem świadomość, że w porównaniu z Masao... Jestem po prostu... Stary.
-Nie prawda. - Zaśmiała się, przez co miseczka niebezpiecznie zadrżała. Prychnąłem na jej uwagę, wsadzając sobie w usta większą ilość budyniu. Między nami  było niecałe trzynaście lat różnicy. Więc gdyby Kochiko była nieco starsza, to może i moglibyśmy być rodzeństwem. - I nie jadłem.
-Dlaczego?
-Nie wiem. - Burknąłem, ponownie zajmując się wyławianiem owoców.
- A chciałbyś być teraz w moim wieku? - Dopytywała, zapychając sobie policzki przez co przypominała małego, sprytnego chomika.
-Czy ja wiem... Nie tęsknię za dzieciństwem, ale z drugiej strony... Nigdy nie będę tak młody jak dziś, nie? - Zaśmiałem się, patrząc na wpatrującą się we mnie Toi.
- Tak. - Odparła zadziwiająco grzecznie.
*    *    *
Idąc ciemniejącą ulicą mijałem wielu nieznajomych sobie ludzi. Tak naprawdę mało mnie obchodziło kim są, czym się zajmują, gdzie się śpieszą. Byłem przeciwieństwem Kobo i Doi'ego ponieważ oni obaj mieli tendencje do wplatania się w historie innych ludzi. Lubili słuchać o ich problemach, powodzeniach, smutkach. Mnie to po prostu nie obchodziło. Żyłem z boku i starałem się nikomu nie przeszkadzać.
W dłoni po części zakrytej przydługim rękawem bluzy dzierżyłem przeźroczystą siatkę. Świetnie było widać kwiaty i kadzidła, oczywiście nie robiłem tego specjalnie. Po prostu sklep był zaopatrzony jedynie w ten rodzaj siatek.
Wchodząc na cmentarz widziałem wiele różnych nagrobków jednak kierowałem się jedynie w wybraną przez siebie stronę. Do nagrobka rodziców. Zapaliłem kadzidła, postawiłem kwiaty i  w tej chwili poczułem na skórze pierwsze krople deszczu. Całkowicie je ignorując usiadłem na ławce i wpatrywałem się w gasnące drewienka na specjalnej podstawce.

W tej chwili uderzyło we mnie coś w rodzaju ciężkiego do zniesienia Deja Vu.
Bo ja już tu kiedyś byłem, tak jak dziś potrzebując towarzystwa w deszczowy, duszny wieczór. Siedząc na ławce i myśląc o kimś, kto mógłby pojawić się w moim życiu.
I wtedy od tyłu podszedł Doi. Objął mnie swoimi ciepłymi ramionami, okazjonalnie muskając gładką skórą moją odkrytą szyję. Uniosłem głowę i spojrzałem w jego idealną twarz, która śledziła złote znaki wypisane na nagrobkach.
W tej chwili tak bardzo mi tego brakowało, że czułem łzy w oczach. Chciałem by blond włosy kochanek stanął przy mnie i powiedział, że jest. Jest i będzie.
Że już nigdy mnie nie zostawi.
Ale tak się nie stało. Wciągnąłem nogi na ławkę, podparłem brodę o kolana i szklanymi oczyma wpatrywałem się w przestrzeń.
Tęskniłem za Doi'm.

__________________________
Bu! Jest rozdział :3
Chwilowo nie mam dostępu na Facebook'a, więc nie wyczekujcie tam żadnego statutu. :3
Próbuję porównać swoje początki z tym tworem i nie wiem, czy jestem choć nieco lepsza :C
Dziękuję za ostatnie komentarze i proszę o następne :3
Pamiętajcie! W ten sposób dokarmiacie moją wenę. Właściwie to nazwałam ją Avenir .___.
Soł!
Komentarze dokarmiają moją Avenir :D

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń