czwartek, 15 października 2015

Stay - Rozdział 10

Zanim uchyliłem powieki usłyszałem głos Hidekiego, który jakby znikąd nawiedził moją jaźń. Na początku cichy, niezbyt wyraźny szept szybko zyskał na sile, aby wreszcie uzyskać status spokojnej, wciąż niespecjalnie głośnej mowy. Nie jestem pewny, do kogo kierował swoje słowa, jednak pomogło mi to zrozumieć skutki wczorajszych (a może działo się to po północy?) wydarzeń. Byłem wraz z Toi w domu, którego od początku mojej znajomości z właścicielem odwiedzałem jedynie w celu uzyskania odrobiny przyjemności fizycznej. Te niewielkie (aczkolwiek za duże na jedną osobę) domostwo w żaden sposób nie przypominało mi domu. Ani tego przysłowiowego kierującego się zasadą " Twój dom jest tam, gdzie twoje serce" , ani tego, który wczoraj w pośpiechu opuściłem.
Uchyliłem powieki tym samym pozwalając moim oczom spotkać mroźny, szarawy odcień ściany, do której byłem zwrócony. Wyciągnąłem powoli dłoń, aby poczuć pod palcami gładką powierzchnię. Poczułem niewielkie wgłębienie jakie stworzył jakiś ostry przedmiot, jednak nawet przez chwilę nie zastanawiałem się co było tego powodem.
Po chwili odsunąłem od niej rękę, aby swobodnie odwrócić się na drugi bok przodem do minimalistycznie urządzonej sypialni. Oprócz dużego łóżka było też niewielkie biurko i niska szafa.
Dopiero teraz zorientowałem się, że w mieszkaniu nastała niczym nie zmącona cisza. Hideki musiał gdzieś wyjść najpewniej biorąc ze sobą Toi. Wstałem z posłania i podszedłem do okna, dzięki czemu mogłem zobaczyć jak mężczyzna przechodzi wraz z suczką na drugą stronę pasiastego przejścia. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem martwić się tym, że ciemnowłosy zabrał ze sobą psiaka. Musiał tu wrócić, ponieważ było to jego mieszkanie.
Wszedłem do kuchni, nastawiając wodę na herbatę. Nigdy nie lubiłem kawy. Była za mocna, zbyt gorzka i po prostu niesmaczna. Rzadko ją piłem, a jeśli już to robiłem to w naprawdę znanej, polecanej kawiarni słynącej z dobrej kawy.
Przez chwilę nieskrępowany przeszukiwałem szafki, wreszcie jednak znalazłem odpowiednią półkę, na której w dość pedantyczny sposób ułożone były różne kawy i herbaty. Wyjąłem jedno z najbardziej ciekawiących mnie kartonowych pudełek, czyli te, które w swym wnętrzu powinno ukrywać miętową herbatę. Orzeźwiający zapach, który rozniósł się po pomieszczeniu upewnił mnie w tym, że opakowanie nie skłamało.
Zalałem torebkę herbaty po czym odłożyłem błękitny, zdobiony białymi elementami kubek na jasny, niewielki stolik w rogu kuchni. To mieszkanie było naprawdę idealnie przystosowane do życia pary ludzi. Nawet wspomniany, kwadratowy stół był idealny dla takiej ilości istot rozumnych ( w każdym razie istot, które według innych były jedynymi rozumnymi stworzeniami).
Zostawiłem napój, żeby nieco się ochłodził i powędrowałem do walizki, by wyjąć z niej najpotrzebniejsze rzeczy. Najpierw umyłem zęby, po czym rozebrałem się z aktualnie nałożonej na moje ciało garderoby i wszedłem pod ciepłe strumienie wody,  która rozluźniła nieco mięśnie. Umyłem włosy brzoskwiniowym szamponem, (który może i w założeniu miał służyć kobietom, ale co z tego?) zaś ciało jakimś żelem, który nie potrafił przebić się przez aromat wcześniej użytego specyfiku, dlatego też odpowiednim byłoby stwierdzenie, że nie miał żadnego specjalnego zapachu. Po wyjściu z kabiny wytarłem się mocno ręcznikiem i nałożyłem na twarz krem, dzięki czemu skóra nie wydawała się tak napięta.
Założyłem przygotowany wcześniej ubiór i wyszedłem z zaparowanego pomieszczenia prosto na zimną podłogę, którą czułem mimo skarpetek ściśle przylegających do stóp. Widząc stojące na lodówce radio włączyłem słuchany jako ostatni kanał. Podszedłem do okna i uchyliłem je. Na zewnątrz było okropnie zimno, ale w jakiś masochistyczny sposób podobało mi się to.
Telefon zadzwonił pierwszy raz od wczorajszego dnia. Zastanawiałem się przez chwilę, gdzie umieściłem przedmiot, jednak wodzony dobrym przeczuciem skierowałem się do sypialni. Przez myśl mi przeszło, że to może ciotka została odwiedzona w nocy przez trzy duszki, które sprawiły, że zechciała spojrzeć na naszą relacje pod innym kątem, ale nie. To nie ciocia, a Kochiko wyraziła zaciekawienie moim stanem.
- Słucham moja droga. - Rozpocząłem zaraz po podniesieniu telefonu z podłogi i naciśnięciu odpowiedniego klawisza.
- Pisałeś do mnie strasznie późno. Co się stało? - Zapytała przejęta. Usłyszałem w oddali radosny okrzyk Masao, która głośno krzyczała:  " Rozmawiasz z wujkiem Haru?!"
-Tak jakby. - Wyznałem ostrożnie, zastanawiając się, czy powinienem dzielić się z nią wydarzeniami z dnia poprzedniego.
- Opowiadaj, kochanie. - Poprosiła w swój troskliwy, matczyny sposób, który mimo, że miałem już swoje lata, sprawiał mi ogromną przyjemność.
- Chyba... Chyba... Zostałem bezdomny. - Powiedziałem czując jak do moich oczu napływają niechciane łzy. Dziś znalazłem się w sytuacji, przed którą rodzice starali się mnie uchronić za życia.
- Co Ty mówisz? Jak to bezdomny?!
-Ciocia mnie wyrzuciła. - Wyjaśniłem nieco mokrym głosem. Przetarłem oczy rękawem bluzy, zastanawiając się, czy rodzice tam na górze są mną zawiedzeni. Z pewnością byli, każdy szanujący się rodzic byłby niepocieszony tak oczywistą klęską swego potomka. - Jestem teraz u znajomego, spotkał mnie jak szukałem.. Szukałem miejsca, w którym mógłbym przespać noc. Cholera, Kochi, co ja mam zrobić? - Zapytałem w sposób niesamowicie bezradny.
- Jak to co? Weź swoje rzeczy, Toi i marsz do mnie! - Powiedziała jakby było to oczywiste.
- Nie chcę Ci przeszkadzać... Masz teraz tyle problemów...
- Jakie przeszkadzać? Jesteś moim niepisanym braciszkiem, Haru... - Przypomniała jakby z wyrzutem, że w ogóle pomyślałem o jej wygodzie. Usłyszałem jak drzwi od mieszkania się otwierają dlatego szybko przemknąłem na balkon, mocno pocierając przy tym policzki, po których co jakiś czas spływały pojedyncze łzy poniżenia i bezradności.
- Kocham Cię, wiesz? - Rzuciłem nieco wzruszony, jednak podejrzewałem, że w danym momencie nie byłem zbyt zrównoważony psychicznie. - Obiecuję, że Ci to wynagrodzę! Tobie i Masao! - Dodałem od razu nie zapominając o córce kobiety.
-Ja ciebie też. Przyjedź jak tylko poczujesz, że nie możesz dłużej zostać tam gdzie jesteś. Napisz mi tylko sms'a, abyś nie zastał zamkniętych drzwi.
- Dziękuję. - Powiedziałem raz jeszcze, a po szybkim pożegnaniu zakończyłem naszą rozmowę. Zacząłem się zastanawiać, czy powinienem od razu wyjść, czy zostać do wieczora, kiedy nagle przyszedł sms od osoby, o której nie pomyślałem aż od wczorajszej nocy.
" Pasuje Ci o 14.30? Zabiorę Cię do świetnej kawiarni, którą otworzyli przy moim domu. Podobno mają strasznie dobre ciasta" - Pisał jakże optymistycznie Doi. Zakląłem cicho pod nosem, po czym spojrzałem na zegarek w telefonie. Było parę minut przed 11.
Schowałem telefon do kieszeni, postanawiając odpisać dopiero gdy porozmawiam z Hidekim. Okazja nadarzyła się niemal od razu, ponieważ po otwarciu drzwi balkonu moje oczy spotkały się z szarawymi tęczówkami mężczyzny.
-Co się ukrywasz? - Zapytał podejrzliwie, podchodząc do mnie. Jego dłoń spoczęła na moim policzku, po chwili zjeżdżając coraz niżej, na szyję. - Dlaczego płakałeś? - Jego głos stał się nieco łagodniejszy.
-Strasznie wieje. Wiatr drażni mi oczy.
-Było nie wychodzić. Z kim się umawiałeś?
-Z nikim! Nie uprawiam seksu co noc. - Prychnąłem urażony, wchodząc w głąb mieszkania. Zamknąłem wrota na zewnątrz, w tej samej chwili czując jak jego dłoń zaciska się na moim nadgarstku.
- Jeśli chcesz tu zostać- zostań, ale mieszkając pod moim dachem masz należeć tylko do mnie. - Oznajmił uporczywie utrzymując ze mną kontakt wzrokowy. Byłem nieco zaskoczony, ale z drugiej strony przecież doskonale wiedziałem jak zaborczy jest ten mężczyzna.
-Rozmawiałem z przyjaciółką...
-Zostajesz?
- Co?
- Czy zostajesz tu na moich zasadach? - Zapytał. Byłem zaskoczony tą propozycją. To trochę jakby sprzedać swoje ciało za schronienie nad głową. Z drugiej strony... Mieszkanie tu zdawało się być dobrym pomysłem, miałem blisko do pracy, właściwie wszędzie, ponieważ budynek znajdował się niemal w centrum miasta. Z kolei od Kochiko musiałbym dojeżdżać najmniej godzinę w jedną stronę. Nie mogłem spóźniać się do pracy. Co więcej, Kochiko ma dziecko i kolejne w drodze, bałem się, że mógłbym jej zawadzać swoją obecnością, nieważne w jak ciepłych relacjach byliśmy.
- Przez jakiś czas.
- Świetnie. - Powiedział od razu wbijając się w moje usta. Pocałunek był szybki i niechlujny, odwzajemniłem go z nieco mniejszą zawziętością, czując jakbym właśnie naprawdę się sprzedał, jakbym zapieczętował przynależność do Hidekiego. To nie było nic przyjemnego. - Jakie masz plany na dzisiaj? - Zapytał, odsuwając ode mnie swoją twarz. W zamian jego dłonie objęły moje biodra.
- Myślałem, żeby spotkać się ze znajomym. - Wzruszyłem ramionami, spoglądając na Toi, która jak gdyby nigdy nic położyła się pod stołem i zamknęła oczy najpewniej oddając się w ręce Morfeusza. Nie byłem pewny, czy dobrym pomysłem byłoby zostawienie jej z Hide lub też samej w nowym miejscu. Z drugiej strony zdawała się całkowicie obojętnie przyjąć przeprowadzkę i zaakceptować mieszkanie.
- Jakim? - Dopytywał, zaciskając lekko ręce. Nie podobało mi się to.
- Z pracy. - Skłamałem gładko, skupiając wzrok na jego twarzy. Mężczyzna był dość wysoki, jak Doi. Już jakiś czas temu zauważyłem, że wolę wyższych partnerów, którzy potrafili schować mnie w swoich ramionach.
- Możesz iść, ja za jakąś godzinę muszę zbierać się do pracy. - Uprzedził, podnosząc dłoń, aby przeczesać moje przydługie włosy. Zakręcił część ich na jeden z palców, po czym pozwolił aby w naturalny sposób się z niego ześlizgnęły.
- O której wrócisz? - Odsunąłem się nieco i obróciłem, aby po chwili paść na kanapę stojącą kawałek dalej. Mężczyzna również usiadł, właściwie w podobny do mnie sposób położył się w rogu naprzeciw mnie. Nasze kolana ściśle do siebie przywarły, kiedy oboje spojrzeliśmy w stronę telewizora. Hideki podniósł pilota, dotąd leżącego na podłodze po czym włączył urządzenie na tyle cicho, abyśmy mogli rozmawiać.
- Zwykle wracam około dwudziestej pierwszej, ale wszystko zależy od tego ile będę miał dziś pracy.
*    *    *
Niedługo po wyjściu właściciela mieszkania odpisałem Doi'emu i umówiłem się z nim na jednej z alejek niedaleko parku. Nie chciałem umawiać się przed kamienicą, z której zostałem wczoraj wyrzucony, ponieważ ryzykowałbym spotkanie z krewną, a póki co wolałem trzymać się z dala od niej i jej specyficznego charakteru.
Powoli zaczynałem się zastanawiać jak wyjaśnić Doi'emu, że "nasza alejka" nie jest już nasza. Stała się bezpańska, a my najpewniej już więcej nie umówimy się w jej okolicy. Robiliśmy to od zawsze, właściwie to nie zawsze się na niej umawialiśmy, ale za każdym razem dotarcie na nią oznaczało pożegnanie. Po każdym spędzonym razem dniu zostawałem na nią odprowadzany, stało się tak nawet przy naszym pierwszym spotkaniu, które zdawało się być oddalone o lata świetlne od miejsca i sytuacji, w której teraz się znalazłem.
Oboje dorośliśmy, bez wątpienia dużej zmianie uległ również mój charakter. Nie byłem już tak pesymistyczny, nie patrzyłem na każdy kolejny dzień jak na karę za ogromny grzech, którego nawet nie pamiętałem. Zacząłem akceptować siebie oraz rzeczywistość, w której przyszło mi egzystować. Przestałem oceniać wszystkich wokół oraz siebie samego, przestałem karcić się za każdą źle podjętą decyzję, ponieważ jestem tylko człowiekiem i mam do nich prawo.
Wszystkie te złe sytuacje zostały zawczasu wpisane do mojego życiorysu. Dodały mu nieco ciemniejszych kolorów, aby nie był zbyt jasny, zbyt nudny.
Na ulicy było dziś naprawdę dużo ludzi. Być może było to spowodowane wczesną godziną, jednak najpewniej te rejony miasta po prostu tak już miały. Kiedy mieszkałem w starszej dzielnicy otaczali mnie sami rozleniwieni emeryci, teraz jednak znalazłem się w centrum, które najpewniej nigdy nie śpi.
Z daleka widziałem blondyna, opierającego się o masywną, stalową bramę chroniącą wejście do parku. Ludzie kierowali na niego swoje spojrzenia, mierzyli go od stóp do góry. Niektórzy nagle jakby ożywali, jednak dotyczyło to głównie młodych dziewcząt lub kobiet niewiele starszych ode mnie.
Sam Doi stał jakby znudzony przyglądając się telefonowi. Zdawało mi się, że coś czyta, ponieważ bardzo rzadko dotykał ekranu, a jak już to robił to miało to na celu wykonanie charakterystycznego, posuwistego ruchu palca. Nieco przyśpieszyłem, w pierwszej chwili nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
To było dziwne uczucie, kiedy mój szybki chód zmienił się w bieg, tylko po to, aby znaleźć się w jego silnych ramionach. Nie patrzyłem na ludzi, których nieumyślnie popychałem, czy na światła przy jezdni, które z chwili na chwile zmieniały kolory. Chciałem tylko poczuć to samo, co czułem kiedy byłem przy nim. To bezpieczeństwo, naiwną stabilność.
Niebieskie oczy spoczęły na mnie, w chwili, w której ktoś krzyknął, żebym nie wbiegał na jezdnię. Nie przejmowałem się tym. Samochody jeszcze nie ruszyły po przerwie na przepuszczenie pieszych więc na pewno wszyscy mnie dostrzegli.
-Doi! - Krzyknąłem nader głośno, od razu wpadając w jego rozłożone, zapraszające ramiona. Mężczyzna, zareagował nietypowo. Nie wydawał się ani trochę zdziwiony, tak jakby wiedział, że właśnie w ten sposób się z nim przywitam. Od razu objął mnie w pasie, przyciągając mocniej do siebie. Zdjął kaptur z mojej głowy, pozwalając abym wtulił policzek w miejsce między jego obojczykami. Przymknąłem powieki, całkowicie nie przejmując się ludźmi wokół nas.            
-Co jest? Stęskniłeś się? - Dopytywał delikatnie głaszcząc moje włosy. Czułem jak jego palce wsuwają się między miękkie kosmyki. Zadrżałem kiedy jeden z nich dotknął mojego karku.
-Bardzo. - Wyznałem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że to prawda. Wcześniej starałem się o nim nie myśleć, jednak kiedy przypomniałem sobie o dzisiejszym spotkaniu mężczyzna nie opuścił więcej mojej głowy.
Doi zdawał się być co najmniej usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Jego uścisk jeszcze bardziej się wzmocnił, jednak po chwili blondyn postanowił się odsunąć.
- Chodźmy, jest zimno. - Wyjaśnił wyciągając do mnie otwartą dłoń. Uśmiechnąłem się szeroko nie potrafiąc tego powstrzymać. Właściwie to chyba nie chciałem, przecież to Doi. Przy nim mogę być szczęśliwy nie martwiąc się niczym.
- Jasne. - Mruknąłem, w bliźniaczym geście wyciągając do niego rękę, aby palcami objąć jego dłoń. Poczułem jak zaciska ją mocniej, jednak nie tak, aby mnie to zabolało. Był to ruch, dający mi pewność, że jest blisko, jest tak samo blisko jak był przed wyjazdem.
Ruszyliśmy przez park, ponieważ w ten sposób mogliśmy szybciej dostać się do kawiarni. Nie było w nim wiele ludzi, jedynie ci, którzy postanowili sobie skrócić drogę w ten sam sposób co my. Nie rozmawialiśmy o niczym szczególnym, poruszaliśmy tematy dość powierzchowne. Przez dłuższy czas narzekaliśmy na to, jak zimna jest tegoroczna jesień, która wkrótce miała przemienić się w jeszcze chłodniejszą zimę. Potem poruszyliśmy temat Toi oraz mojej pracy, ponieważ Doi od dłuższego czasu upierał się w tym, że mnie tam odwiedzi. Oczywiście problemem było to, że nie miał pojęcia gdzie znajduje się kawiarnia. Na nic zdały się naiwne tłumaczenia ( "skręcisz w lewo, potem za przystankiem w prawo, dziesięć minut w górę autostrady, przed rondem skręcisz w prawo, koło zielonej budki sprzedającej herbatę, przy sklepie spożywczym w lewo, taką ciasną uliczką. Wychodzisz na większą ulicę i w prawo. Potem już zobaczysz") powtarzane ze cztery razy, ponieważ za każdym z nich blondyn z dumą w głosie oznajmiał, że "chyba wiem!", aby po następnej serii stwierdzić, że tylko mu się wydawało, że wie.
Kiedy wreszcie udało mi się zmienić temat, rozmawialiśmy przez chwilę o nowym programie rozrywkowym ukazującym się w TV. Wciąż go kontynuując weszliśmy do kawiarni.
Była niewielka, przez co wszystko zdawało się być blisko siebie. Było tu kilka stolików, z czego tylko dwa zajęte. Na ścianach było drewno w kolorze ciemnej czekolady. Podłoga miała nieco jaśniejszy odcień. Było tu dużo kwiatów i malutkich drzewek. Razem skręciliśmy w lewo, gdzie stała kasa, a za nią na ścianie aż do sufitu zawieszone były półki, zajmowane przez przeźroczyste słoje z różnymi rodzajami herbat i kaw. Wybraliśmy białą herbatę z pomarańczą oraz ciasta, po czym dostaliśmy numerek, który kazano nam postawić na stoliku. Wybraliśmy ten najbardziej w kącie, przy oknie. Zdjęliśmy okrycie wierzchnie, kończąc przy tym wcześniejszą rozmowę. Usiedliśmy naprzeciw siebie, stawiając na boku stołu plastikową wizytówkę z wydrukowanym numerem cztery.
-Właściwie dlaczego nie umówiliśmy się tam gdzie zawsze? - Zapytał, kiedy na naszym stole spoczęły dwa talerzyki. Mój z szarlotką i jego z jakimś czekoladowym ciastem. Młoda dziewczyna, która je przyniosła powiedziała, że za moment przyniesie herbatę po czym odeszła.
-Wyprowadziłem się. - Wyjawiłem, przyglądając się wypiekowi z owocami. Przysunąłem go nieco bliżej robiąc miejsce dla małego, białego dzbanka i filiżanek, które spoczęły na wolnej przestrzeni. Oboje podziękowaliśmy brunetce, cichnąc na moment.
- Dlaczego ? Nie mówiłeś, że planujesz zmienić mieszkanie. - Stwierdził, z ciekawością zaglądając do parzącej się herbaty, nachyliłem się aby zrobić to samo, dzięki czemu dotarł do mnie przyjemny, cytrusowy zapach.
-Ciocia wróciła, a że niespecjalnie się dogadujemy postanowiłem się ulotnić. - Wzruszyłem ramionami, udając, że wcale mnie to nie ruszyło, chociaż prawda była całkiem inna. - Teraz mieszkam z przyjacielem.
- Tym, którego poznałem? - Dopytywał. Niemal od razu zrozumiałem, że ma na myśli Kobo.
- Nie, to ktoś inny. - Wyjaśniłem, obejmując palcami malutki, srebrny widelczyk.
- Dlaczego nie Kochiko? Dawno nic o niej nie mówiłeś... Pokłóciliście się? - Zrobił to samo, od razu nabierając nieco czekoladowego ciasta, które znikło w jego ustach. - Pyszne. - Ocenił natychmiast.
- O Boziu, zapomniałem Ci powiedzieć! - Zachichotałem poruszony swoją nieuwagą. - Jest w ciąży, będzie miała drugie dziecko.
- Żartujesz! - Zakrzyknął z równym poruszeniem co ja. Pokręciłem leciutko głową, dając mu znak, że moje słowa są najprawdziwszą prawdą. - Masao musi być zachwycona.
- Nie byłem u nich od dawna... Ale pewnie jest. - Przyznałem mu racje, także próbując swojego ciasta. Było niesamowite.
- Chyba już się zaparzyła. - Stwierdził Doi, nalewając do filiżanek ciepłą herbatę. - Trzeba będzie je odwiedzić. - Stwierdził, a ja od razu przyznałem mu racje.
*    *    *
- Jakiś czas temu zastanawiałem się... - Rozpocząłem, świadom, że prędzej czy później będę musiał o to zapytać. Przecież nie jeden raz zastanawiałem się, czy zmieniłoby to nasze życie, czy pozwoliło by naszym drogą wciąż pleść się ze sobą. - Gdybym wtedy, dwa lata temu poprosił Cię, żebyś został w Japonii ... Zostałbyś? - Dokończyłem ciszej.
Byliśmy już w drodze powrotnej, właśnie wchodziliśmy do pustego, zimnego parku, który prowadził do miejsca, w którym dziś się umówiliśmy. Było już ciszej niż wcześniej, miasto jakby się uspokoiło, co było dziwne, ponieważ minęły zaledwie trzy godziny. Nikt już się nie śpieszył, nie przepychał. To miejsce było już całkowicie zapomniane. Szliśmy powoli, leniwie stawiając kroki. Nasze ręce były schowane w kieszeniach, przez co nie łączyło nas już nic. Szliśmy obok siebie, jednak nie dotykaliśmy się żadną częścią ciała. Oboje byliśmy wyciszeni, utkwieni w dość specyficznym nastroju. Patrzeliśmy przed siebie z kamiennymi twarzami, schowanymi za wciąż dość cienkimi szalikami. Było już dość ciemno, jakby nie patrzeć za chwilę miała zacząć się zima. Kolejna wspólna zima.
Mężczyzna spojrzał na mnie krótko, po czym westchnął dość ciężko. Podejrzewam, że spodziewał się tego pytania.
-Wtedy byłem gotów zrobić dla ciebie niemal wszystko. - Wyznał, spoglądając nieco wyżej, na łyse już gałęzie drzew. Uśmiechnąłem się lekko, chcąc odpowiedzieć, jednak Doi postanowił kontynuować swoją wypowiedź. - Z pewnością bym został... - Zaśmiał się cicho, brzmiało to dziwnie, dość smutno. - Właściwie... Czekałem na to. - Wzruszył ramionami, podążając wzrokiem za jakimś zbłąkanym ptakiem wnoszącym się w stronę słabo widocznych chmur. Zrobiłem to samo, pozwalając sobie śledzić czerń nieba. - Nawet w Londynie. Kiedy dotarłem do hotelu przez ponad tydzień trzymałem walizkę w rogu pokoju szczelnie zamkniętą. Pierwszego dnia wyjąłem najpotrzebniejsze rzeczy na dwa dni, zaś resztę trzymałem spakowaną. – Wspominał. - Chciałem być gotowy na chwilę, kiedy poprosisz, żebym wrócił. Ale ty nie poprosiłeś. Gdy rozmawialiśmy uśmiechałeś się w ten swój melancholijny sposób, tak samo jak przed moim wyjazdem. W ten sposób, który jasno mówił, że utknąłeś w przeszłości. Nie zmieniłeś się ani trochę, nie potrzebowałeś mnie już, ponieważ pomimo tego, że ten uśmiech pozostał, ty nauczyłeś się już cieszyć teraźniejszością. - Zakończył przenosząc na mnie swój wzrok. Jasne tęczówki biły ciepłem, niespodziewanym zaufaniem i sentymentem. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, jednak wreszcie nie wytrzymałem. Opuściłem wzrok na ziemię i zaśmiałem się cicho, nieco skrępowany.
- Ponieważ liczy się tylko to, co jest teraz.
_______________________________
Rozdział betowała Nezumi
Hej ho promyczki.
Rozdział przypadł do gustu? Proszę o komentarze!! To naprawdę dodaje weny.. Świadomość, że ma się dla kogo publikować swoje twory :3
Krytykujcie też pracę Nezumi :>

Byłam w Francji, jak już niektórzy z was wiedzą.. Troszkę spowolniło to moją pracę, wybaczcie.

Hm.. Rozdział miał ukazać się 7.10.. ale nie wyszło..
07.10 minęły trzy lata od założenia bloga. Jestem wyjątkowo rozczarowana moimi postępami, moją pracą.
Trzy lata, kurczaki...  Z Zadowoleniem spoglądałam na archiwum.  Wow. Wyglądało naprawdę ładnie! 2012, 2013, 2014,2015. Ślicznie, uporządkowanie, systematycznie. A potem spojrzałam w te małe nawiasy i cały mój entuzjazm znikł. 5 notatek. 5 notatek w ciągu 10 miesięcy! Kiedy to się stało?! Tamte ubiegłe lata prezentują się ładniej.. 22  i 25 notatek! Co się ze mną stało? Fakt faktem. Nowa szkoła, nowi znajomi, nowe zainteresowania, więcej obowiązków i coraz więcej problemów i nieudolnych prób odnalezienia siebie. Ciągła samotność. Za bardzo poświęciłam się tekstowi, który chcę wydać. Zapomniałam nieco o teraźniejszości, kierowałam się myślą " Po co pisać na blogu, skoro mogę poświęcić czas na to, co chcę wydać?!" Pierwszy raz coś udokumentowało moje starania. Brak starań, totalne olanie sprawy. A taka niby.. Natchniona dusza, taka niby niespełniona literacko marzycielka.
Musiałam się wygadać, hahaha :<
Obiecuję, że od teraz będę się bardziej starała.
Kocham was i czekam na komentarze!
HOOOOOOSHIIII <3

O mnie

Moje zdjęcie
Całkowicie zagubiona w swojej codzienności 18-latka. Marząca o wydaniu własnej książki, w śmielszych przemyśleniach o zostaniu pisarką. Uwielbiająca niemal wszystko co japońskie. Wegetarianka, samotniczka, ogromna marzycielka, gaduła, teistka, zakochana w swojej śwince morskiej. Dziewczyna, która wciąż uważa przeciętność za chorobę XXI wieku ;)

Łączna liczba wyświetleń